sobota, 30 listopada 2013

Zdobycze listopadowe part II

Dzień dobry, cześć i czołem!

Dzisiaj przybywam do Was z moimi nowymi nabytkami. Nie wiem, gdzie ja to wszystko pomieszczę, gdyż po przeprowadzce i poukładaniu moich zdobyczy (niebawem pochwalę się biblioteczką!)  nie mam miejsca! Chyba przejmę jeden z pokoi na biblioteczkę, a co mi tam :)
Z niniejszego stosiku jestem niezmiernie zadowolona, gdyż praktycznie wszystkie książki, które się w nim znalazły bardzo chciałam mieć!

A takie oto nabytki przywędrowały do mnie w ostatnim czasie:
Na pierwszym planie "Druga szansa", którą właśnie pochłaniam, a otrzymałam ją od Libroteki :) Po lewej "Piąta fala" - skończona (niebawem recenzja) oraz "Przez bezmiar nocy" - od Dobreksiążki :) "MiSSja Survival" i "Milion słońc" - Grupa Wydawnicza Publicat. Recenzji "Miliona słońc" spodziewajcie się niebawem. "Zgon", "Wilczy trop" oraz "Zwycięzca bierze wszystko" - wygrana u Fabryki Słów. Po prawej dwie książki od portalu Nastek.pl "Królewski wygnaniec" oraz w prezencie (podpinam pod Mikołajkowy) "Czas  żniw" - będzie do wygrania w konkursie razem ze "Zgonem" i... jeszcze czymś! Perełki od wydawnictwa Egmont "Nieskończoność", "Gorączka 2" oraz "Demony miłości". Na koniec miła niespodzianka od Grupy Wydawniczej Publicat w postaci książki "Wołanie kukułki".
Za wszystkie cuda bardzo dziękuję!

Zbliżają się moje ulubione święta. Święta Bożego Narodzenia *_* Uwielbiam! Chociaż bez śniegu, to nie to samo. A i klimatu na razie nie odczuwam... Zbliża się również 6 grudnia - wiem, szaleństwo, bo pewnie nikt o tym nie wie :P  - niemniej, wcześniej miałam zamiar sobie zrobić Mikołajkowy prezent książkowy (od siebie, dla siebie), ale stwierdziłam, że nie zrobię :) Może sam Mikołaj mi coś przyniesie... Kto wie :) Już niebawem będę miała więcej czasu na czytanie i... na pisanie oraz (oczywiście!) na nadrabianie seriali :)

Pozdrawiam cieplutko!




środa, 27 listopada 2013

"Mroczna bohaterka. Kolacja z wampirem." Abigail Gibbs

 Dziękuję!
Przypadkowe spotkanie na Trafalgar Square odmienia życie Violet Lee, ukazując jej świat, którego nawet sobie nie wyobrażała: istniejące poza czasem miejsce, w którym elegancja, bogactwo, wspaniałe dwory i wytworne przyjęcia są znamionami dekadencji, w jakiej żyją jego mieszkańcy. Za tym przepychem kryje się mrok, którego ucieleśnieniem jest charyzmatyczny i śmiertelnie groźny Kaspar Varn. Violet połączy z Kasparem niebezpieczna namiętność, za którą obydwoje będą musieli zapłacić wysoką cenę… 
Z początkową oceną „Mrocznej bohaterki” nie miałam najmniejszego problemu. Przemyślałam jednak sprawę i postanowiłam postarać się w miarę obiektywnie ocenić daną pozycję. Oczywiście nie wiem, czy w pełni mi się to uda, gdyż książka ta wywołała u mnie masę emocji. Głównie tych negatywnych.

Pomysł na fabułę – chyba nikogo to nie zdziwi – nie jest oryginalny, ponieważ książek opartych na wampirzym motywie jest naprawdę wiele.  Kiedy jeszcze nie było szału na perypetie tych nadprzyrodzonych istot, takie powieści  były czymś ciekawym, intrygującym. Teraz takie teksty w większości  pisane są na jedno kopyto. Niestety „Mroczna bohaterka” pełna jest utartych schematów oraz przewidywalnych wątków,  które niestety działają na jej niekorzyść. Szkoda, że autorka nie wniosła niczego nowego do fabuły, tylko postanowiła wzorować się na innych powieściach tego typu. Co prawda bardzo dobrze, że wampiry w jej mniemaniu nie są słodkie i – o zgrozo – nie skrzą się w świetle słonecznym. Są agresywne i krwiożercze – za to plus. Chyba jedyny.


