Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Papierowy Księżyc. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 stycznia 2018

"Plus/minus" Olga Gromyko, Andriej Ułanow


Dziękuję!


Opis wydawcy:

Nowa książka Olgi Gromyko! Świąteczna niespodzianka dla jej licznych fanów.
Autorka wielu bestsellerów, takich jak cykl Kroniki Belorskie czy trylogia Rok szczura powraca z nową powieścią.
"Plus/minus" nie należy do żadnego cyklu. To samodzielna opowieść, która jednak ma w sobie wszystkie cechy literackiego stylu autorki: duża dawka przygody i humoru, wartkiej akcji i skrzących się dowcipem dialogów między parą niezwykłych bohaterów.
Kolejna powieść Olgi Gromyko, której nie możesz przegapić!
Ona jest (prawie) zwyczajną urzędniczką z rutynową pracą, maleńką kawalerką oraz humorzastym domowym ulubieńcem.
On próbuje wrócić do normalnego życia, w którym na napotkanych ludzi nie patrzy się przez celownik karabinu.
Każde z nich ma swój punkt widzenia na życie... niestety, życie również ma punkt widzenia na nich
.

O co chodzi?

No właśnie, dobre pytanie. Czy chodzi o to, który z bohaterów ma rację? Czy może o rozwiązanie sprawy. Doszło do morderstwa, być może są w nie wplątane istoty magiczne, bo wszystko jakoś tak, zbyt dobrze się układa. Oczywiście po myśli mordercy, a nie głównych bohaterów. Rozwiązanie sprawy wcale nie jest takie łatwe, Sasza i Elena przechodzą wiele prób, przeżywają dużo przygód, a przy tym wszystkim ja się naprawdę dobrze bawiłam. Sprawa od początku nie była łatwa do rozwiązania, więc tym bardziej czekałam, jak to się wszystko rozwinie.

Jak to z tymi postaciami:

Osobiście wręcz przepadam za postaciami tworzonymi przez Olgę Gromyko. Ja wiem, że jest wiele osób, które uważają je za ciepłe kluchy, ale moim zdaniem wcale nie są ciepłymi kluchami. Są wyraziste, zabawne i takie realne. Nie są tworzone na herosów, nie są idealne i właśnie to jest ich plus. Już dość mam przepięknych bohaterek o idealnych proporcjach/idealnych mężczyzn niczym z (przerobionej) okładki jakiegoś magazynu albo skrajnego przeciwieństwa  tego co wymieniłam. Olga Gromyko tworzy bohaterów z jajem i chwała jej za to! Zawsze pałam do nich sympatią i tym razem nie było inaczej.

Dobrze się czytało?

Książkę naprawdę dobrze się czytało, osobiście lubię taki lekki styl w fantastyce, chociaż jako fanka Sandersona muszę przyznać, że lubię również ten cięższy. To chyba zależy po prostu od mojego samopoczucia i dnia. Jedyne co, to trochę dialogi i przemyślenia głównych bohaterów czasami mnie drażniły. Widać wyraźnie, że zarówno autor, jak i autorka usilnie próbowali przekonać czytelnika o sile wyższej,  danej płci. Co było czasami zabawne, nie przeczę, jednak za dużo tych przepychanek, przez co był przesyt.

Wnioski:

Osobiście wręcz przepadam za twórczością Olgi Gromyko. Wszystkie jej poprzednie książki, jakie miałam okazję przeczytać, bardzo mi się podobały. Ba! Jestem jej fanką, ale… No właśnie, pojawiło się jakieś „ ale”, bo Plus Minus  nie do końca wypadł tak dobrze, żebym była w pełni zadowolona z lektury. Nie wiem czy to prze to, że książka została napisana w duecie, czy może coś innego… Nie to, żebym była zawiedziona, nie. Plus Minus to zabawna i fajna przygoda, ale po przeczytaniu kilku książek autorki, mam już wyrobione zdanie na temat jej twórczości i tym razem nie jestem pełna zachwytów.

Ocena:

Dobry.

niedziela, 3 grudnia 2017

"Cinder" Marissa Meyer (wznowienie)


Dziękuję!
Ulice Nowego Pekinu zapełniają ludzie i androidy. Szaleje śmiertelna zaraza. Bezlitośni księżycowi ludzie patrzą z kosmosu, czekając na swoją okazję. Nikt nie wie, że los ziemi spoczywa w rękach jednej dziewczyny… 
Cinder, utalentowana mechanik, jest cyborgiem. Tym samym należy do obywateli drugiej kategorii. Jej przeszłość to tajemnica. Macocha jej nienawidzi i wini ją za chorobę przyrodniej siostry. Ale kiedy jej życie splątuje się z życiem przystojnego księcia Kaia, Cinder nagle wpada w sam środek międzygalaktycznej wojny i doświadcza zakazanego zauroczenia. Rozdarta pomiędzy obowiązkiem a pragnieniem wolności, lojalnością a zdradą, musi odkryć prawdę o swojej przeszłości, by uratować przyszłość świata.
Dziewczyna cyborg? Opowieść o Kopciuszku w nowym wydaniu? Pekin? Oraz przybysze z Księżyca? To wszystko w jednej książce! Sam pomysł na książkę jest ciekawy, nie uważacie? Te wszystkie wyżej wymienione postaci oraz miejsca znajdziecie w Sadze księżycowej, którą niedawno skończyłam i jestem nią zauroczona. Bez dwóch zdań uważam, że książka jest po prostu fenomenalna! Na okładce widnieją słowa:
"Książka, o której było głośno i okazuje się, że nie bez powodu. Świetna." 
Czy zgadzam się z tą krótką lecz dobitną opinią? Oczywiście, że tak. Również, uważam, że książka pani Meyer jest świetna.
Każdy chyba zna bajkę o Kopciuszku, prawda? Wyobraźcie sobie, że autorka stworzyła coś na bazie kopciuszka, ale znacznie zmienionego i zupełnie nietypowego. Kopciuszkiem jest dziewczyna mechanik, która nie jest człowiekiem, ale cyborgiem. Książę nie jest zwykłym księciem, ale cesarzem. Bal nie jest zwykłym, pięknym balem, lecz wydarzeniem, które wszystkich prowadzi do zguby. A świat w jakim żyją główni bohaterowie jest zagrożony wojną międzygalaktyczną, do tego wszystkiego panoszy się tam straszliwa zaraza.
Sama nie wiem od czego zacząć. Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie i jestem ciągle pod jej urokiem, jednocześnie wymyślając co może się wydarzyć w kolejnej części, aż dziw pomyśleć, że to debiut pani Meyer! Pierwsza księga skończyła się  rozbudzając moją ciekawość do granic wytrzymałości. Uwielbiam baśnie! Należę do tych "starszaków" co to nadal oglądają bajki i się tego nie wstydzą. Dlatego też sięgając po Cinder byłam pewna, że książka mi się spodoba. W ciemno się za nią zabrałam i cieszę się, że było mi dane poznać ten piękny baśniowy świat. Imię głównej bohaterki jak mniemam, jest zaczerpnięte z angielskiego Cinderella - co znaczy nic innego jak Kopciuszek. Bardzo fajny pomysł autorki, muszę przyznać, że strasznie mi się spodobał. Tak więc zacznę od początku...

"Kiedy Kopciuszek zbiegał ze schodów, lewy pantofelek zsunął się z jej stopy."
Dawno dawno temu...
W Nowym Pekinie żyła sobie skromna, niezwykła i uczciwa dziewczyna o imieniu Cinder. Jej niezwykłością było to, że nie była tylko człowiekiem, a cyborgiem. Jej okropna macocha o imieniu Adri nie znosiła dziewczyny z całego serca, jak również jedna z jej córek zadufana w sobie Pearl. Obie często z niej szydziły i ją wykorzystywały. Druga z córek macochy Peony była ucieleśnieniem dobroci. Kochała Cinder z całego serduszka i zawsze jej to okazywała. Pewnego dnia do stanowiska pracy na targu dziewczyna cyborg przyszedł tajemniczy gość. Był nim sam książę Kaito(Kai), który potrzebował pomocy w naprawie swojego androida. Tak zaczęła się znajomość, która przeradzała się stopniowo w coś głębszego i prawdziwego. 
Czy jednak było tak pięknie jak w prawdziwej bajce o Kopciuszku? Tego musicie dowiedzieć się sami, sięgając po tę książkę.
"Czy istoty twojego pokroju wiedzą, czym jest miłość? Czy ty w ogóle coś odczuwasz, czy to jedynie kwestia... oprogramowania?"
Jak już wspomniałam fabuła książki bardzo mi się podobała. Co jednak z postaciami? Ich kreacja również nie ma sobie nic do zarzucenia. Postaci są barwne, ciekawe i na pewno nie są powtarzalne. Sam pomysł żeby stworzyć dziewczynę cyborga... Czy to nie jest oryginalne? Moim zdaniem bardzo! W dodatku idealnie stworzone i przedstawione czytelnikowi. Cinder nie jest nieporadną dziewczyną , która potrzebuje pomocy, kiedy tylko wpadnie w tarapaty. Sama radzi sobie ze swoimi problemami i nie użala się nad swoimi "ułomnościami". Co więcej posiada ona pewną niewiedzę na temat swojej przeszłości, która jest kluczowa w całej powieści. Ja jako czytelnik, domyślałam się o co tak naprawdę chodzi i jak się okazało moje domysły okazały się trafne. Co do księcia Kaito. Również bardzo fajnie wykreowana postać, która nie daje sobą manipulować, wie co jest w życiu ważne, wie też czego chce... Jednak nie może sobie pozwolić na ten "dobry wybór" przy zaistniałych okolicznościach, jakimi jest przybycie na Ziemię królowej Levany - bezwzględnej manipulantki oraz okropnej i despotycznej władczyni Księżyca (Luny). Bowiem Levana otwarcie przyznała, że jeżeli książę nie spełni jej warunków dojdzie do wojny, w której z pewnością wygra jej armia. I tutaj już mamy pokazanego czarno na białym złego bohatera jakim jest królowa Levana.
Przy tej książce nie idzie się nudzić. Prawda jest taka, że im oryginalniejsza fabuła i ciekawsze kreacje bohaterów tym większe zainteresowanie książką i niechęć rozstawania się z nią chociażby na moment. Saga księżycowa. Cinder. Posiada obydwie te cechy dlatego też jest warta spędzonego z nią czasu. Zagłębienia się w niej i odkrywania sekretów jakie w sobie kryje. Polecam gorąco!

