Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Między słowami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Między słowami. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

"We wspólnym rytmie" Jojo Moyes



Dziękuję!
Dobry jeździec wie, że ma tylko jedną szansę, aby zaskarbić sobie szacunek konia. Wie też, że przez jeden wybuch gniewu może na zawsze stracić jego zaufanie. Konia można bowiem skrzywdzić tylko raz. Potem latami odbudowuje się zerwaną relację. Z ludźmi bywa podobnie…

Świat Natashy rozsypał się wraz z odejściem męża. Gniew i zraniona duma popchnęły ją do zrobienia rzeczy, których potem żałowała. Gdy człowiek traci kogoś bliskiego, nie zawsze zachowuje się rozsądnie. Natasha zamknęła się w swojej samotności, postawiła na niezależność i karierę. Kiedy decyduje się pomóc spotkanej w podejrzanych okolicznościach Sarze, nie przypuszcza, że ta „dziewczynka znikąd” odkryje przed nią życie na nowo.

Co się stanie, gdy Natasha zaryzykuje wszystko dla dziewczynki, której nawet nie zna i nie rozumie? Czego można się nauczyć od osoby, która kocha bardziej konie niż ludzi?

We wspólnym rytmie to opowieść o kobiecie, która nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby znów być kochana, i o dziewczynie, która jest gotowa kłamać i kraść dla kogoś, kogo kocha.

Miłość istnieje w tym, co się robi, w małych i dużych gestach. To, że się o niej nie mówi, nie oznacza, że jej nie ma. 

Książki Jojo Moyes uwielbiam. Każdą jedną. Jestem fanką jej historii i nawet mi przez myśl nie przeszło, że jej najnowsza powieść pt. We wspólnym rytmie, mogłaby mi się nie spodobać. Przyznam, że czekałam na tę piękność już jakiś czas i z ogromną przyjemnością oddałam się lekturze. Czytanie tej książki trochę mi się przeciągało, bo "ciągle coś". Niemniej, kiedy już ją skończyłam, dopadł mnie lekki smutek, że to już koniec. Moyes ma taki dar w kreowaniu postaci, że kiedy już je poznam, wdrożę się w ich świat, to później ciężko mi się z nimi rozstać. Tak też było w tym przypadku.

Książka We wspólnym rytmie jest kierowana do kobiet dojrzałych, w zasadzie jak każda powieść autorki. Moyes opowiada nam losy pewnego małżeństwa, którego rozpad jest nieunikniony oraz losy pewnej zagubionej dziewczynki, która całkowicie jest oddana swojej pasji. Dziewczynki, która ma tylko dziadka i konia, którego bardzo kocha. Dziewczynki, której życie nie rozpieszczało, i która ciągle ma pod górkę. 

Przyznać muszę, że nastoletnia Sarah strasznie działała mi na nerwy. Zachowywała się jak rozwydrzony bachor, do którego nic nie dociera. Nie polubiłam się z nią od samego początku, niby mogłabym zrozumieć jej zachowanie, niemniej ciężko było mi to uczynić. Te jej fochy, kłamstwa... Irytowała mnie i dopiero (dopiero!) pod koniec książki poczułam do niej sympatię i zrozumienie, ale wcześniej miałam ochotę jej przylać paskiem w dupsko, bo ileż można! Ktoś dla niej ryzykuje, robi wiele, chce ją zrozumieć i jej pomóc, a ta wiecznie źle, wiecznie nie, wiecznie jazdy i dąsy. No szlag mnie trafiał. 
Mac i Natasha to takie problemowe małżeństwo, którego losy śledziłam z dużym zainteresowaniem. Bardzo polubiłam tę dwójkę zagubionych ludzi, których cholernie do siebie ciągnie, ale jednocześnie te dwa bieguny nie tańczą (tytułowo) w tym wspólnym rytmie. Ciężko im się zgrać, zrozumieć siebie nawzajem, a nawet czasami porozmawiać. Da się jednak przewidzieć, jak to wszystko się skończy, bo  kto tego nie przewidział, to chyba jest ślepy. Niemniej nie jest to coś złego, absolutnie. Wiecie, z książkami obyczajowymi jest tak, że niestety bądź stety są one przewidywalne. Nie zawsze, ale jednak są.

W życie Natashy i Maca "wchodzi" Sarah. Dziewczynka huragan. Huragany wszystko niszczą, a czy Sarah tak robi? Na pewno posieje trochę zamętu w życiu tej dwójki dorosłych. Na pewno wyjdzie im to na dobre! Chociaż... Nie pod każdym względem, ale o tym nie będę się rozpisywała. Sami musicie poznać historię tej trójki bohaterów, żeby się przekonać o czym piszę.

O czym jest książka We wspólnym rytmie? O tym, że razem można pomóc sobie nawzajem, o zrozumieniu, wsparciu, sile miłości, ogromie pasji i pracy w tę pasję włożonej. Na pewno o wybaczaniu, zmianie, otwarciu się na drugą osobę, zaufaniu, stracie... Co tutaj dużo mówić, według mnie ta książka (jeśli się ją zrozumie i CHCE się ją zrozumieć) jest piękna. Jest prawdziwa, poruszająca i emocjonalna. Pewnie nie do każdego trafi, niemniej ja ją polecam. Jeśli szukacie czegoś takiego, jak wymieniłam wyżej, to myślę, że się nie zawiedziecie.

środa, 15 lutego 2017

"Ścieżki nadziei" Richard Paul Evans

Dziękuję!
Człowiek musi iść. Do tego został stworzony.
 Po śmierci ukochanej żony, utracie domu i pracy Alan wyruszył w pieszą podróż przez całą Amerykę. Sam. Z jednym plecakiem. Z mnóstwem pytań o sens życia i cierpienia. Podczas swej niezwykłej wędrówki doświadczył dobra i ciepła, otrzymał pomoc i przekonał się o sile, jaką dać może tylko przyjaźń. Spotkał ludzi, którzy na zawsze odmienili jego życie. Powoli odzyskiwał nadzieję. Ale nigdy nie wiemy, co czeka nas za zakrętem drogi. Los znów kazał Alanowi przerwać podróż i poddał go kolejnej ciężkiej próbie. Teraz jednak Alan ma coś, czego mu brakowało, zanim wyruszył – bagaż doświadczeń i mądrość zdobyte podczas wędrówki. Czy to wystarczy, aby dokończyć podróż? Czy Alan zostawi za sobą przeszłość i znajdzie siłę, by żyć na nowo? Czy odzyska szanse na miłość i zwykłe ludzkie szczęście?
"Ścieżki nadziei" zamykają bestsellerową serię "Dzienniki pisane w drodze" Richarda Paula Evansa. Autor "Kolorów tamtego lata" i "Stokrotek w śniegu" zabiera nas w podróż, która odmienia życie i pozwala odzyskać nadzieję.
Dzienniki pisane w drodze, to seria którą zna wielu fanów Evansa. Ja przyznaję, że znam jego poprzednie książki spoza serii, ale jeśli chodzi o Dzienniki pisane w drodze, to "Ścieżki nadziei" jest moją pierwszą przygodą, którą przeżyłam z głównym bohaterem. Autor fajnie zaczyna tę powieść. Przywitanie kieruje do tych, którzy są z nim i tą wędrówką Alana od samego początku, ale i wita tych, którzy dopiero zaczynają z nim tę wędrówkę. I muszę przyznać, że tym już na samym  starcie zapunktował. 

Po przeczytaniu tego tomu, jestem pewna tego, że chcę poznać również poprzednie. I chociaż nie obędzie się w mojej opinii bez kręcenia nosem i odrobiny czepiania się, to i tak uważam, że warto sięgnąć po Dzienniki w drodze. Autor ma dużo do przekazania i nie są to głupoty. Jego tekst zmusza do refleksji i jest pełen życiowych, mądrych i pięknych cytatów. Przejdę jednak do rzeczy.

Na pierwszy rzut pójdzie pomysł na książkę/serię i jego wykorzystanie. W tym przypadku będę się rozwodziła głównie na temat właśnie tej, ostatniej już części. Pomysł bardzo fajny na opisywanie przygód bohatera na trasie jego wycieczki? Nie spotkałam się z czymś takim do tej pory. A przynajmniej nie przypominam sobie. Oceniam pomysł i jego wykorzystanie dobrze.

Bohaterowie? Alan skradł moją sympatię tym, jakim jest człowiekiem. Dobrym, szczerym, oddanym, ale też zagubionym i przeżywającym to, co stało się, bądź dzieje się z jego bliskimi. Przeszedł w życiu wiele. Stracił swoją mamę, którą kochał nad życie. Następnie stracił żonę, którą kochał nad życie... Ile może znieść człowiek? Jak się okazuje, naprawdę wiele. Ciągle upada i się podnosi. Czasami po bolesnym upadku ciężko się podnieść... Alan jest tego dobrym przykładem. Jest przykładem tego, że ludzie po stracie bliskich, po niepowodzeniach w swoim życiu nie poddają się. Przynajmniej nie powinni tego robić, bo życie może jeszcze zaskoczyć. I właśnie tym kupił mnie Evans. 

Kolejnym, czym mnie kupił to emocje. Oj! Ile ja łez wylałam przy tej powieści... Zwłaszcza, kiedy Alan i jego ojciec wspominali o śmierci mamy Alana i jego żony. A już kompletnie się rozkleiłam w pewnej chwili w szpitalu. Jestem osobą emocjonalną i niestety (a może stety) jestem wrażliwa na choroby, które odbierają bliskich. I w tej książce śmierci i smutku było całkiem sporo. Może nie śmierci jako obecnej, ale tej wspominanej przez bohaterów. Myślę sobie, że jeśli ktoś stracił bliskich w podobny sposób, jak główny bohater, tak jak ja, się rozklei. Mnie to bardzo poruszyło. Emocji jakie wywołała ta książka nie mogę do końca wyróżnić, ale było ich wiele. 

"Ścieżki nadziei" to książka, która bardzo mi się podobała, ale żałuję, że niektórych wątków autor nie rozbudował bardziej. Nie poświęcił im więcej uwagi i przez to kręcę nosem. Chociaż w pewnych momentach pewnie bym się zaryczała, ale co tam! Uważam, że książka powinna być nieco dłuższa, a autor poświęcił nieco więcej uwagi niektórym jej elementom. 

Podsumowując, książkę lubię i polecam. A sama planuję sięgnąć po poprzednie, bo niestety nie miałam wcześniej okazji. 

piątek, 30 grudnia 2016

[Przedpremierowo] "Dziewczyna, którą kochałeś" Jojo Moyes

PREMIERA 11 LISTOPADA

Nowa powieść autorki bestsellerowych Zanim się pojawiłeś i Kiedy odszedłeś. Ten portret to moja ulubiona rzecz w całym domu. Właściwie na całym świecie. Przypomina mi o dziewczynie, którą kiedyś byłam. Która nie martwiła się na okrągło. I która potrafiła się bawić, po prostu… robiła różne rzeczy. O dziewczynie, którą chcę znów być. W życiu Liv nic nie poszło zgodnie z planem. Zamiast cieszyć się miłością męża i myśleć o przyszłości, została sama. Jedyne, na co ma ochotę, to wejść pod kołdrę i już nigdy nie wyściubiać spod niej nosa. Wypić o jeden kieliszek wina za dużo i zapomnieć o mailach od komornika i mężczyźnie, który miał być spełnieniem marzeń, a zniknął bez słowa. Jedyne, co pomaga jej przetrwać, to portret dziewczyny, zaręczynowy prezent. Najcenniejsza rzecz, jaką ma. Kiedy ktoś chce jej go odebrać, Liv zaczyna walczyć. O obraz i o siebie. Podobno można łamać zasady, jeśli się kocha… Jojo Moyes to ulubiona autorka milionów czytelników, a jej pisarstwo jest światowym fenomenem wydawniczym. Wyrównała rekord należący do Harlana Cobena i Stephena Kinga – trzy jej książki znalazły się równocześnie na listach bestsellerów „New York Timesa”. Powieści Moyes zostały przetłumaczone na 35 języków i rozeszły się w nakładzie ponad 9 milionów egzemplarzy.

To, że uwielbiam Jojo Moyes nie jest chyba dla nikogo nowością. Pokochałam "Zanim się pojawiłeś", zanim był na nią szał i zanim wszyscy się nią zachwycali. Z każdą kolejną książką autorki, poznawałam ją na nowo, bo każda z historii, jakie stworzyła jest niezwykła i zupełnie inna od poprzednich. Jednym co je łączy jest miłość, która i tak w każdej jest inaczej "ujawniana". Kiedy przywędrował do mnie przepiękny egzemplarz "Dziewczyna, którą kochałeś", nie mogłam przestać się uśmiechać! Tak to już jest z nami, fanami czyjejś twórczości. Cieszymy się jak dzieci z każdej kolejnej książki naszego ulubionego autora.

Tak naprawdę "Dziewczyna, którą kochałeś", to dwie historie różnych kobiet, które łączą się w jedną. A najlepsze jest to, że jedna opowiada nam o życiu podczas I wojny światowej, a druga o współczesnych czasach i obie są cudowne. Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona z lektury i nie mogę przestać o niej myśleć. Ba! Nadal czuję podekscytowanie nią, więc jeśli coś będzie bez ładu i składu, proszę o wybaczenie, ale jestem świeżo po lekturze i spieszę z przelaniem moich odczuć odnośnie lektury.  

Sophie, kobieta z pierwszej części powieści Moyes. Postać kluczowa dla całej fabuły. Poznajemy Sophie oraz to całe piekło, przez które przeszła. Poznajemy zaledwie kawałek świata w jakim przyszło jej żyć, a pech chciał, że był to czas, gdzie Niemcy uważali siebie za panów wszystkich i wszystkiego, co tylko wpadło im w ręce.  I ciągle pragnęli więcej. Sophie wraz z bratem, siostrą i dwoma szkrabami prowadziła hotel w mieście St Peronne we Francji (1916 rok), które zajęli Niemcy. Sophie i jej siostra żyją samotnie, ponieważ ich mężowie zaciągnęli się, by walczyć z wrogiem. Zanim stał się żołnierzem, był wybitnym malarzem i właśnie tytuł książki odnosi się do obrazu o tym samym tytule "Dziewczyna, którą kochałeś". Obrazie, który namieszał w życiu drugiej bohaterki, ale o tym za chwilę, bowiem warto, a nawet należy poświęcić uwagę Sophie. Bardzo polubiłam tę silną kobietę pełną nadziei, sprawiedliwości i sympatii dla innych. Sophie to cudowna kobieta, która została potraktowana okrutnie, nie tylko przez los, ale przez najbliższych również. Podoba mi się w niej ta wiara i moc miłości, jaką darzyła swojego męża -  to wszystko było dla mnie ogromnie budujące. Sophie dosięgła niesprawiedliwość i bardzo mnie to poruszyło. Niestety tak było w czasie wojny... W niektórych krajach nadal tak jest i będzie. Nie chciałabym czegoś takiego przeżyć. Coś okropnego...