Nielogiczność, nielogiczność i jeszcze raz nielogiczność. Otóż wyobraźcie sobie, że przywódca łowców zostaje zaatakowany przez wampira, a cała reszta jego kompanów stoi i patrzy, zamiast ruszyć tyłki i ruszyć z pomocą swojemu przyjacielowi. Dopiero… (DOPIERO!) reagują wtedy, kiedy ten pada martwy. To tylko jedna wspomniana sytuacja, a takich niedorzeczności jest dużo więcej. Nie wiem z czego to wynika, może z niedopracowania fabuły? Mam nadzieję, że ta niespójność nie była zamierzona.

Postaci… I tym sposobem przeszliśmy do drugiej, mniej przyjemnej kwestii. Jak dla mnie postaci to porażka. Główna bohaterka popadała ze skrajności w skrajność. Jej zagrania względem Kaspara były co najmniej żenujące – jeśli miały one być zabawne to niestety, ale nie były ani trochę. Nad ciętymi ripostami powinna sporo popracować, gdyż jak dla mnie były one poniżej jakiegokolwiek poziomu przyzwoitości. Po prostu Violet Lee jest najbardziej nieudolną postacią kobiecą, z jaką miałam okazję się spotkać. Co do jej wampirzych „przyjaciół”… Na początek kilka słów o Kasparze. Jeśli miałabym go określić, to zapewne byłyby to te słowa: zadufany w sobie prostak z manią wielkości, który sam nie wie czego chce. Natomiast Fabian… Mogę śmiało powiedzieć, że z początku podbił moje serce, ale kiedy ni stąd, ni zowąd autorka wypełniła go negatywnymi cechami, załamałam się. Mam wrażenie, że na siłę próbowała go zmienić, przez co cała kreacja postaci jeszcze bardziej podupadła w moich oczach.  Nie  ma ani jednej postaci, którą bym dobrze wspominała.

Język prosty, zwięzły i mało obrazowy. Autorka tak pędziła z opisami i wydarzeniami, że nie nadążałam za jej tokiem rozumowania. Wiele rzeczy było poplątanych i – jak już wyżej wspomniałam – nielogicznych, co sprawiło, iż lektura ta była naprawdę niełatwa do przyswojenia, mimo iż język był w miarę przyjemny. Autorka powinna jeszcze sporo popracować nad swoim stylem – to nie ulega wątpliwości. Z tego co wiem, Abigail Gibbs w wieku lat czternastu zaczęła pisać niniejszą pozycję w formie bloga. Dopiero po jakimś czasie historia Violet Lee ujrzała światło dzienne, właśnie w formie książki. Kiedyś czytywałam takie blogowe opowiadania, ale wiadome jest to, że przekładając takie opowiadanie na książkę, trzeba skupić się na jej rozbudowie, a przede wszystkim na zastosowaniu odpowiedniego prowadzenia fabuły, stylistyce i dopracowaniu detali – tego wszystkiego mi tutaj zabrakło.

„Mroczna bohaterka. Kolacja z wampirem” miała być odpowiedzią na osławioną sagę pani Meyer. Ja nie jestem za takimi odpowiedziami i porównaniami… Jednak jeśli miałabym powiedzieć coś więcej na ten temat, to rzekłabym, że jeśli chodzi o takie „odpowiedzi” – jestem stanowczo na NIE. Osobiście zawiodłam się bardzo na „Mrocznej bohaterce” i na pewno nie sięgnę po tom kolejny, którego data wydania jest planowana na 2014 rok.

Recenzja napisana dla portalu literatura.juventum.pl

niedziela, 17 listopada 2013

"Przegląd końca świata. Deadline" Mira Grant

Dziękuję!

"Są pewne prawdy, na które świat nie jest gotowy"

Świat opanowany przez nieumarłych umarłych? Otóż w lecie 2014 roku świat zaatakował wirus zwany Kellis-Amberlee. Niby brzmi tak niewinnie, jednak jest bardzo groźny! Jak określa się czas po tej wielkiej tragedii, która spowodowana była głównie nieodpowiedzialnością i głupotą ludzką? Powstaniem. Otóż wirus ten niesie za sobą śmierć, zniszczenie i ogromną stratę. Można śmiało powiedzieć, że po wydarzeniach jakie dotknęły świat w lecie 2014 roku, każda żywa istota nosi w sobie uśpionego wirusa, który po jej śmierci ożywia ją ponownie. Nie jest to jednak cudowne zmartwychwstanie, moi mili. Jest to nieświadoma egzystencja. Po przebudzeniu stajesz się zombie. Nie jesz, nie pijesz, nie mówisz, nie myślisz, nie czujesz. Jedyne co robisz, to zarażasz innych. To jest twój główny cel.