Patronat!

środa, 22 listopada 2017

"48" Andreas Gruber



Dziękuję!

Jeżeli w ciągu czterdziestu ośmiu godzin odgadniesz, dlaczego uprowadziłem tę kobietę, zostanie ona przy życiu. W przeciwnym razie – zginie.“
Takim komunikatem rozpoczyna się perwersyjna gra seryjnego mordercy. Głodzenie, wlewanie atramentu do płuc, zamurowywanie żywcem w betonowym słupie...


Monachijska policjantka Sabine Nemez rozpaczliwie szuka motywu, wyjaśnienia. Tym bardziej, że chodzi również o życie jej matki. Dopiero gdy do śledztwa włącza się pewien Holender, schemat działania sprawcy staje się jasny. Przerażającą inspiracją psychopaty okazuje się stara książka obrazkowa...


„48“ to jeden z najlepszych thrillerów, jaki ukazał się na rynku niemieckim w ostatnich latach. Przez wiele tygodni gościł na listach bestsellerów, a z Andreasa Grubera uczynił jedną z największych gwiazd niemieckiego thrillera obok Sebastiana Fitzka.

Wielowątkowa, pełna zagadek i zwrotów akcji opowieść to mistrzowski thriller psychologiczny, który fanów gatunku przyprawi o szybkie bicie serca i będzie trzymał w nieustannym napięciu aż do ostatniej strony.


Kryminalna uczta, której nie możesz przegapić! 

Książką 48 byłam zaintrygowana od samego początku. Po prostu czułam, że jest to coś dla mnie. Czułam, że będzie to naprawdę świetna, wciągająca i mrożąca krew w żyłach historia. I co? Ha! I nie pomyliłam się, ani trochę. Coraz częściej sięgam po rozbudowane, mocne, konkretne kryminały i thrillery. Nie każdy spełnia moje oczekiwania. Nie każdy zapiera dech czy wzbudza niepokój. Natomiast 48 niewątpliwie do takich należy. Cholernie dobra książka.

Poznajemy portret psychologiczny mordercy, który jest niebywale inteligentny, opanowany i ewidentnie chory na umyśle. Inaczej nie zrobiłby tego, co robił. Autor rewelacyjnie przedstawił nam czarny charakter swojej powieści. Jestem pod wrażeniem tego, jak dopracował najmniejsze szczególiki tj. przeszłość bohatera, jego tok myślenia, pobudki do działania, przemyślane scenariusze zbrodni. Po prostu wsio, wsio, wsio! Na pochwałę zasługują również inne postaci. Jak Sabine, która nie zna słów „nie wolno/nie możesz tego zrobić/absolutnie zabronione”. Kobieta jest przebiegła i mądra. Wie co ma myśleć i nie da sobie narzucić zdania innych. Jednak bardziej niż Sabine w pamięci zapadła mi postać pewnego bardzo, ale to bardzo specyficznego Holendra, który po prostu rozwala system. Uśmiałam się czytając niektóre wydarzenia. Naprawdę Maarten Sneijder, o! Przepraszam za ten nietakt… Maarten S. Sneijder (jak przeczytacie, to będziecie wiedzieć o co chodzi), to kawał dobrej i charyzmatycznej postaci. Jest inna niż wszystkie, jakie do tej pory dane mi było poznać. Nie mogę również zapomnieć o Helen, która w tej książce odegrała kluczową rolę. Jednak dlaczego kluczową rolę? Tego musicie dowiedzieć się sami.

Książka pomimo swojej ciężkiej tematyki (no sprawy morderstw nie są łatwe, prawda?), jest tak napisana, że przez treść się po prostu płynie. Autor ma świetny styl, który – przy takich powieściach – przydałby się wielu innym autorom, których teksty czyta się czasami bardzo ciężko. Książkę przeczytałam stosunkowo szybko, pewnie gdybym miała więcej czasu, poszłoby mi to w dwa wieczory. 48 niesamowicie wciąga, w końcu akcja goni akcję. Ciągle coś się dzieje, ciągle autor rzuca nowe smaczki, wyjaśnia sprawy niewyjaśnione. Po prostu jestem mega zadowolona z tej książki i już nie mogę doczekać się kolejnych tomów. Papierowy Księżycu, nie każ mi długo czekać!

Czy polecam? No ba! Jak mogłabym nie polecać tej świetnej książki? Każdy kto lubuje się w sensacji, kryminałach, horrorach, thrillerach powinien ją poznać. Uważam, że 48 jest lekturą obowiązkową, ot co!

wtorek, 14 listopada 2017

"Ciężko być najmłodszym" Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa


Ciężko być najmłodszym to pierwszy tom trylogii Książę Ciemności napisanej przez duet autorek: Ksenię Basztową i Wiktorię Iwanową.
Dużo magii, przygód i wartkiej akcji, okraszonej wyjątkowym humorem tak lubianym przez wszystkich miłośników rosyjskiej fantastyki.

Naprawdę trudno jest być najmłodszym, szczególnie w rodzinie Mrocznego Władcy. Szczególnie kiedy cała reszta braci prowadzi już samodzielne życie, a ciebie nadal próbują karmić z łyżeczki. Jedyna możliwość to uciec z domu, najlepiej do jakiejś szkoły magii. A żeby nie było za nudno to zawsze można zabrać do towarzystwa drużynę bohaterów, siedzących w zamkowych lochach... i chyba lepiej zrobić to incognito, tak na wszelki wypadek.

Uwielbiam książki Olgi Gromyko, a słyszałam, że ta trylogia ma podobny klimat i humor. I wiecie co? Poszłam w ciemno. Czuję klimat rosyjskiego i ukraińskiego fantasy, jest zupełnie inny od amerykańskiego czy polskiego. Ma to coś, co... Sama nie wiem, jak to określić. Coś, co wprawia mnie w taki nastrój, którego nie potrafię opisać. Z każdym razem czytając książki Gromyko, przenosiłam się do świata przez nią stworzonego, oddychałam tymi historiami i miałam nadzieję, że tym razem będzie tak samo.
 
Ah! Jak mi brakowało świata fanasy! Połknęłam Ciężko być najmłodszym niemalże za jednym razem. Dawno nie przekroczyłam fantastycznego świata, pełnego magii. Czemu? Nie wiem kurczę, jakoś ciągle  było mi z nim nie po drodze, ale teraz, dzięki tej przerwie jeszcze bardziej doceniłam pierwszy tom trylogii Księcia Ciemności. I już nie mogę się doczekać kolejnego! Błagam, chcę już drugi tom!

Chociaż... Przyznaję, przez pierwsze ok. 50 stron przewracałam oczami, wkurzałam się i cmokałam z niezadowoleniem. Dlaczego? Jakoś wydaje mi się to na wyrost. Pierdyliard niepotrzebnych wykrzykników typu "dlaczego ja?!!!!!" - czy nie jest to wkurzające? Myślę, że można by spokojnie zostawić jeden wykrzyknik, a czytelnik nie jest na tyle upośledzony i na pewno by zrozumiał. Na pewno! Nie wiem z czego to wynika, ale później, jakby wszystko się uspokoiło... Jakby te kilkadziesiąt stron było z innej bajki, aniżeli cała reszta. Czytając te kilkadziesiąt pierwszych stron, zastanawiałam się, kiedy będzie lepiej, kiedy ten dziki szał wykrzyknikowo - pytajnikowy się skończy. Na szczęście się skończył. Druga sprawa, z początku nie łapałam humoru... Kompletnie nie pasował mi styl, jakim została napisana ta książka. Na szczęście, później jakby znowu zupełnie inna bajka humorowa, bum... czuję książkę, czuję postaci, rewelacyjnie mi się czytało. To tyle, jeśli chodzi o moje "pretensje". Teraz same superlatywy, przygotujcie się!

Zacznę od głównego bohatera, charakternego, niezwykle sprytnego, inteligentnego i pewnego siebie, księcia ciemności, któremu na imię Diran. Uwielbiam tego chłopaka, serio. Już za nim tęsknię. W ogóle za tą różnorodną grupką, w której swoje miejsce znalazł krasnolud, elfka, zwierzołak, kapłanka i... jeszcze inne ciekawe osobistości. 

Dużo magii, dużo śmiechu, dużo akcji, dużo przygód. Wszystkiego dużo, prócz ilości stron... Ja to bym chciała, żeby ta książka miała co najmniej 1000 stron. Poważnie. Tak bardzo mi się podobała i (czy ja już o tym nie wspominałam?) chcę kolejny tom. Już, teraz, natentychmiast. 
Czy i komu polecam? Polecam, a jakże! Komu? Tym, którzy lubują się w rosyjskim fantasy, czują ten specyficzny klimat i szukają czegoś innego, oryginalnego. Ja pomimo drobnych, początkowych spięć z tą historią, pokochałam ją całym czytelniczym serduchem.

sobota, 23 września 2017

[Przedpremierowo] "Consolation" Corinne Michaels

Dziękuję!

Liam nie miał być moim szczęśliwym zakończeniem.
Nawet nie byłam nim zainteresowana.

Był najlepszym przyjacielem mojego męża – zakazanym owocem.Tyle że mój mąż nie żyje, a ja czuję się samotna. Tęsknię za nim i ląduję w ramionach Liama.
Jedna wspólna noc zmienia wszystko. Teraz muszę zdecydować, czy naprawdę go kocham, czy jest dla mnie tylko nagrodą pocieszenia.

Znakomita powieść dla fanek Colleen Hoover. Poruszająca historia, którą pokochały tysiące czytelniczek!

Uzależniająca. Intensywna. Emocjonująca.

To opowieść o złamanych sercach, tęsknocie, słodko-gorzkim smaku zakazanego owocu.

Porywająca. Wzruszająca. Chwytająca za serce.

Tej historii nie zapomnisz. A kiedy poznasz jej zakończenie, będziesz marzyć o tym, aby natychmiast poznać jej dalszy ciąg!
 Consolation przeczytałam już jakiś czas temu, ale z moją weną do pisania na blogu było kiepsko, więc wybaczcie, że dopiero teraz coś więcej Wam o niej napiszę. O tej książce naczytałam i nasłuchałam się naprawdę sporo. W większości na zagranicznych portalach, czy na youtube. Niektórzy porównywali powieści Michaels do twórczości Hooveer czy Cole. I muszę się z nimi zgodzić. Bardzo podobny styl, co mnie się osobiście podoba. Przechodząc jednak do konkretów...

Już w pierwszym rozdziale autorce udało się mnie wzruszyć i to bardzo. Wiecie, jeśli autorka dobrze poprowadziła wątek straty i cierpienia po stracie ukochanej osoby, to mnie to bierze. I to bardzo. Czasami bywa tak, że łzy leją się strumieniami... W tym przypadku nie uroniłam ich wiele, ale gdy wczułam się w ból bohaterki, i wyobraziłam sobie utratę ukochanej osoby, to dosłownie gdzieś w środku mnie zabolało. Dlatego jedno muszę przyznać, Corinne Michaels potrafi pisać o uczuciach i potrafi wzbudzić we wrażliwym czytelniku masę emocji. Za to ogromny plus.

Nie wszystko jednak jawi się tak kolorowo, jakby się wydawało. Wątek miłosny został fajnie przedstawiony, ale niestety nie został do końca rozwinięty i hmm... rozciągnięty (?). Wszystko stało się tak (jak ja to mawiam) na hop siup. Ja rozumiem, że każdy z żałobą i stratą radzi sobie inaczej i w pełni to akceptuję, ale patrząc przez pryzmat tego, jak ja przeżywałam żałoby w swoim życiu, trochę raziło mnie to, jak poradzili sobie z nią bohaterowie tej książki. Nie wyobrażam też sobie, aby osoba, dla której ukochany był całym światem, tak szybko mogła znaleźć ukojenie w innych ramionach. Oczywiście są pewne okoliczności łagodzące, o których nie chcę Wam tutaj wspominać, aby nie psuć elementu zaskoczenia... Niemniej uważam, że ten wybuch uczucia pomiędzy Liamem a Natalie był za szybki i zbyt intensywny. Właściwie tylko tego się czepiam, bo cała reszta była na plus.

Autorka lekko i przyjemnie przedstawiła nam relację pomiędzy głównymi bohaterami i pomimo tego, że czepiam się tempa, w jakim to wszystko się wydarzyło, to z przyjemnością śledziłam losy tej dwójki. Liam urzekł mnie swoją stanowczością, cierpliwością i opiekuńczością wobec Natalie i jej malutkiej córeczki. Natomiast nie wiem dlaczego, ale Natalie jakoś nieszczególnie zaskarbiła sobie moją sympatię. Owszem, na początku poczułam, że się polubimy, ale później coś poszło nie tak...

I to zakończenie. Serio?! Chociaż... Przyznam, że podejrzewałam, iż autorka wywinie taki numer. Skąd te moje podejrzenia, co do zakończenia? Ano autorka sama podrzucała smaczne kąski, dzięki którym taki plan rysował się w mojej głownie. Istotne jest jednak to, że takim, a nie innym zakończeniem wzbudziła moją ciekawość tak bardzo, że najchętniej chciałabym już teraz mieć tom drugi. Jestem cholernie ciekawa, jak to się rozwinie. Czy polecam Wam Consolation? Jeśli lubicie styl Brittainy C. Cherry, Colleen Hoover czy Tillie Cole, to sądzę, że i Corinne Michaels trafi do Was w punkt. Ja czekam na tom drugi i polecam Wam zapoznanie się z tą historią.

środa, 30 sierpnia 2017

"Samotny wędrowiec" James Lee Burke


Dziękuję!
Znakomita powieść, która wyszła spod pióra geniusza literatury kryminalnej, Jamesa Lee Burke’a. W swojej, jak dotąd, najbardziej ambitnej powieści, bestsellerowy autor „New York Timesa“ opowiada historię Ameryki widzianą oczami wyjątkowego człowieka.

Jest 1934 rok, szesnastoletni Weldon Avery Holland przypadkowo spotyka cieszących się złą sławą kryminalistów – Bonnie Parker i Clyde’a Barrowa – tuż po jednym z ich napadów na bank. W konfrontacji z przestępcami młody Weldon oddaje strzał, jednak nie ma pojęcia, czy kula trafiła do celu.


Dziesięć lat później podporucznik Weldon Holland ledwo uchodzi z życiem podczas bitwy o Ardeny, jednocześnie ratując życie sierżantowi Hershelowi Pine’owi oraz młodej hiszpańskiej więźniarce, Rosicie Lowenstein – kobiecie, która wywiera na niego podobny wpływ jak wcześniej jasnowłosa Bonnie Parker, i jest przy tym równie tajemnicza. Cała trójka przyjeżdża do Teksasu, gdzie Weldon i Hershel uczestniczą w budowie rodzącego się dopiero przemysłu naftowego.

Nie minie kilka lat i Weldon stanie w szranki z niebezpieczniejszymi ludźmi w branży, otrze się o osoby podejrzanej konduity i dwukrotnie straci, po czym odzyska swój majątek. Dopiero jednak perspektywa utraty jedynej i prawdziwej miłości – Rosity – popchnie go do najbardziej odważnego i lekkomyślnego czynu, zainspirowanego spotkaniem pary banitów w czasach młodości.


Samotny wędrowiec, romantyczna historia miłosna i mrożący krew w żyłach thriller w jednym, zabiera czytelnika w podróż pomiędzy kontynentami oraz epokami dziejów Ameryki. To monumentalna epopeja historyczna, pełna bohaterskich czynów, wyrazów lojalności, optymizmu i przejawów dobrego serca, będąca swoistą odą do amerykańskiego snu. 

Książka Samotny wędrowiec zbiera zaskakująco niskie oceny na pewnym portalu czytelniczym i szczerze powiem, że nie rozumiem dlaczego. Historia jest świetna, więc albo ktoś sięgnął po nią spodziewając się czegoś zupełnie innego, aniżeli oczekiwał... Albo nie zrozumiał jej treści. Bywa też tak, że ludzie sięgają po gatunek, którego nigdy nie czytali, nie rozumieją jego fenomenu i bum - "słaba ocena, bo mogę". Niemniej uważam, że ta książka zdecydowanie nie została doceniona przez polskich czytelników, a szkoda. Ogromnie szkoda. Zwłaszcza, że patrzy się na suchą ocenę, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia, dlaczego tak a nie inaczej. Nawet jednego zdania, dlatego takie noty są dla mnie bez znaczenia. Niemniej, po przeczytaniu tak dobrej książki jaką jest Samotny wędrowiec, trochę ubolewam nad tym, ale co zrobić...

Przechodząc do mojej "nie suchej" oceny tegoż tytułu, napiszę Wam dlaczego mi się podobała, co mnie w niej ujęło, jakie widzę plusy, a może nawet znalazły się jakieś minusy? Zapraszam do lektury. 

Na pierwszy ogień idą rewelacyjnie nakreśleni bohaterowie. W tej książce nie ma postaci, która nie byłaby przemyślana od początku do końca. Nie ma powtarzalnego charakteru. Są konkrety, które ja osobiście sobie cenię, a co James Lee Burke mi zaserwował. Na samym początku poznając Weldona wiedziałam, że ten chłopach będzie wyjątkowy, kiedy dorośnie. Dokładnie tak się stało, bo już rozdział dalej autor przedstawił nam go jako prawego, mężnego, uczynnego i dobrego mężczyznę, który ma swój honor, swoje poglądy i jest im wierny, choćby nie wiem co. Weldon Avery Holland to postać, która wbiła się w moją pamięć głęboko i już tam zostanie, bo wierzcie mi, ale tak prawego bohatera książkowego to naprawdę ciężko znaleźć. Panie Lee, kawał dobrej roboty! To jak ten mężczyzna jest oddany swojemu przyjacielowi i swojej żonie, jest czymś godnym pochwały i naśladowania.

Kolejną postacią, która skradła me serce, to żona wyżej wymienionego bohatera, a na imię jej Rosita. Ciepła, oddana, wierna kobieta, która przeszła piekło i dla swojego męża przeszłaby kolejne, gdyby zaszła taka potrzeba. Rosita i Weldon to cudowna, kochająca się para, która pod naciskiem wielu innych "brudnych typków" będzie musiała oblec się w twardą skórę i walczyć po swojemu. Para, która przeszła i przejdzie wiele, a los wcale jej tego nie ułatwia. Ten wątek romantyczny jest świetnie przedstawiony, a ja śledziłam jego losy od początku do samego końca tego tomu, jestem ciekawa jak to się dalej rozwinie.

Nie mogę nie wspomnieć o przyjacielu Weldona, Hershelu i jego żonie Lindzie Gail. Tutaj sprawa nie ma się tak pięknie i kolorowo, jak w przypadku pary, którą opisywałam wcześniej. Hershel, to oddany i wierny przyjaciel, mąż.... Współpracownik. Niemniej ta postać jest trochę naiwna, można nawet powiedzieć, że niewinna. Często wykorzystywana i słaba. A tą jego słabością jest jego żona Linda Gail, której wprost nie mogłam znieść. Okropne babsko, które zyskało w moich oczach dopiero pod koniec książki. 

Liczę na to, że wydawnictwo wyda kolejne części tej serii, bo jestem ich bardzo ciekawa i na pewno po nie sięgnę. Teksas, Ameryka, połowa XX wieku, trochę amerykańskiego snu z przeszłości, bohaterskie wyczyny, zdrada, niebezpieczeństwo, dobre serce, zasłużona kara, a w tym wszystkim miłość do drugiego człowieka... Jestem za! Autor poradził sobie z każdym, z tych tematów, a nawet więcej. Przeniósł nas do dawnej Ameryki, gdzie nie wszystko jest takie piękne. Na wszystko trzeba było zapracować własną krwią, a i to nie zawsze wystarczało.

Jeśli lubicie tego typu książki, to Samotny wędrowiec powinien Wam się spodobać. To trzymająca w napięciu i zaskakująca akcja. Emocje gwarantowane, czasami żal, złość, uśmiech, a czasami niemoc. Często zastanawiałam się, jak Weldon może być tak spokojny w chwili, w której ja najchętniej pociągnęłabym za spust broni. Poważnie, bywały takie momenty, kiedy zaciskałam zęby i kręciłam głową... Nie darowałabym wielu rzeczy z tych, jakie głównym bohaterom robili ci okropni ludzie. 

Jedno słowo - polecam!

Patronat medialny

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

"Zaczarowani" Rene Denfeld


Dziękuję!
 Nawet potwory potrzebują spokoju. Nawet one potrzebują osoby, która pragnie słuchać – usłyszeć – abyśmy któregoś dnia mogli znaleźć słowa, którą są czymś więcej niż tylko pustymi frazesami. Może wtedy uda nam się powstrzymać ludzi takich jak ja od przyjścia na świat.
Mężczyzna osadzony w więzieniu o zaostrzonym rygorze na oddziale dla skazanych na śmierć. Jego jedyną ucieczką od okrutnej egzystencji są słowa, o których marzy, świat, który wyczarowuje dokoła za pomocą mocy języka. Bo prawdziwa rzeczywistość jest brutalna i surowa.

Więzień słucha. Słucha opowieści Yorka, osadzonego z celi obok, którego datę egzekucji już wyznaczono. Słucha Pani, która składa kawałek po kawałku przeszłość Yorka. Widzi, jak Pani zakochuje się w księdzu i zachodzi w głowę, czy miłość w ogóle jest możliwa w miejscu takim jak to. Widzi nieprawość i niebezpieczeństwo, pojawiające się w miarę jak narasta napięcie w tym „zaczarowanym miejscu”. I czeka. Bo nawet potwory mają historię do opowiedzenia…

„Zaczarowane miejsce” to starodawne kamienne więzienie. Odwiedzają je tylko dwie osoby z zewnątrz: kobieta, znana jako Pani, i upadły ksiądz. Pani pojawia się w więzieniu, gdy wymaga tego jej praca. Potrafi wynajdywać tajemnice, dzięki którym ratuje więźniów przed karą śmierci. Ten dar wystawia na szwank jej karierę – i komplikuje życie – gdy bierze sprawę Yorka, zabójcy, którego dzień egzekucji się zbliża. York różni się od poprzednich klientów Pani: chce umrzeć. Wbrew jego życzeniom, Pani zaczyna jednak swoje dochodzenie. To, co odkrywa na temat narodzin i dorastania Yorka, brzmi w jej uszach przerażająco znajomo. W jego szokującym dzieciństwie pani słyszy echa swojego własnego.

Zaczarowani to magiczna powieść o odkupieniu, poezji, która istnieje nawet tam, gdzie to nie mieści się w głowie i ludzkiej zdolności do wymykania się nawet najbardziej koszmarnej rzeczywistości. Piękna i zaskakująca, zapada w pamięć.

Z książką Zaczarowani miałam ciężki początek. Zastanawiałam się "co ja czytam". Wahałam się, czy nie odłożyć książki, na rzecz innej lektury. Jak dobrze, że tego nie zrobiłam! Po dwudziestu stronach coś zaskoczyło i teraz nie wiem... Czy to ja miałam jakiś spadek formy czytelniczej, czy może po prostu książka wydawała mi się najzwyczajniej w świecie słaba. Na szczęście wyszłam z tego marazmu i to było to. Kiedy już zatraciłam się w tej srogiej, dość ciężkiej, emocjonującej historii, nie mogłam przestać o niej myśleć. Nawet po przeczytaniu. Nawet dzisiaj, pisząc o niej. Ciągle mam w głowie przynajmniej dwa wątki, które nie dają mi spokoju. A niech mnie, Rene Denfeld, kawał dobrej lektury. Szkoda, że tak biednej objętościowo, ale jednak bogatej treścią. Jestem na tak!

Zaczarowani tematem i miejscem, w jakim toczy się akcja, przypomina mi Zieloną milę, Stephena Kinga. Nie czytałam książki, ale widziałam ekranizację i coś w tym jest. Jest w obu historiach magia, jest dramat i przerażenie. Jest człowieczeństwo, okropność i brak człowieczeństwa. W tej książce jest tak na dobrą sprawę wiele sprzeczności i przez to jest ona tak (jak tytuł głosi) zaczarowana. Niemniej nie sądzę tym samym, że autorka jakkolwiek inspirowała się milą. Po prostu naszło mnie takie porównanie. 

Z początku, nie zapoznając się z opisem książki, sądziłam że będzie to coś całkowicie paranormalnego. Chyba ten tytuł mnie tak zmylił i po trochu okładka. Niemniej nie czuję się w najmniejszym stopniu zawiedziona tym, co otrzymałam. Ponieważ otrzymałam kawał dobrej, poruszającej lektury. A tego mi trzeba było.

Zaczarowani, to nie jest książka dla każdego. Nie jest to książka dla młodszego odbiorcy. Jest brutalna, poważna i ma dość ciężki wydźwięk. Dlatego też sądzę, że jest kierowana do dorosłego odbiorcy. Ba! Jestem tego pewna. Akcja osadzona jest w więzieniu o zaostrzonym rygorze. W końcu jest to blok skazanych na śmierć. Za murami/kratami, dzieją się naprawdę okropne rzeczy... To, co przydarzyło się białowłosemu chłopcu, aż wołało o pomstę. Szczerze, bardzo było mi go żal i zaciskałam zęby, kiedy czytałam to wszystko, co go spotkało. Okropność....

Gdzieś tam poza tymi okropieństwami dzieje się coś dobrego. Rodzi się zrozumienie, relacja i uczucie pomiędzy dwójką bohaterów. Pani i Ksiądz są przedstawieni tak mało realnie, chociaż mam wrażenie, że większość w tej książce właśnie tak została przedstawiona. Taki był też zamysł autorki, przynajmniej tak myślę. I właśnie w tym jest pewnego rodzaju magia...Wyobraźnia czytelnika działa, emocje szaleją, a serce bije w swoim rytmie. 

Zaczarowani, to nietuzinkowa historia z nietuzinkowymi bohaterami w mrocznym świecie. Na pewno jest to historia oryginalna i godna poznania. Skusicie się?

czwartek, 20 lipca 2017

"Armagedon dzień po dniu" J.L. Bourne



Dziękuję!
Najlepsza książka o zombie, jaką czytałem.
Brad Thor, autor bestsellerów

„Apokalipsa zombie“, kiedyś będąca na marginesie horroru, stała się ostatnio jednym z najmodniejszych gatunków w popkulturze. Armagedon dzień po dniu J.L. Bourne’a to błyskotliwy i wciągający thriller, który z zapartym tchem przeczytają zarówno nowi, jak i zagorzali miłośnicy żywych trupów. Armagedon dzień po dniu uznawany jest za najlepszy horror o zombie obok The Walking Dead.

Urywkowe doniesienia medialne wskazują na chaos i przemoc, które rozprzestrzeniają się w amerykańskich miastach. Planetę ogarnia zło nieznanego pochodzenia. Umarli powstają, by objąć Ziemię we władanie jako nowy dominujący gatunek w łańcuchu pokarmowym.

Oto pisany odręcznie dziennik ukazujący walkę o przetrwanie jednego człowieka. Schwytany w sidła globalnej katastrofy, musi podejmować decyzje – wybory, które zaowocują albo życiem, albo wieczną klątwą przemierzania świata jako jeden z trupów.

Wkrocz, jeśli masz odwagę, do tego świata. Świata nieumarłych. 


Już dawno nie czytałam książki o zombie. Ostatnią taką książką była seria Przegląd końca świata autorstwa Miry Grant, którą bardzo sobie chwalę. Kiedy usłyszałam, że Papierowy Księżyc wydaje coś w tych klimatach, stwierdzając, że nie zawiódł mnie jeszcze swoimi książkami, wiedziałam, że muszę się zapoznać z tą książką. A już objęcie jej patronatem medialnym to było COŚ. Tym bardziej pragnę Wam polecić lekturę Armagedon dzień po dniu, bo jeśli lubujecie się w takich klimatach, to musi Wam się ona spodobać, nie ma bata!

Jednego żałuję... Mianowicie żałuję tego, że książka jest taka cieniutka, bo zawiera jedynie 309 stron. Bardzo mało, zwłaszcza, że treść cholernie wciąga! Ale jest jedno usprawiedliwienie, jest to pierwszy tom. Książka jest jakby dziennikiem napisanym przez głównego bohatera - więc wybaczam i niecierpliwie czekam na ciąg dalszy, bo zakończenie pozostawiło mnie skonfundowaną. Nie wiem co mam myśleć. 

Jak już wspomniałam, książka jest w formie dziennika, a prowadzi ją naoczny świadek tego wszystkiego, co ma miejsce w książce. A jest to coś okropnego i ciągle zastanawiałam się, kiedy u nas coś takiego pierdyknie i trzeba będzie sobie w łeb strzelić, żeby nie odwalić zombiaka (coś na wzór "odwalić kitę"). Czytając tę książkę często miałam ciary, a napięcie wręcz mnie rozsadzało. Bohater uciekający przed zombiakami, już prawie go mają, a ja "cholera, cholera! Uciekaj, szybciej! No nie, dopadną go!". Taki lament podczas czytania? Zazwyczaj oglądając filmy czy seriale mam takie emocjonujące akcje, ale podczas czytania bardzo, ale to bardzo rzadko. Śmiało mogę więc stwierdzić, że napięcie, emocje i wszelkiego rodzaju zaskoczenia - obecne. 

Teraz zastanawiam się, czy jest to najlepsza książka o zombie jaką czytałam. Nie mogę jeszcze tego powiedzieć z czystym sumieniem. Poczekam na tom drugi, żeby mieć pewność.  Mam nadzieję, że na kontynuację nie przyjdzie mi długo czekać, bo serio... Jestem jej tak ciekawa, że chciałabym ją najlepiej już. Teraz. 

Klimat? Cholernie dobry.
Zombie? Obecne w zastraszającej ilości i nieprzerysowane.
Bohaterowie? Nieliczni, ale żywi i myślący, a przede wszystkim, nie rozkładający się.
Język? Bardzo fajny, szybko się czyta. Za szybko!
Całość? Gorąco polecam, jak dla mnie, książka jest świetna.

Mój patronat!
Jeśli widzicie na okładce jakiejś książki powyższe logo, to znaczy, że ta książka jest dobra!

niedziela, 22 stycznia 2017

"Rok szczura. Świeca" Olga Gromyko

Dziękuję! 
Rok Szczura. Świeca to ostatni tom trylogii Rok Szczura – bestsellerowej sagi, która opowiada losy Ryski – wiejskiej dziewczyny wykazującej pewne zdolności jasnowidzenia, której w pełnej przygód wędrówce towarzyszą: jej przyjaciel z dzieciństwa Żar – złodziejaszek oraz znaleziony na drodze szczur Alk – którego największym życzeniem jest zmienić się z powrotem w człowieka.
 Po raz kolejny Olga Gromyko – bestsellerowa autorka Wiernych wrogów i serii o przygodach wiedźmy Wolhy gwarantuje niezapomnianą dawkę fantastycznej przygody z dużą dozą humoru, tak cenioną przez jej licznych fanów. 
Niestety, spokojne życie w miłej miejscowości nie było naszym bohaterom pisane. Ktoś poluje na całą trójkę, a najwyraźniej sprawa dotyczy tajemniczego listu, który wpadł im przypadkowo w ręce. Alka, Ryskę i Żara znów czeka ucieczka, pełne napięcia przygody i zuchwałe przedsięwzięcia. Nie mają pojęcia, że ten niepozorny kawałek papieru jest języczkiem u wagi, na której leżą losy dwóch krajów, a na horyzoncie zbierają się czarne chmury wojny... 


Olga Gromyko i wszystko jasne. Ja wprost uwielbiam jej książki. Nie ma ani jednej, która by mi się nie podobała. Autorka ma po prostu ten styl, humor i wszystko to, co lubię w książkach, pewnie dlatego nigdy nie psioczę, nawet w najmniejszym stopniu na jej powieści. 

"Rok szczura. Świeca" to trzeci i niestety ostatni tom przygód niewinnej, głupiutkiej i naiwnej Ryski, rozbestwionego, oddanego i sprytnego Żara oraz szczurzego cynika z ciętym językiem, którego imię brzmi Alk. Poprzedni tom tak się zakończył, że miałam ochotę rzucić książką w ścianę. Byłam zła, bardzo zła! Na szczęście całkiem szybko doczekałam się tomu trzeciego w którym wiele się wyjaśnia... I to ukoiło moje nerwy, bo tak zabawnego zwrotu akcji się nie spodziewałam. Ah ten szczur! Zatem przejdźmy do rzeczy...

Akcja tomu trzeciego rozpoczyna się mniej więcej tam, gdzie skończyła się w tomie drugim. Dlatego też, nie ma możliwości sięgać po tomy tej serii oddzielnie... Książka jest przepełniona typowym dla Gromyko, wyszukanym humorem, który nie każdego może rozbawić. Osobiście go uwielbiam i uważam, że zawsze trafia w punkt.  Poza tym jeśli znacie poprzednie książki autorki "Zawód wiedźma" czy "Wierni wrogowie", to wiecie, że autorka lubi konkretne postaci kobiece... Tym razem jest zupełnie inaczej i być może ci, którzy zaczynają przygodę z twórczością autorki mogą pomyśleć, że w każdej jej książce kobiety są tak samo kreowane. Otóż nie! Autorka stawia na różnorodność i właśnie za to ją cenię. Tym razem postawiła na konkretną postać męską - chociaż w zasadzie w każdej jej książce są silne męskie charaktery.