Liv, to druga postać kobieca, do której należy druga część książki Moyes. Kolejna cudownie wykreowana postać kobieca, którą polubiłam od samego początku. Liv również straciła męża, którego kochała z tak budującą mocą, że to aż boli. Historia jej i jej męża wzruszyła mnie do łez... Chociaż Liv należy do tych naiwnych postaci kobiecych, to jednak nie jest głupiutka. Nie poddaje się, walczy o swoje, choćby na placu boju musiała pozostać sama - co tak naprawdę w pewnej chwili ma miejsce. Odchodząc od walki o swoje, przejdę do rodzącego się uczucia pomiędzy Liv a Paulem. Zabawnie się zaczęło, powoli kiełkowało i wybuchło w piękny sposób. Aczkolwiek nie obyło się bez trudów... Paul to mężczyzna, który podejmuje słuszne decyzje, jest odpowiedzialny, spokojny, zabawny i przystojny (ale bez rozpływania się nad jego urodą, za co ogromny plus dla autorki). Fajnie, że autorka postanowiła wpleść w treść opisy widziane z jego punktu widzenia.

Ogólnie rzecz biorąc: uwielbiam bohaterów tej książki, każdego z osobna i wszystkich razem. Prócz tych, które wymieniłam, jest ich wiele więcej i każda jest świetnie wykreowana.

Czy "Dziewczyna, którą kochałeś" podbiła moje serce? Jak najbardziej. Jest to opowieść o miłości, stracie, walce o swoje, trudnych wyborach, żegnaniu się z przeszłością. Książka, która budzi w czytelniku całą masę emocji, zaskoczenie, wzruszenie, żal, smutek, śmiech... Uwielbiam książki Moyes, a ta jest czymś nowym. Czymś po co niewątpliwie warto, a nawet trzeba sięgnąć. Ja gorąco i z całego serca polecam!


czwartek, 23 czerwca 2016

"Kiedy odszedłeś" Jojo Moyes


Dziękuję!
Nie myśl o mnie za często…

Po prostu żyj dobrze.

Po prostu żyj.

Will

 Tyle że Lou nie ma pojęcia, jak to zrobić. I trudno jej się dziwić.
 A jednak Kiedy odszedłeś to nie tylko historia o podnoszeniu się po utraconej miłości, lecz także inspirująca opowieść o nowych początkach. Pamiętając o obietnicy złożonej ukochanemu, Lou stara się znajdować nowe powody, dla których warto czekać na każdy kolejny dzień.
Miłośnicy pisarstwa Jojo Moyes odnajdą w tej książce to, co najbardziej cenią w jej twórczości: ujmujący humor, autentyzm i zapadających w serce bohaterów. A ci, którzy jeszcze nie znają tej autorki, mogą być pewni, że po lekturze Kiedy odszedłeś popędzą do księgarń, by jak najszybciej nadrobić zaległości.


Jojo Moyes jest jedną z moich ulubionych autorek powieści obyczajowych. Pokochałam jej powieści dzięki "Zanim się pojawiłeś", które złamało mi serce. Autorka ma świetny styl, a historie jej bohaterów głęboko zapadają w pamięć. Właśnie takie powieści lubię, takie postaci mnie interesują i Moyes mi to dostarcza dzięki swoim książkom. Dzisiaj przyszedł czas na kontynuację, "Zanim się pojawiłeś". Szczerze powiedziawszy dwa lata temu nie pomyślałabym, że jakaś kontynuacja powstanie. Myślałam, że to jednotomowa historia. Kiedy usłyszałam, że wydana zostanie książka z dalszymi losami Lou, wiedziałam, że ją przeczytam. 


UWAGA! W TEJ RECENZJI NIE OBEJDZIE SIĘ BEZ SPOILERÓW!

Nie nastawiałam się na łzy, bo przecież Willa już nie ma, a to jego sytuacja i jego decyzje sprawiły, że lały się one strumieniami. Dlatego nie szukałam w kontynuacji tego, co było w jedynce, a wiem, że niektórzy czytelnicy właśnie tego szukali w "Kiedy odszedłeś". To po prostu uzupełnienie powieści, kropka nad i. Bardzo dobra kropka moim zdaniem. Bardzo mi się podoba to,  że autorka opisała nam dalsze losy Lou, ponieważ to mnie zastanawiało. Jak ona sobie z tym wszystkim poradzi? Jak przeżyła to wszystko? W ogóle, jak poradzili sobie rodzice Willa? No i bum! Niespodzianka od losu, jest ktoś nowy. A nawet więcej ktosiów.



