Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polski autor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polski autor. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2019

"Macocha" Natasza Socha


Przezabawna i ciepła opowieść o tym jak trudno pokochać obce dziecko. Szczególnie jeśli ono jest dorastającą panną, ma pryszcze i dość szczególny światopogląd…
Roma wzięła ślub z fajnym facetem. Mogli żyć długo i szczęśliwie gdyby nie to, że pewnego dnia w drzwiach ICH mieszkania stanęła JEGO córka...
Roma dobiega trzydziestki, kocha i jest kochana przez swojego męża - weterynarza Bruna.
Sielanka zostaje brutalnie przerwana przez wtargnięcie w ich spokojne życie czternastoletniej Kasi, córki Bruna z pierwszego małżeństwa.
Niezależna, czasami lekkomyślna i zupełnie do tego nieprzygotowana Roma zostaje z dnia na dzień macochą krnąbrnej i bezczelnej dziewczyny o niewyparzonym języku.
Czy uda im się do siebie zbliżyć? Czy dwie tak silne osobowości potrafią żyć pod jednym dachem?
Jak zachowa się w środku tego huraganu Bruno?
Dowcipna i wzruszająca powieść o nietypowej rodzinie w nietypowej sytuacji. 

Szukacie czegoś lekkiego i zabawnego? Czegoś, przy czym można się zrelaksować, nie myśleć, po prostu czytać? Mam takie coś. A jest to "Macocha" autorstwa rodzimej autorki, która zapewne znana jest większości czytelniczek - Natasza Socha. Na instastories wrzucałam kilka zabawnych tekstów z książki i za każdym razem miałam sporo wiadomości prywatnych z pytaniem "co to za książka?". Myślę więc, że sporo osób zainteresowałam na tyle, by po nią sięgnęli. 

Nie powiem, żeby tak do końca było sielankowo, bo główna bohaterka owszem, jest zabawna i bystra, ale bywa również chamska i wkurzająca. Ha! Nigdy nie może być za dobrze. Wiecie, Roma to taka lekko sfrustrowana kobieta, która chciałaby aby jej ukochany mąż poświęcał czas jej i tylko jej. A nie jakiejś wredocie, która wpakowała się w ich życie. A! Ta wredota, to córka męża Romy z poprzedniego małżeństwa. W sumie, nie dziwię się kobiecie, bo w każdy plan muszą wpisywać Kasię (w tej roli wspomniana wredota). Zero prywatności, zero wspólnych romantycznych wyjazdów we dwoje, bo jest jeszcze to trzecie. I te wszystkie sytuacje są przezabawnie opisywane. Wiele razy śmiałam się w głos! Co naprawdę podczas czytania książek, rzadko mi się zdarza. Autorko - wielki plus za humor!

Forma, jaką Natasza Socha przedstawiła nam swoje dzieło też jest ciekawa. Otóż całą historię poznajemy w taki sposób, jakbyśmy czytali dziennik głównej bohaterki. Mamy datę, dzień a czasem zdarzała się również i pora dnia. Z taką formą rzadko miałam do czynienia, więc było to tym bardziej ciekawe doświadczenie. 

Język lekki, przyjemny. Książkę czyta  się szybciutko, a nawet rzekłabym - ekspresowo! Świetnie spędziłam z nią czas i pewnie kiedyś jeszcze do niej wrócę. Może wtedy, kiedy będę potrzebowała czegoś, co mnie rozweseli, poprawi humor. Na takie ewentualności, ta książka jest w sam raz!

Jednak nie jest to tylko komedia pisana. Wiecie... W tej historii są dwie strony medalu. Jest to powieść słodka, ale i czasami gorzka, ale o tym dlaczego, musicie przekonać się sami. Osobiście polecam!


czwartek, 21 marca 2019

"Kłamca" Jakub Ćwiek


Jest jeden Bóg. To znaczy był, bo odszedł i dziś nikt nie wie, gdzie się podziewa.
Zanim jednak zniknął na dobre, dał ludziom wyobraźnię, wolną wolę i siłę wiary, a ci wykorzystali owe dary, by stworzyć sobie nowych bogów, półbogów, tytanów i innych, którzy zasiedlili ziemię i wprowadzili nowe porządki.
Aniołowie potrzebują sojusznika, którego nie obowiązują ich rygorystyczne zasady i prawa. Kogoś, kto pomoże im wygrywać w toczących się na ziemi starciach i bez problemu odnajdzie się zarówno pośród istot mitycznych, jak i współczesnych ludzi.
Wybór archaniołów pada na Lokiego, boga ognia i kłamstwa z panteonu Asów. Współpraca zaczyna się obiecująco, ale czy ktoś taki jak on da się długo trzymać na krótkiej smyczy?
O "Kłamcy" autorstwa Jakuba Ćwieka jest głośno już od dawna. Ja ciągle miałam z nią nie po drodze. Nadszedł jednak ten dzień i mam za sobą pierwszy tom o Lokim! I tak... Liczyłam na coś zgoła innego. Spodziewałam się ciągu akcji, a nie przeskoków z jednego przypadku do drugiego, jakoś mi to średnio podeszło. Może w kolejnych częściach będzie inaczej? A może ja podejdę do tego inaczej? Oby! Ponieważ na swoją kolej czekają kolejne tomy! Poza tym, spodziewałam się lepszego humoru i mocniejszego uderzenia! Niestety Loki też jakiś taki... Hmmm... Jednak nadzieja jest, bo czytałam, że w kolejnych częściach jest lepiej.