Ryska, Żar i Alk ciągle wpadają w tarapaty szukając odpowiedzi i rozwiązań, które pomogą im w pewnych sprawach. I w tym tomie nie zabrakło kilku przygód, które rozbawiały mnie co chwila. W tle toczy się spór pomiędzy Rintarczykami a Sawarianami (mam nadzieję, że dobrze to odmieniłam). Cieszę się, że autorka nie skupiła się za bardzo na wojowaniu pomiędzy tymi dwoma narodami, bo sądzę, że wtedy książka nie byłaby taka lekka. A właśnie taką, lekką i zabawną lekturę Gromyko lubię najbardziej.

Trochę mi przykro, że to już koniec. Bardzo polubiłam bohaterów, te ich spory, zauroczenia i zabawne dialogi. Pewnie przeczytam całą serię od nowa, a co!

Podoba mi się to, jak autorka zróżnicowała charaktery głównych postaci. Mamy jeden dominujący - Alk, jeden silny, ale jednak nie do końca - Żar i całkowicie poddany - Ryska. Dzięki temu jest ciekawie, a na pewno zapewnia to czytelnikowi kupę śmiechu. Całą trójkę bardzo polubiłam, dlatego też smutno mi, że nie będę mogła już poczytać o ich dalszych losach. Chociaż... Kto wie? Autorka sprytnie zakończyła ten tom, zostawiając sobie furtkę... Tak zwane otwarte zakończenie, gdyby chciała jeszcze wrócić do tego świata, to bez problemu może pociągnąć fabułę dalej. Oj, bardzo bym chciała!

Komu polecam tę nieprzeciętną serię? Każdemu. Uważam, że może się ona spodobać naprawdę każdemu, aczkolwiek nie dam sobie ręki uciąć, bo przecież są różne gusta. Niemniej jeśli szukacie dobrej, zabawnej, lekkiej, przyjemnej i wciągającej książki, to warto sięgnąć po książki Gromyko. Czy to "Rok szczura" czy pozostałe serie. Ja uważam, że warto... Może dlatego, że sama uwielbiam książki tej autorki. No nic... Gorąco polecam!
Pozostałe tomy:


czwartek, 19 stycznia 2017

"Mine" Katy Evans

Dziękuję!
Brooke nigdy nie wyobrażała sobie, że skończy u boku mężczyzny, który jest marzeniem wszystkich kobiet. Nie wszystkie marzenia maja jednak szczęśliwe zakończenie. Kiedy Remington potrzebuje jej najbardziej, Brooke dokonuje odkrycia, które zmusza ją do zniknięcia z otoczenia ringu. Teraz, gdy dzieli ich odległość i mrok, jedyną rzeczą, która jej pozostaje, jest walczyć o miłość mężczyzny , o którym mówi " Mój ".  

Po zakończeniu pierwszego tomu tej serii pt. "Real", byłam ciekawa ciągu dalszego. Spodziewałam się, że będzie on pokazany z punktu widzenia Brooke i właściwie nie spodziewałam się tomu trzeciego, który jest przede mną... Tom pierwszy mi się podobał, ale co do tego mam całkiem sporo "ale". Niemniej ciągle jestem ciekawa tego, co autorka zawarła w trzecim tomie, bo chociaż drugi, w mojej ocenie okazał się słabszy od pierwszego, to działo się w nim sporo... Dlatego niebawem będę chciała poznać tom pt "Remy". Przechodząc jednak do rzeczy...

Zacznę od tego, co nie do końca przypadło mi do gustu, a chodzi głównie o niepotrzebną ilość wulgaryzmów. Autorka moim zdaniem nieco przesadziła, jeśli chodzi o niektóre zwroty, jakich używali bohaterowie względem siebie. Ja rozumiem, że w tomie pierwszym mogły się one zdarzać i tak dalej, ale tutaj Remy i Brooke znają się, a nawet wynika z tego, że darzą się przeogromnym uczuciem. Nie rozumiem więc, skąd takie okropności. A może to po prostu ja mam inne podejście do tych spraw? To niestety mnie odrzucało, bo ja tak miłości nie widzę i ciężko mi sobie ją, właśnie taką, wyobrazić. Dlatego też, w mojej skromnej ocenie uważam, że wszystko było na wyrost, a miłość nie do końca była tym, co naprawdę oznacza. Głównie seks i pożądanie, a nie o to przecież chodzi. Tyle. 

Druga rzecz... Brooke drażniła mnie swoim dziecinnym zachowaniem... Rozumiem upartość, ale nie taką dziecinną. Przecież Remy oraz cała ekipa wyjaśnili jej dlaczego nie może towarzyszyć im w dalszej podróży, i w tym przypadku mieli słuszność, a nawet więcej... Cała sprawa była logiczna, ale nie... Księżniczka przecież  nie rozumie. Śmiech na sali, zwłaszcza, że kilka stron wcześniej potakiwała głową i zgadzała się z innymi, bo coś (nie zdradzę, co) jest ważniejsze od dotrzymywania towarzystwa Tajfunowi. Takie lekkomyślne zachowanie zawsze mnie drażniło, a w wykonaniu Brooke jakoś szczególnie. 

Spodziewałam się czegoś innego, aniżeli to, co było w tomie pierwszym. Ciągle napalona Brooke, ciągle napalony Remy... Co, oni mają jakieś zaburzenia? Na to wychodzi. Autorka w zasadzie przez połowę książki, może nawet więcej niż połowę, wykorzystywała schematy z tomu I. Seks, kłótnia, znowu seks, zapewnianie o dozgonnej miłości i znowu... Zgadnijcie... Seks. Chyba mi się to najzwyczajniej przejadło i dlatego tak psioczę, bo ileż można czytać, jak kopuluje dwójka bohaterów?

To teraz może trochę plusów. Książkę czyta się (pomimo wulgaryzmów i niektórych schematów) dobrze, bo autorka ma bardzo fajny i lekki styl. Jeśli chodzi o książki, w które nie trzeba się zanadto wczuwać i zgłębiać ich sensu, to "Mine" jest fajna. Można się przy niej odprężyć i jest takim czytadłem na raz. Czytadłem, które spodoba się czytelniczkom, które lubują się w tego typu książkach. I sądzę, że właśnie im ta seria przypadnie do gustu. 

Pamiętam, jak zachwalałam tom pierwszy, bo naprawdę mi się podobał i w zasadzie nadal podoba. Szkoda, że kontynuacja mnie nie zadowoliła. Może tom trzeci będzie lepszy? Zobaczymy.

niedziela, 15 stycznia 2017

"Zawód wiedźma" Olga Gromyko

Dziękuję!
  
"Zawód wiedźma" to pierwsza powieść Olgi Gromyko, a zarazem otwarcie cyklu Kroniki Belorskie, na który składa się kilka tomów opowieści osadzonych w magicznym świecie Belorii.
Ta seria to znak firmowy tej autorki – połączenie niezwykle wartkiej, pełnej fantastycznych przygód akcji z dużą dozą humoru i iskrzących relacji między bohaterami.

Wolha Redna to jedyna kobieta na typowo męskim wydziale magii Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Rudowłosa, wścibska, ciekawska... Posiadaczka wyjątkowego talentu do praktyk magicznych, nieprzeciętnej intuicji i inteligencji. Zapewne właśnie dlatego została wybrana przez mistrza do rozwiązania zagadki, która do tej pory pochłonęła już życie 13 osób, o wiele bardziej od niej doświadczonych.

W Dogewie, krainie zamieszkiwanej przez wampiry i inne stwory źle się dzieje. Umiera coraz więcej istot, a magicy wysyłani na ratunek nie powracają. Czy młodej wiedźmie uda się odkryć co, lub kto zabija, jeśli starsi i bardziej doświadczeni magowie polegli na polu bitwy?

Czy tak naprawdę Wolha Redna okaże się królikiem doświadczalnym, ofiarą czy wybawicielką?
Na tę książkę polowałam już od dłuższego czasu, zwłaszcza, że główna bohaterka, to, jak sama nazwa wskazuje - wiedźma, w dodatku władająca ciętymi ripostami i ponadprzeciętną błyskotliwością. Cieszę się, że wydawnictwo Papierowy Księżyc wznowiło wydanie tego cyklu. W dodatku w ładniejszej okładce i... Uwaga! Nie poszło na ilość (dwa tomy, żeby zarobić więcej) a zrobiło tak, jak być powinno - jeden tom. Brawo! Przejdę może teraz do swoich odczuć na temat tej książki, a będzie pozytywnie, bo uwielbiam i autorkę, i "Zawód wiedźma".

Dlaczego zainteresowałam się książką? Lubuję się w takich klimatach, uwielbiam Olgę Gromyko i nie mogłabym przejść obojętnie obok tejże pozycji. Byłoby to wręcz niewybaczalne!
Na początek przedstawię nieco fabułę. Postaram się nie zdradzić wielu szczegółów. Jak wiadomo, nie po to się pisze recenzję, ażeby streszczać zawartość książki i w dodatku zdradzić potencjalnym czytelnikom najciekawsze kąski. Zaskoczenie jest elementem kluczowym, każdej książki/filmu etc. Część pierwsza...

Przedstawiam Wam Wolhę Redną, adeptkę VIII roku Magii Praktycznej w Starmińskiej Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Wolha dostaje bojowe zadanie od swojego mistrza. Otóż zostaje ona wysłana do wioski wampirów, gdzie dzieją się cuda niewidy. Każdy mag, który podjął się tego zadania, nie wrócił, a słuch po nim zaginął. Zatem, czy opierzona wiedźma poradzi sobie z tajemniczym potworem i zdoła rozwikłać zagadkę?
Kiedy Wolha trafia do miasta wampirów istniejącego pod nazwą Dogewa, nie wie czego ma się spodziewać, bowiem w jej świecie niewiele mówi się o tych stworzeniach, a wszystkie księgi są oparte na baśniach i legendach, które z rzeczywistością (jak się sama bohaterka przekonuje) nie mają nic wspólnego.
Sam władca Dogewy wpada Rednej w oko, czego młoda wiedźma nie ukrywa. Wolha zostaje wtajemniczona w życie i standardy wampirów, ale o samym potworze mieszkańcy niewiele mówią. Tylko książę udziela zainteresowanej kilku istotnych szczegółów, które jednak nie rzucają wiele światła na sprawę. Zatem czy Wolha wyjdzie z tego cało? Czy odkryje co to za potworna magia sprawia, że ludzie znikają?
"-E, rozczarowałeś mnie. Czosnku się nie boisz, latać nie umiesz, na słońcu nie wyparowujesz... - Rzuciłam okiem pod nogi - Cień rzucasz.
- Przepraszam, postaram się poprawić - złośliwie obiecał wampir."
    Książkę czytało mi się wprost wyśmienicie dzięki pierwszoosobowej narracji, prowadzonej przez główną bohaterkę. Trzeba przyznać, że autorka ma ciekawy styl pisania, bowiem jej dzieło czyta się z zaciekawieniem od początku, aż po jego kres. W dodatku w zastraszającym tempie. Jak sama objętość wskazuje, książkę można pochłonąć dosłownie w jeden wieczór i przyjemnie go spędzić z bohaterami, jakie autorka zarysowała  na jej potrzeby.
 Skoro już zaczęłam o bohaterach... Wolha jest wprost niesamowita! Uwielbiam takie sarkastyczne i ziejące ironią bohaterki, z którymi nie sposób się nudzić. Jej poczynania i dialogi sprawiały, że czasami śmiałam się w głos. Olga Gromyko stworzyła taką, że tak pozwolę sobie rzec - swojską dziewczynę z sąsiedztwa, która ma w sobie tyle werwy i życia, że z łatwością można ją utożsamić z kimś z otoczenia. Sama chciałabym poznać taką Wolhę, jestem pewna, że dogadałabym się z nią wyśmienicie! Reasumując, Wolha to jedna z moich ulubionych bohaterek i nie mogę się doczekać, aby sięgnąć po kolejny tom, żeby poznać jej dalsze losy. Co do samego wampirzego księcia - kiedy już poznałam wiedźmę, nie miałam żadnych wątpliwości, że postać męska będzie równie ciekawa jak damska. Księcia jednak wyobrażałam sobie trochę inaczej, niemniej jednak nie jest to wampirza piękność, która ma siebie za wspaniałego i świecącego w słońcu lowelasa. Len jest strasznie sympatyczną postacią, której wprost chciało się więcej i więcej.
Reszta postaci jest tylko lekko zarysowana, to właśnie te dwie wymienione wiodą prym i to wokół nich toczy się cała akcja.

Co do akcji. Tutaj muszę z przykrością stwierdzić, że specjalnego szału nie ma. Fabuła toczy się swoim leniwym tempem, co zupełnie mi nie przeszkadzało, gdyż dialogi i śmieszne sytuacje nadrabiały wszystko. Trzeba również wziąć pod uwagę, że to jedynie początek historii Wolhy, gdyż jej dalsze losy (jak i może żwawsza akcja) toczyć się będą w kolejnych częściach: Zawód: Wiedźma. Część 2, Wiedźma opiekunka. Część 1, Wiedźma opiekunka. Część 2, Wiedźma naczelna. Tak więc, jak mniemam akcja dopiero rozkręci się w kolejnych częściach, a tutaj mieliśmy jedynie zarys całej sytuacji i zapoznanie się z bohaterami, którzy będą nam towarzyszyli jeszcze przez kolejne 4 tomy. Jestem jak najbardziej na TAK!
Książkę polecam gorąco. Nie będziecie się nudzić podczas jej czytania - to zapewni Wam sama główna bohaterka. Każdy kto lubi wiedźmy i świetny wyszukany humor powinien sięgnąć właśnie po tę pozycję.

Pierwszą częścią byłam zachwycona. Lubię takie wiedźmie klimaty. Czary, smoki, trolle, nietypowe wampiry, śmieszne gagi (to przede wszystkim) oraz nieźle zakręcona przygoda. W tej książce wiele rzeczy mnie zaskakuje, wiele trzyma w lekkim napięciu. Np. taki smok, który przechodzi na dietę... Czy też, podryw na trolla. A może jeszcze wampir i wilk w jednym? Zastanawiałam się, ile mogę znaleźć ciekawych rzeczy w tak cienkiej książce. Jak się później okazało - całą masę. Lubię takie książki i będę je zachwalała ot co!
Przejdźmy jednak do samej fabuły części drugiej (tej, która była poprzednio wydana osobno). Niby pomysł oklepany - bo przecież o wiedźmach książek cała masa. Wampiry przewijają się w większości paranormali, czy to sporadycznie, czy też mają główne role. Magia również w nich góruje, a jednak Olga Gromyko stworzyła coś, czego nie mogę nazwać schematyczną historią. Niby z pozoru szału nie ma, ale jak się zacznie czytać to czapki z głów. 
   
Wolha sądziła, że Len nieprędko znowu zaprzątnie jej głowę i skradnie wolny czas, się dziewoja pomyliła! Oto i on, wkracza za mury Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Niby tylko dla rozrywki, tudzież w celach reprezentacyjnych, ale kto go wie po co się przypałętał? Otóż Wolha wie, że Len na pewno ma interes i niebawem dowiaduje się jaki.
I w taki oto sposób Wolha, Len i trolli najemnik imieniem Wal wyruszają na "podbój" świata, a radochy przy tym wszystkim cała masa.
"W dawnych czasach mężczyźni przepuszczali kobiety przodem albo wręcz wnosili do domu na rękach. A już na pewno się nie przepychali.
- Przyjąłem do wiadomości - obiecał Len, łapiąc mnie na ręce.
- Hej no, puszczaj, żartowałam!
Ale on jeszcze nie skończył. Nie zwracając uwagi na wściekły opór, zarzucił mnie na ramię, brzuchem do dołu.
- A jeszcze wcześniej - kontynuował niewzruszenie, przytrzymując jedną ręką moje wierzgające nogi - kobiety wnoszono do jaskini w ten właśnie sposób. Uprzednio ogłuszywszy maczugą przez łeb. I właśnie stąd wzięła się owa tradycja."
 Autorka z lekkością włada językiem, dzięki czemu książkę czyta się z wielką przyjemnością. Humor jakim się posługuje, jest idealnie wpasowany w mój, a bohaterowie są przesyceni barwami i charyzmą. Sama Wolha skradła moje serce w pierwszym rozdziale, części pierwszej. Natomiast Len - lekko zdystansowany, dowcipny i wyrazisty - no czego chcieć więcej? Do tego Wal (troll) trochę agresywny, trochę stuknięty, ale z głową na karku. Poboczne postaci schodzą na drugi tor, ale nie mam nic przeciwko, bo akurat ja łaknę Lena i Wolhy, a reszta może być jedynie dodatkiem w tej kompozycji!
Ja bardzo sobie chwalę książki pani Gromyko i mam nadzieję, że pozostałe części nadal będą mnie zachwycać i, że się nie zawiodę, bo oczekiwania rosną! Polecam każdemu, kto lubuje się w wiedźmich tematach, szuka ciekawej i bogatej w humor akcji, chce przeczytać coś, co pozwoli mu się odprężyć i oczywiście spędzić przyjemnie czas!
 

środa, 30 listopada 2016

"Siedem minut po północy" Patrick Ness


"Odważna, pełna czarnego humoru, głęboko poruszająca opowieść o chłopcu, jego ciężko chorej matce i niezapowiedzianym, potwornym gościu. 
Jest siedem minut po północy, gdy trzynastoletni Conor budzi się i odkrywa, że za oknem jego sypialni czai się potwór. Jednak to nie tego potwora Conor się spodziewał – sądził, że odwiedzi go raczej ten z dręczącego go koszmaru, powtarzającego się niemal każdej nocy od dnia, kiedy matka chłopca rozpoczęła leczenie. Potwór z jego podwórka jest inny. Sędziwy. I dziki. I chce czegoś od Conora. Czegoś niebezpiecznego i przerażającego.
Żąda prawdy.
Na podstawie ostatniego pomysłu wielokrotnie nagradzanej pisarki Siobhan Dowd – która zmarła na raka i nie mogła sama napisać tej historii – Patrick Ness stworzył mroczną, przejmującą powieść o nieszczęściu i stracie, a także o potworach: tych realnych i tych wyobrażonych."