„Przegląd końca świata. Deadline” to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. Po przeczytaniu wcześniejszego tomu o tytule „Przegląd końca świata. Feed” byłam zachwycona, a zakończenie było na tyle niewdzięczne, że zostawiło mnie bez odpowiedzi na wiele pytań. Niemniej jednak rozumiem, że autorka celowo zaplanowała to tak, a nie inaczej. Po przeczytaniu tomu drugiego niełatwo było mi zebrać myśli i napisać niniejszą recenzję. Z jednej strony jestem zachwycona książką, z drugiej zaś mam w stosunku do niej wątpliwości, które w mniejszym bądź w większym stopniu wpłynęły na moją opinię. Spróbuję podzielić się wszystkim, co tylko przyszło mi na myśl podczas czytania „Deadline”, a także refleksjami po jego skończeniu. Zapraszam Was do przeczytania niezwykle wyczerpującej recenzji!

Tomem pierwszym byłam zachwycona, pomimo iż za tematem zombie nie przepadam. W „Feed” bardzo spodobał mi się sposób ich przedstawienia. Zawsze twierdziłam, że książki z tymi stworami są kiczowate, ale teraz wiem, że wystarczy pomysł i jego niebanalne przedstawienie, żeby ta wada zamieniła się w oryginalny twór. Mira Grant na pewno nie stworzyła nam miernoty literackiej, to jedno mogę Wam zagwarantować. Widać, że autorka miała pomysł i wykorzystała go w pełni. Każdy element książki jest wyśmienicie dopracowany, co tylko upewnia nas w tym, że pani Grant poświęciła wiele czasu dla swojej twórczości. Włożyła w nią swoje serce. W ogólnej ocenie pierwsze dwa tomy serii o zombie zaowocowały zachwytem wielu czytelników, w tym oczywiście moim.
"Męczennik to tylko ofiara z bardzo dobrym PR-em. Osobiście wolę być żywym tchórzem" 
~ Georgia Mason
Zombie były przedstawiane już jako chodzące i bezmyślne trupy czy gnijące jednostki powstałe z grobów. Nawet ktoś pokusił się i stworzył zombie myślącego i odczuwającego głębsze emocje, co dla mnie było niepojęte i w pewien sposób niesmaczne. Mira Grant nie odeszła daleko od standardów, jeżeli chodzi o wizję zombie. Standardów panujących zarówno w książkach, jak i w filmach. Jednakże sam zamysł czynniki powodującego, że ludzie stają się zombie bardzo mi się spodobał, a w części drugiej autorka wprowadziła pewne zmiany, urozmaicenia i dodatki, które go dodatkowo ulepszyły.

Tom drugi przedstawia dalsze losy blogerów, którzy mieli szczęście – choć jest to kwestia sporna – przeżyć nawałnicę zombie i spory polityczne. Georgia nie należała do ich grona. Ostateczny cios zadał jej brat, Shaun, który po dziś dzień nie może pogodzić się ze stratą najważniejszej osoby w jego życiu. Niemniej jednak Georgia jest obecna przez cały czas trwania powieści. Jak to możliwe? Cóż, albo Shaun zwariował, albo Georgia dysponuje siłą wyższą, która kłębi się w jego głowie i ciągle mu doradza w ważnych kwestiach…

"Wydaje mi się, że w ostatecznym rozrachunku nasze pragnienia nie mają znaczenia. Liczy się tylko to, co postanowimy zrobić z naszym życiem"
~ Georgia Mason
Z bólem serca muszę przyznać, że sytuacje, kiedy Shaun użalał się nad śmiercią swojej siostry były irytujące. Jak uwielbiałam Shauna w części pierwszej, gdzie pozował na zabawnego i odważnego Irwina, tak wersja żałosnego Shauna zupełnie mi nie odpowiada. Wiem, że po stracie bliskich człowiekowi trudno jest dojść do siebie, o ile w ogóle jest to możliwe. Jednak sądzę, że autorka przesadziła z powtarzającym się wątkiem ubolewania (non stop!) nad śmiercią George. Zauważyłam również, że powtarzającym się aspektem były niektóre teksty, powielane co kilka rozdziałów. Było to niepotrzebne i denerwujące. To tyle jeśli chodzi o minusy. Oprócz tego drobnego wyrzutu niczego więcej nie mam do zarzucenia.

Serię o „Przeglądzie końca świata” uwielbiam i uwielbiać będę. Chodzi tu nie tylko o wizję świata, ale przede wszystkim o inteligencję jaką przepełnione są dialogi i treść. Operowanie naukowymi zwrotami i przedstawienie ich w logiczny i zrozumiały dla każdego sposób. To i wiele innych czynników sprawia, że książka jest genialna. O zakończeniu, który wprowadził taki chaos w mojej głowie, już nawet nie wspomnę. Pragnę tylko jednego… Niech tom kolejny („Blackout”) zostanie jak najszybciej wydany, bo muszę koniecznie się dowiedzieć, co będzie dalej!

Recenzja ukazała się również na portalu literatura.juventum.pl
Recenzja: