piątek, 23 czerwca 2017

"To jedno lato" Dorota Milli


Dziękuję!



Lukrecja Lis, dziewczyna z charakterem, doradca klienta w warszawskim banku, po kolejnej porażce miłosnej postanawia odpocząć od miasta i jedzie do Dźwirzyna, rodzinnej miejscowości.
Musi odczarować zły urok i stworzyć nowy plan na życie.

Luka myśli głównie o sobie, małymi miasteczkami gardzi, a ich mieszkańców uważa za nieudaczników. Pewnym krokiem przemierza chodniki nadmorskiego Dźwirzyna, unosząc wysoko zgrabną bródkę. Stukot Lukowych szpilek dociera do ucha lokalnego kierowcy busa bałtyckiego kurortu, przystojnego Huberta. Warszawianka staje się wyzwaniem dla pewnego siebie mężczyzny.
Oboje beztrosko korzystają z uroków polskiego wybrzeża smaganego pachnącą bryzą i pełnego urokliwych fal oblewających piaszczyste brzegi.
Ani Luka, ani Hubert nie spodziewają się jednak, czym stanie się dla nich to jedno lato, i dokąd ich zaprowadzi nadmorska plaża...

Piękna wakacyjna opowieść o uczuciu rodzącym się nad cudownym Bałtykiem, w otoczeniu sosnowego lasu, najpiękniejszych plaż i najsmaczniejszych gofrów z truskawkami...

Skusiła mnie wakacyjna okładka, całkiem ciekawy opis zapowiadający świetną letnią lekturę i... Właśnie i co? Czy dobrze zrobiłam, że skusiłam się na lekturę książki To jedno lato? Czy może jednak źle zrobiłam?
Powiem Wam, że każdego po trochu, przejdę więc do rzeczy...

Na początek pochwalę wydanie - naprawdę cudne! Ma taki letni klimat, że patrząc na nie jesienią czy zimą, będę myślała o wiośnie i lecie. Wycieczkach rowerowych nad stawy i ciszy, której się tam mogę oddawać. I te kolory! Zresztą, ja chwalę niemalże wszystkie wydania wydawnictwa Filia, więc wiecie... Teraz przejdę do pomysłu, który też pochwalę, bo taka mega lekka, zabawna i niezobowiązująca lektura to jest to, czego czasami poszukuję, żeby się odprężyć i odpocząć od tych "cięższych". Uważam również, że autorka poradziła sobie z wykorzystaniem pomysłu i uprzyjemniła tym samym czas spędzony na lekturze jej książki.

Podobało mi się również to, że styl, jakim autorka napisała książkę, jest przyjemny, nieskomplikowany i dzięki temu bardzo szybko czytało mi się perypetie głównej bohaterki. Jednak tym, do czego się przyczepię, jest objętość książki. Już podczas czytania mówiłam sobie, że na pewno ujmę to w opinii. Książka równie dobrze mogłaby być o jakieś dwieście stron cieńsza, serio. Wystarczyłoby wywalić jakieś duperele i niewiele znaczące opisy. Takie moje zdanie. 

Nie zapałałam wielkimi uczuciami do bohaterów, jakie stworzyła Dorota Milli. Niestety. Lukrecja i jej wielkomiejskie zachowanie strasznie mnie drażniło. Znalazła się dama, co ze wsi wyjechała do Warszawy i kurde pani na włościach. Nic jej nie pasuje, sam plebs ją otacza, w ogóle nie oddychajcie ludzie tym powietrzem co ona, bo jeszcze wieś z niej wyjdzie. Nic nie poradzę na to, że w realnym życiu takie osoby strasznie działają mi na nerwy, dlatego Lukrecja miała u mnie bana na polubienie już na samym starcie. Życie. Jakoś niespecjalnie też przypadł mi do gustu Dec, który wydawał mi się na siłę być luzakiem, cwaniakiem i takim pewnym siebie chłopaczkiem. Poza tym, te skróty imion też mi się nie podobały... Chociaż Dec, to nazwisko Huberta, więc nie będę się czepiała. Dec i Luka - nie brzmi to trochę amerykańsko? Nie pasowało mi to, lepsze byłyby całe imiona i zdecydowanie lepiej by mi się to czytało. Może innym to nie będzie przeszkadzać, mnie niestety drażniło.

Jeśli chodzi o dialogi i ogólny humor panujący w powieści... Hmm... Jest i dobrze i niedobrze. Zacznę od tego, że czasami te dialogi i wydarzenia rzeczywiście były zabawne, a czasami chyba ten humor był wciskany na siłę. Takie odniosłam wrażenie... Albo po prostu mój humor nie pokrywa się z humorem książkowym - tak też bywa. Jeśli chodzi o relację pomiędzy Hubertem (Dec) i Lukrecją, to też będę się czepiać. Takie darcie kotów, trochę na wyrost... Potem na szczęście poszło to w lepszym kierunku, więc koniec końców, było ok.

To jedno lato, to książka, która, jak sami widzicie, podobała mi się i nie podobała. Są rzeczy, które były w porządku, ale są też takie, które mnie raziły. Niemniej jeśli szukacie czegoś niezobowiązującego, kobiecego, lekkiego i całkiem fajnego, to może się skusicie?

środa, 21 czerwca 2017

"Coś o tobie i coś o mnie" Julie Buxbaum

Dziękuję!

Po śmierci matki Jessie musi opuścić przyjaciół i dom w Chicago, ponieważ jej ojciec powtórnie się ożenił – z bogatą hollywoodzką producentką. Dziewczyna przeprowadza się do Los Angeles i zamieszkuje w bezosobowym pokoju gościnnym, jednym z wielu w rezydencji Rachel i jej mało sympatycznego syna Theo. Jessie jest bardzo samotna, a sytuacji nie poprawia wcale fakt, że w ekskluzywnej prywatnej szkole, pośród dzieci bogaczy, czuje się zupełnie nie na miejscu. Nie ma przyjaciół, rówieśnicy się z niej wyśmiewają. Sytuacja zmienia się, gdy Jessie otrzymuje e-mail od chłopaka podpisującego się jako Ktoś/Nikt. Kontynuuje korespondencję – najpierw mailową, później na komunikatorze. Przez pierwsze trudne tygodnie szkoły, chłopak jest dla niej jedynym przyjacielem...


Na instagramie okrzyknęłam ją jedną z najlepszych książek młodzieżowych, jakie czytałam. Dodałam również, że totalnie mnie oczarowała. I po kilkunastu dniach od napisania tych słów, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nadal uważam, że Coś o tobie i coś o mnie, jest świetną książką młodzieżową, której mam nadzieję, nigdy nie zapomnieć. Na pewno jeszcze do niej wrócę, bo jest przeurocza i ciepła, a takie książki (jak dla mnie) zawsze są na czasie.

Jessie rozpoczyna nowe życie, po przeprowadzce do nowego miejsca, zaczyna naukę w nowej szkole, gdzie nikogo nie zna. A mało tego, jest to prywatna szkoła, gdzie uczęszczają raczej same bogate dzieciaki. Dziewczyna czuje, że ciężko będzie się jej tam odnaleźć i właściwie nie mija się z prawdą. Pewnego dnia dostaje tajemniczego i całkiem zabawnego maila od kogoś o nicku Ktoś/Nikt. Ten ktoś daje jej całkiem przydatne rady i całkiem wyraźny obraz tego, jaka jest sytuacja w szkole. Jessie zastanawia się, czy przypadkiem nie jest to jakieś bogate "dzieciątko" ze szkoły, które obrało sobie ją jako cel do wyśmiewania. Szybko okazuje się, że J. się myli. Ktoś/Nikt okazuje się jej bratnią duszą, przyjacielem, którego aktualnie nie ma przy sobie. Jednak ciągle pozostają w bezpiecznej sferze komunikowania się ze sobą w świecie internetu. Czy narodzi się z tego coś większego?

Coś o tobie i coś o mnie, jest zabawną, ciepłą i pełną niewinnego uroku książką, która od pierwszych stron przypadła mi do gustu. Mam słabość do tego typu powieści, gdzie znajomości zaczynają się od komunikacji internetowych i przeradzają ze zwykłej znajomości w przyjaźnie, a nawet miłość. Każda książka, która była z takim motywem, przypadła mi do gustu. Nie przypominam sobie, żeby było inaczej. 

W swojej książce Buxbaum porusza problem aklimatyzacji w nowym miejscu, ale pokazuje na przykładzie Jessie, jak ważne jest by od początku do końca być sobą. Nie przejmować się tym, co mówią inni. Tym, jak nam dokuczają tylko dlatego, że różnimy się od innych. Jessie to cholernie twarda dziewczyna, która mogłaby być brana na przykład dla innych nastolatek. Serio, silna, inteligentna, zabawna i wrażliwa dziewczyna, to piękna kombinacja. Dlatego główną bohaterkę polubiłam już na starcie. Poza tym ten cały Ktoś/Nikt, również przypadł mi do gustu. Co prawda domyśliłam się (bo w zasadzie ciężko jest się nie domyślić) niemalże od początku, kim jest ten ktoś. Niemniej bardzo ucieszyło mnie to, że to właśnie ta osoba. Autorka poruszyła również motyw straty i to, jak ciężko sobie z nią poradzić. Jak ciężko jest zacząć od nowa i w nowym miejscu. Jak ludzie oceniają innych przez pryzmat plotek, wyglądu czy zachowania. Można więc powiedzieć, że Coś o tobie i coś o mnie, jest bardzo wartościową młodzieżówką, która spodoba się nie tylko samej młodzieży.

Jeśli szukacie mądrej, poruszającej i zabawnej historii, która jest naprawdę dobra, to gorąco polecam Wam Coś o tobie i coś o mnie. Mnie się cholernie podobała i mam nadzieję, że jeśli dacie jej szansę, Wam też się spodoba. 

wtorek, 20 czerwca 2017

"Uciekająca narzeczona" Denise Hunter

Dziękuję!

Ona pamięta tylko tyle, że go kocha. On nie może zapomnieć, w jaki sposób go rzuciła.
 Wstrząs mózgu wymazał siedem miesięcy z życia Lucy. Dziewczyna nie przypomina sobie rozstania z narzeczonym, Zakiem Callahanem, na tydzień przed ślubem ani przeprowadzki do Portland. I naturalnie, nic nie wie o swoich następnych zaręczynach. Jedyne, co pamięta, to to, że Zac jest jej droższy nad życie.
Po nieoczekiwanym i niewyjaśnionym odejściu Lucy, Zac przez wiele miesięcy nie mógł odzyskać równowagi. Z rozpaczy rzucił się w wir pracy na rodzinnej plantacji i w swojej restauracji w Summer Harbor. A teraz Lucy znowu pojawia się w jego świecie – bezdomna, bezradna i… zakochana. Potrzebuje go, by poskładać od nowa swoje życie. Lecz co będzie, gdy Lucy wróci pamięć?

Może wydam Wam się nudna, ale... Uwielbiam Denise Hunter! Tak wiem, już to widzieliście, chyba przy każdej recenzji książki tejże autorki, ale co ja poradzę, że tak właśnie jest? Uciekająca narzeczona, to kolejna trafiona w punkt historia romantyczna dla każdej kobiety z romantyczną duszą. 

Jak w opisie, trochę klimat filmowy mi się nasunął, co oczywiście w moim przypadku wpłynęło na plus odbioru tejże książki. Czyta się ją niesamowicie szybko i przyjemnie. Właśnie ten lekki styl Hunter lubię chyba najbardziej. Oczywiście prócz sympatycznych postaci i fajnie skrojonych wątków miłosnych! Uciekająca narzeczona to moje czwarte spotkanie z twórczością Denise Hunter i czwarte udane. Co mi się w niej podobało? A może jest coś, co nie do końca mi spasowało? 

Uciekająca narzeczona, to drugi tom serii Summer Harbor. Serii o trzech braciach Callahan. Tym razem autorka rzuciła na tapetę życie Zaca, którego poznaliśmy w tomie pierwszym. Zac był tam markotny, smutny i nie do życia, jednak nic dziwnego, skoro narzeczona porzuciła go tuż przed ślubem. Chłopak się załamał w końcu, Lucy była miłością jego życia. Mija siedem miesięcy od tego zdarzenia i Zac stara sobie na nowo ułożyć życie, aż tu nagle bum! Dostaje telefon i dowiaduje się, że jego była narzeczona myśli, iż nadal są parą... To go zbija z tropu, ale pędzi jej na ratunek, bo wiecie... Miłości nie da się od tak wyrzec, wymazać i nie myśleć o niej. To tak nie działa i Hunter daje tego przykład, historią Zaca.

Lekka, przyjemna i kobieca - tak oceniłabym ją w trzech słowach. Idealna na wiosnę, lato, jesień i zimę. Na każdą porę dnia, na pogodę i niepogodę. Na chandrę i śmiech. Tak to już jest z książkami tej autorki, że można je czytać zawsze i wszędzie. Fajni bohaterowie, przejmująca historia, śmieszne akcje, ciekawe wątki i przyjemny warsztat autorski. Czego chcieć więcej od takiego kobiecego czytadła? Myślę, że to wszystko. I jestem zadowolona z całokształtu.