W ogóle w tej książce postaci mają problemy innego kalibru. Jedni radzą sobie z ogromnym bólem i poczuciem straty, odrzucenia... Inni walczą z samotnością i brakiem akceptacji życia takim, jakie ono jest. Kolejni pragną coś zmienić w swoim świecie, chcą być docenieni, chcą przygody. To nie jest tak, że książka nie jest wzruszająca, bo nie ma już Willa i jego cierpienia. Łzy stanęły mi w oczach kilka razy. "Kiedy odszedłeś", to powieść która pokazuje nam jak można poradzić sobie z przeciwnościami losu... z życiem. Jeśli jej pozwolicie, to podniesie Was na duchu. Rozbawi, wzruszy... Jojo Moyes jest świetną autorką, którą bardzo sobie cenię. I ta historia nie zawiodła mnie w najmniejszym stopniu. Wręcz przeciwnie, zaskoczyła mnie i to niejeden raz!

Może nie był to smutek tego samego kalibru, co w "Zanim się pojawiłeś", ale był. I "Kiedy odszedłeś" jest świetnym uzupełnieniem, ale również świetną powieścią samą w sobie. Naprawdę piękną, zabawną i wzruszającą. Cieszę się, że powstała. Miałam pewne obawy, ale teraz, po jej przeczytaniu - wiem, że schowały się one na dnie w szafie.

Dlatego każdy, kto obawia się kontynuacji i tego, że nie będzie ona lepsza od "jedynki", niech nie patrzy na nią przez pryzmat Willa... Ta książka jest równie wspaniała. Równie wciągająca i porywająca. I polecam ją każdemu, kto czytał tom pierwszy. Naprawdę, gorąco polecam. Kto wie? Może to jeszcze nie koniec?'

Recenzja "Zanim się pojawiłeś" : KLIK

czwartek, 14 maja 2015

"Psia story" i "Razem będzie lepiej"

Skoro dzisiaj trochę treści o sierściuchach, to pozwoliłam sobie na ociupinkę prywaty w postaci moich dwóch futrzanych kuleczek :)
Moje dwa serduszka: Homer i Fado

Dzisiaj dwie króciutkie opinie na temat dwóch świetnych książek, które gorąco Wam polecam. Oczywiście w głównej mierze płci pięknej, bo to właśnie ona znajdzie w nich ukojenie po ciężkim dniu. Dlaczego zestawiłam te dwie książki razem? Ano mają one ze sobą wiele wspólnego. W każdej z nich znajdziemy psa... Nie byle jakiego psa. Brzydkiego, śmierdzącego i rozlazłego psa... Jednak wiernego i oddanego do granic możliwości swoim bliskim. Oba te czworonogi mają specyficzne poczucie humoru. 

"Psim tropem" oraz "Razem będzie lepiej" to ciepłe historie, które pochłonęły mnie bez reszty. Historie, które opowiadają o stracie, miłości, oddaniu, przyjaźni, rodzinie, poświęceniu, przezwyciężaniu, zmianie... Historie realne. A z samymi bohaterami możemy się bez trudu utożsamiać. Obie te powieści są idealne na każdą porę roku, a jako, że zazwyczaj w ciepłe dni szukamy czegoś zabawnego i lekkiego, toteż właśnie na wiosnę i lato są najlepsze.

mężczyzna + kobieta + PIES = wielka miłość

Książek obyczajowych, gdzie narratorem jest mężczyzna jest bardzo mało. Albo to tylko ja spotkałam się z pierwszą taką? Psia story jest prowadzona z perspektywy widzenia głównego bohatera, Daniela, którego nie można nazwać szczęściarzem. Daniel jest cyniczny, ma specyficzne poczucie humoru, rzuciła go dziewczyna (nie przed ołtarzem, na całe szczęście!) i zostawiła mu najbrzydszego psa na świecie. Psa, który odgrywa znaczącą rolę w całej historii. Mało tego, nasz bohater ma do spłacenia kredyt, a nie ma stałej pracy. Jednak w tej kwestii problem rozwiązuje się bardzo szybko. Spotkałam się już z opiniami, które napomykały, że niniejsza powieść, a raczej jej narracja, tudzież postać męska przypomina Bridget Jones. Być może coś w tym jest. Niemniej ja się tego czegoś nie doszukiwałam, więc za porównywania się nie biorę.

Jeżeli szukacie przyjemnej, odrestaurowującej, zabawnej i ciepłej historii to gorąco polecam. Ta książka ma wszystko to, co książka powinna mieć aby zrelaksować czytelnika. Interesującą treść, przyjemnych bohaterów, niebanalny humor i przede wszystkim lekkość czytania.

mężczyzna + kobieta + dwójka dzieci i PIES gratis = wielka miłość

Na miejscu Jess każdy miałby dosyć. Pracy na dwa etaty, chodzenia przez cały rok w jednej parze dżinsów, kupowania najtańszych jogurtów na promocji w supermarkecie i wybaczania byłemu mężowi, że nie płaci alimentów.
Jednak Jess nie należy do kobiet, które łatwo się poddają. „Damy sobie radę” mogłaby mieć wydrukowane na koszulce. Kiedy okazuje się, że jej córka ma szansę na zdobycie stypendium w wymarzonej szkole, gotowa jest ruszyć na drugi koniec kraju, zabierając ze sobą:
1. jednego problematycznego nastolatka,
2. jedną wybitnie uzdolnioną dziewczynkę z chorobą lokomocyjną,
3. jednego kudłatego psa o wielkim sercu.
Oraz...
 4. przypadkowo spotkanego mężczyznę na życiowym zakręcie, który w krytycznym momencie wyciąga do nich pomocną rękę.

Bardzo polubiłam się z dziełami Jojo Moyes. Nie mogłam przejść obojętnie obok wydanej niedawno w pięknej i kobiecej oprawie powieści. Prostota idzie w parze z pięknem niniejszej oprawy. Nieprawdaż? Ja tam lubię "niezwydziwiane" okładki, które mają nieskomplikowaną formę, a przyciągają wzrok. Podczas czytania zamykałam książkę, tylko po to, żeby sobie popatrzeć na front książki. A kolejna powieść autorki, wydana przez to samo wydawnictwo co ta, będzie równie śliczna! Ale dość już o tym. Przejdźmy do konkretów.

Jojo Moyes przemyca w swoich pozornie lekkich książkach, ciężkość życia. Zmusza do refleksji - co bardzo lubię w jej dziełach. I tym razem mnie nie zawiodła. Poznajemy Jess, młodą matkę dwójki dzieci, w tym jedno przysposobione. Córka, Tanzie jest matematycznym, słodkim geniuszem, zaś Nicky wyrzutkiem społecznym, samotnikiem, który nie ma zamiaru wbrew sobie wpasowywać się w otoczenie, za co niestety obrywa. W dodatku mają wielkiego, lubiącego puszczać bąki, psa. Świetna rodzinka, prawda?

Nie będę zdradzała treści, bo nie chcę tym samym psuć Wam zabawy odkrywania. Tak więc: kto? Jak? Z kim? Po co? Dlaczego? I gdzie? Musicie sami odkryć.

Czy wspólna podróż pokaże im, że… razem będzie lepiej? Razem zawsze jest lepiej. Nawet gdy jest źle, to razem zawsze raźniej. I właśnie o tym przekonała się główna bohaterka. Każdego łatwo jest pochopnie ocenić i skreślić. Jednak nie każdego, kogo się wpuściło do serca, można z niego wyrzucić.