Nie tak dawno wspominałam, że bardzo lubię olbrzyma z mitologii nordyckiej, jakim jest Loki. Sprytny, wyszczekany, cwany, cholernie zabawny i bardzo złośliwy. Temu Ćwiekowemu po troszeczku tego wszystkiego zabrakło, ale nie zrozumcie mnie opacznie - nie jest źle! Loki czyli tytułowy Kłamca, jest naprawdę fajnym, dziarskim typkiem. Ja wiem, że on dopiero się rozkręca.  

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiMgthpO2DV_7GuEF6UKvOXld6bAQiycnagG_sNO3CxiYcGpXY3bmOjGqzqevXZwJVn-EI7KduZZeKn6T5sIch4hyphenhyphenJ0MOJHFSYuBo1V20lE3UZ1FiEtj1l6gEfwqIHIOoRtl3caeHDL2hE/s400/nj.gif

Pierwszy i zarazem wprowadzający nas w świat bogów i archaniołów tom, jest dobry. Nie jest fenomenem, nie robi też wielkiego szału, ale jest dobry. Autor ma fajny styl pisania. To już wiem, bo czytałam i zachwycałam się jego "Chłopcami". Dzięki temu "Kłamcę" czyta się szybko, bardzo szybko, biorąc pod uwagę, że zawiera ona tylko 300 stron. 

Pomysł na książkę, jak najbardziej na plus. Wykorzystanie go, dobre. Kreacja postaci dobra, ale mogłoby być lepiej. Zarówno biorąc pod uwagę głównego bohatera, jak i postaci poboczne. Ogólnie rzecz ujmując, jestem zadowolona z lektury, ale mam niedosyt. Niebawem zabiorę się za kolejny tom i zobaczymy, jak to będzie.

czwartek, 14 marca 2019

"Cymanowski Młyn" Stefan Darda, Magdalena Witkiewicz


Małżeństwo Moniki i Macieja przechodzi głęboki kryzys.
Oboje łudzą się, że tajemniczy prezent: urlop w leśnym pensjonacie, z dala od ludzi i cywilizacji, może jeszcze wszystko uratować. Początkowo ulegają romantycznym chwilom, jednak nagły wyjazd Macieja budzi demony przeszłości. Łukasz, przystojny syn właściciela, do złudzenia przypomina Monice jej byłego narzeczonego. Czy to tylko przypadkowe podobieństwo?
Wyjazd, który miał ratować związek, okazuje się początkiem trudnych do wyjaśnienia i niepokojących zdarzeń. Nic nie jest oczywiste, bohaterowie głęboko skrywają tajemnice, a na światło dzienne wypływają przerażające wspomnienia o krwawych zbrodniach sprzed lat.
Kim tak naprawdę jest Łukasz? Czy małżeństwo Moniki i Maćka przetrwa próbę sił? I jaką rolę pełni dziewczynka ze starej wyblakłej fotografii?

Jak pewnie wiecie, ja nieczęsto sięgam po twory polskich pisarzy. Jeśli już to robię, to zastanawiam się trzy razy - czy aby na pewno chcę, to przeczytać. Dlatego jeśli polecam Wam coś, napisanego przez rodzimych twórców, to na pewno nie będzie to coś złego. "Cymanowski młyn" zaciekawił mnie dlatego, że zobaczyłam tekst "Mistrzowskie połączenie thrillera i powieści obyczajowej". Jeśli chodzi o słowo "mistrzowskie" - poddawałam to w wątpliwość, ale reszty byłam bardzo ciekawa. Jak więc wypadł ten misz-masz powieściowy? Zapraszam do lektury!

Początek był interesujący. Poznając Macieja i Monikę stwierdziłam, że będzie interesująca. Nie wyglądali mi na jakieś wyjątkowo dobrane małżeństwo. Jak się później okazało, przytłoczyła ich rzeczywistość. Ciągły stres i życie w dzikim pędzie. Pędzie za doskonałością, luksusem i życiem idealnym. Niestety coraz częściej widzę takie zaślepienie. Ludzie nie dostrzegają i co najważniejsze: NIE DOCENIAJĄ - tego, co już mają. Często szukają przygody, ekscytacji, czegoś nowego. A przeważnie, takie poszukiwania nie przynoszą niczego dobrego. Nie mam tutaj na myśli chociażby takiej przygody, jak wycieczka, której pragnęliśmy już od dawna. Mam głównie na myśli niby niewinny flirt, zdradę - potrzebę zmiany, bo komuś życie z ukochaną osobą się znudziło. A przecież życie jest zbyt krótkie, aby je poświęcić jednej osobie - CO ZA BZDURA! Jak słyszę taki tekst, to słabnę. Serio.

I właśnie małżeństwo MM okazało się czymś takim, jak wyżej napisałam. W tej książce dzieje się naprawdę wiele. Jednak sądzę, że ten fantastyczny motyw, jest przesadzony i taki... Nie wiem sama, mnie się nie podobał i kiedy tylko "zaistniał" w treści, jakoś tak, książka podobała mi się coraz mniej. Myślę, że gdyby autorzy inaczej rozegrali ten aspekt powieści, byłoby naprawdę super. A tak... ja mam niedosyt. 

Kreacja bohaterów naprawdę na plus. Pomysł na książkę - super! Cała ta intryga szła w dobrym kierunku i tak do połowy książki oceniam ją dobrze, ale im dalej w las, tym słabiej. A szkoda. Plus za lekkość całości. "Cymanowski młyn", to książka z tych, które czyta się szybko i przyjemnie. Widać, że autorzy są doświadczeni w pisaniu powieści. Komu polecam? Właściwie, to każdemu. Przekonajcie się sami, czy Wam się spodoba! Zapraszam do "Cymanowskiego młyna", jedno jest pewne -  będzie się działo.


wtorek, 26 lutego 2019

"Niespodziewanie jasna noc" Renata Frydrych


Ona jak Julia, on jak Romeo. Co się stanie, gdy razem przeczytają wielkie dzieło Szekspira?
Nowa powieść autorki Załatw pogodę, ja zajmę się resztą – jeszcze bardziej wciągająca, zabawna i zaskakująca!

Kuba Sokołowski mieszka w Warszawie. Studiuje prawo, ma paczkę zwariowanych przyjaciół i śliczną dziewczynę Weronikę. Nikt jednak nie wie, że w głębi duszy marzy, by zostać aktorem. Kiedy do Polski przyjeżdża znany reżyser, Kuba decyduje się wziąć udział w castingu do roli szekspirowskiego Romea. Chce się przekonać, czy stać go na podążanie za własnymi marzeniami.
Alice Green mieszka w Londynie. Jest rysowniczką. Właśnie zaczyna nowe życie po udanym przeszczepie nerki. Została przyjęta na warsztaty dla młodych artystów i musi wybrać, dokąd pojedzie: do Pragi, Berlina czy Warszawy.
Pewnej nocy Kuba i Alice poznają się na Skypie. On proponuje, że będzie jej tłumaczem i przewodnikiem, ona zgadza się przeczytać z nim Romeo i Julię w oryginale. Nie podejrzewają jednak, jak bardzo ta jedna noc zmieni ich życie…

Renata Frydrych w swej najnowszej powieści przenosi nas do Londynu i Warszawy, do teatru szekspirowskiego nad Tamizą i na nadwiślańską ławeczkę tuż przy warszawskiej Syrence. To cudowna historia miłosna opowiedziana w sposób zabawny, wciągający i niesamowicie oryginalny. 

"Niespodziewanie jasna noc", to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki. Przyznam, że skusiłam się na tę książkę w większości ze względu na okładkę. Jest naprawdę piękna. Później zwróciłam uwagę na opis, a tam porównanie do Romea i Julii. Może nie wiecie, ale ja bardzo lubię tę historię. Nawet wybrałam sobie ją, jako jedną z lektur do mojej pracy maturalnej! Opis był taką wisienką na torcie, który nosił nazwę "pragnę przeczytać tę książkę!". Chociaż trochę obawiałam się, że może będzie ona lekko kiczowata, albo słaba... Na szczęście obawy poszły precz, bowiem "Niespodziewanie jasna noc", okazała się bardzo przyjemną lekturą, do której planuję jeszcze kiedyś wrócić.

Renata Frydrych stworzyła uroczą historię dwójki młodych ludzi. Historię, którą pochłonęłam w dwa dni. Bardzo podoba mi się styl, w jakim autorka opisała historię Kuby i Alice. Mamy tutaj prowadzenie historii w trybie teraźniejszym, powroty do przeszłości oraz marzenia. Poznajemy ciekawe osobowości i ich życie. Kuba Sokołowski aka Sokół, jest zabawnym, ambitnym, odważnym i dobrym młodym człowiekiem, który musi dokonać wielu wyborów. Alice, jest dziewczyną która przeszła ciężką chorobę i pragnie żyć normalnie, chociaż to wcale nie jest takie łatwe, jak można by się tego spodziewać. Oboje kochają sztukę i to ona ich łączy. 