    "Siedem minut po północy" to nie jest byle powieść, czy jakaś tam opowiastka, która ma czytelnikowi tylko umilić czas. Jest to porywająca i piękna historia chłopca i jego lęków, ukazana w sposób nieco fantazyjny, ale również prawdziwy. Sama wizja potwora, który dręczy małego Conora jest jedną, wielką metaforą, tak dobrze skonstruowaną, że sama do końca nie wiedziałam o co chodzi. Dopiero pod koniec książki wszystko układało się w jedną i kompletną całość, która wzruszyła mnie do głębi. Z początku, kiedy widziałam zapowiedź, nie sądziłam, że będzie to aż tak wzruszająca  i pełna refleksji lektura. Patrząc na okładkę i sam tytuł myślałam, że będzie to coś na kształt kryminału, tudzież thrillera psychologicznego. Co prawda jest to emocjonująca książka z dobrze skrojonym wątkiem psychologicznym, ale (na szczęście) brak wątku kryminalnego. Dlaczego na szczęście? Jakoś nie miałam ochoty na kryminalne zagrywki.
"Opowieści to dzikie stworzenia - rzekł potwór. - Gdy je uwolnisz, kto wie, jakiego spustoszenia mogą narobić."
    Trzynastoletni Conor przechodzi trudny okres w swoim życiu. Chłopiec musiał szybciej dorosnąć i uporać się z rzeczywistością, która niestety nie była dla niego łaskawa. Ciężko mu się przyzwyczaić do tego, że stan jego mamy zamiast się poprawiać, ulega drastycznemu pogorszeniu. Conor próbuje sobie z tym wszystkim poradzić na swój własny sposób. W szkole odtrąca od siebie przyjaciółkę - w sumie nie ma czemu się się dziwić, w końcu to ona wypaplała wszystkim o tym, co dzieje się w domu chłopca - daje się poniewierać innym dzieciakom i nie szuka pomocy, kiedy inni chcą mu jej udzielić. Jest jednak Potwór, który nawiedza chłopaka w czasie tytułowym, czyli wtedy, gdy zegar wybija 12.07. Conor nie obawia się potwora, co z początku wydawało mi się trochę dziwne. Nie okazuje względem niego lęku, a nawet pozwala sobie na kwestionowanie jego mocy i istnienia. Potwór postanawia opowiedzieć chłopcu 3 historie, z jednym zastrzeżeniem. Czwartą prawdziwą historię ze swojego życia opowie sam Conor...

"Nie zawsze musi istnieć jakiś dobry bohater. Tak jak nie zawsze musi istnieć zły. Większość ludzi plasuje się gdzieś pośrodku."
    Jeśli idzie o treść, to według mnie jest ona bez zarzutu. Tak samo postaci, jak i świetny pomysł na książkę, o samej wciągającej fabule nie wspominając. Lecz jest coś, co podobało mi się najbardziej. Mianowicie te trzy historie opowiadane przez Potwora. Każda z nich niesie ze sobą pewien przekaz, który dla chłopca nie jest widoczny na pierwszy rzut oka, za to dla mnie, jako czytelnika był jasny i zrozumiały. Podobał mi się również ogólny przekaz, jaki niesie ze sobą treść "Siedmiu minut po północy". W dodatku te przecudowne i mrożące krew ilustracje, idealnie wkomponowane w treść, są nie tylko dodatkiem, ale moim zdaniem bardzo ważnym uzupełnieniem całej historii małego Conora, Potwora i jego mamy.

"Niekiedy ludzie muszą najmocniej okłamywać właśnie samych siebie."
    Można pomyśleć, że tych dwieście stron to niewiele, jednak kiedy już się zagłębi w ich treść, odczuwa się ich bogactwo. Ogólnie rzecz biorąc... Książka (jak dla mnie) jest niesamowitym dziełem, którego na pewno tak łatwo nie zapomnę. Piękna i mądra opowieść, która osiada na dnie serca i pozostaje na długo w pamięci. Polecam każdemu bez wahania!  
"Nie piszesz swojego życia słowami - rzekł potwór - lecz działaniami. Nie jest ważne, co myślisz. Liczy się tylko to, co robisz."

wtorek, 24 maja 2016

"Dom służących" Kathleen Grissom

Dziękuję!


 „Dom służących” w pasjonujący sposób łączy powieść historyczną z elementami obyczajowymi, kreśląc fascynującą historię pełną tajemnic i emocji, która z pewnością trafi w gusta tych czytelników, którym podobały się „Służące”.
 Przybycie małej białej dziewczynki na plantację pociąga za sobą tragedię, która wydobywa na światło dzienne to, co w ludziach, których nazywa swoją rodziną jest najlepsze i to, co najgorsze.
 Siedmioletnia Lavinia zostaje osierocona na pokładzie statku płynącego z Irlandii. Na plantacji tytoniu, do której zostaje zabrana i gdzie ma pracować, trafia do domu niewolników. Będąc pod opieką Belle, nieślubnej córki właściciela, Lavinia zżywa się ze swoją przybraną rodziną, chociaż dzieli ich kolor skóry.
W końcu właściciele plantacji przygarniają Lavinię do swojego domu, gdzie pan jest wciąż nieobecny, a pani zmaga się z uzależnieniem od opium. Lavinia jest rozdarta pomiędzy dwoma domami. Kiedy zostaje zmuszona do dokonania wyboru, jej lojalność zostaje podważona, tajemnice zostają wyciągnięte na światło dzienne, a ludzkie życie znajduje się w niebezpieczeństwie.

Zacznę od tego, że książek tego typu (o niewolnictwie) nie czytałam. Oglądałam filmy i seriale, ale żadnej historii książkowej nie przerabiałam. Dlatego jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że zaczęłam od tego świetnego debiutu Grissom. Debiut... To słowo nie pasuje mi do tej książki, której konstrukcja, wydarzenia, opisy miejsc, są dopracowane w najmniejszym szczególe. Autorka ma świetny styl i duży talent!

Dom służących” autorstwa Kathleen Grissom, to jeden z największych bestsellerów na rynku amerykańskim w ostatnich latach. Powieść przez wiele tygodni utrzymywała się na liście bestsellerów New York Timesa, a prawa do jej sfilmowania wykupiła wytwórnia Lonetree Entertainment.  

Nie sposób się nie zgodzić z powyższymi słowami. Wcale mnie nie dziwi, że ta książka jest bestsellerem. Dlaczego? Bo jest genialna! I jeśli tylko lubicie takie klimaty, to będziecie zachwyceni. Swoją drogą polecam ją również tym, którzy nie mieli nigdy styczności z taką tematyką, na pewno Wam się spodoba. 

W powieści Grissom poznajemy losy białej dziewczynki, która zostaje wychowywana jako czarna. Jako służąca i niewolnica. Poznajemy losy niewolników, w zasadzie dzięki stylowi autorki, w pewien bierny sposób doświadczamy tej niesprawiedliwości, cierpienia... I "dotykamy" tego świata, swoją drogą okrutnego względem Afroamerykanów. Czasami ciężko mi było czytać te wydarzenia, które opisała autorka, ponieważ bardzo polubiłam postaci, które miały w jej powieści ciężko. Przeżywałam wszystko, co ich dotykało. Zarówno te szczęśliwe chwile, których swoją drogą było niewiele; jak i te smutne, których było naprawdę wiele.

Można powiedzieć, że "Dom służących" to książka dosyć ciężka, jeśli chodzi o jej tematykę. To prawda. Jednak czyta się ją bardzo szybko, a styl autorki jest tak lekki, że właściwie ma się wrażenie, jakby oglądało się bardzo dobry film, za to ogromny plus. Postaci są świetnie wykreowane i idealnie oddają klimat powieści. Nie ma tutaj nikogo bez wad... I chociaż Lavinia jest niewinną i słodką dziewczynką wyrastającą na naszych oczach na równie słodką i niewinną kobietę, to i ona posiada wady. Wszystko to sprawia, że książka staje się bardziej prawdziwa...

"Dom służących" to wyśmienita lektura, która uprzyjemni Wam czas. Sprawi, że nie będziecie się mogli od niej oderwać, a emocji nie będzie końca. Naprawdę. Gwarantuję Wam, że od pierwszej strony będziecie trzymani w napięciu i oczekiwaniu pod tytułem "co będzie dalej?!". Autorka potrafi zaskoczyć czytelnika i to niejeden raz! Sądzę, że jest to lektura, którą każdy powinien poznać. Im szybciej, tym lepiej!