Poznajemy również jeszcze jedną postać, chyba najbardziej intrygującą w tej książce. Harmoń, to bardzo zakręcona i tajemnicza postać. Właściwie w dalszym ciągu nie jestem pewna kim on konkretnie jest dla tej dwójki i dla całej powieści. Jego historia jest bardzo skomplikowana i nie do końca jasna, więc niewiele będę o nim pisała, bo mam wrażenie, że każdy czytelnik będzie go odbierał zupełnie inaczej. 

Książka pełna miłości, ale nie takiej przesadzonej czy przesłodzonej. Przyjemna, zabawna, wciągająca i magiczna.

poniedziałek, 4 lutego 2019

[Przedpremierowo] "Tam gdzie jesteś" Tomasz Betcher


PREMIERA KSIĄŻKI 13.02.2019 r.
 Jest jak w piosence: kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. Oboje na życiowym zakręcie, potrzebują wsparcia i bliskości jak nigdy wcześniej. Czy będą umieli znaleźć je w sobie nawzajem?
Ania Turska ma trudny okres w życiu. Zamierza na dobre uwolnić się od męża, domowego tyrana. Za nią już wyprowadzka z domu i złożenie pozwu rozwodowego, teraz czas na uporządkowanie reszty spraw. Powinna wreszcie sprzedać domek letniskowy, który odziedziczyła po ojcu. Gdy przyjeżdża do Jantaru, aby zrobić zdjęcia, zastaje tam Adama, bezdomnego, który znalazł tu schronienie na nadchodzącą jesień i zimę. Nieoczekiwanie nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Ta znajomość to czyste szaleństwo. A jednak czują się w swoim towarzystwie tak dobrze, że tylko szaleństwem byłoby nie spróbować. Jedno tylko martwi Anię: Adam zdaje się skrywać jakiś mroczny sekret...
Do przeczytania tej książki skusiły mnie dwie rzeczy. Fakt, że rzadko czytam romanse napisane przez polskich autorów - jeśli już, to zdarza mi się czytać romanse napisane przez polskie autorki. Dwa, nie wiem właściwie czemu, ale słowa Pana Janusza Leona Wiśniewskiego krzyczały do mnie "przeczytaj!". I przeczytałam. A co o tym sądzę? 

Historii jak ta, gdzie On i Ona po przejściach, z bagażem doświadczeń - jest wiele. I w zasadzie ta nie bardzo różni się od nich wszystkich. Z tym, że lektura "Tam gdzie jesteś" ma jakiś taki swoisty klimat, który może ją wyróżniać. Nie potrafię tego opisać, więc jestem pod tym względem mało przydatna... Niemniej, książkę Betchera czyta się naprawdę szybko, a to chyba sprawa przystępnego i lekkiego języka, jakim posłużył się autor. Bez bicia przyznaję, że przeczytałam ją w dwie godziny. Raz dwa, prawda? 

Co ja mogę napisać o postaciach... Nie zapałałam jakimś głębokim uczuciem ani do Anny, ani do Adama. Chociaż to, co przeszedł Adam poruszyło coś w moim sercu. Nie mogłabym przejść obok tego obojętnie. Nie chcę przez to powiedzieć, że bohaterowie tejże książki są niefajni. Nie. Po prostu w swoim życiu przeczytałam już całą masę książek i mam już wyrobione zdanie o pewnych charakterach książkowych. Te mnie nie zachwyciły, co nie znaczy, że Wam się nie spodobają. Poza tym, Adam i Anna są naprawdę dobrze wykreowani. Mają swoją historię, wyrazistą przeszłość i nie mam im nic do zarzucenia. 

Tomasz Betcher, jak już wcześniej wspomniałam, ma lekki styl pisania. "Tam gdzie jesteś" czyta się jednym tchem. Fabuła i bohaterowie są tak poprowadzeni, jakby oglądało się fajny film. Mnie ta książka nie chwyciła za wszystkie zmysły - jak to opisał Pan Wiśniewski. Ale na pewno jest to historia która umili Wam wieczory, jeśli tylko zdecydujecie się po nią sięgnąć.

czwartek, 21 grudnia 2017

"Krew" Bartosz Szczygielski

Dziękuję!


Życie w szpitalu psychiatrycznym płynie inaczej niż poza jego murami. Na własnej skórze przekonuje się o tym komisarz Gabriel Byś. Snujący się między niszczejącymi budynkami pacjenci obserwują każdą nową twarz. W Tworkach dochodzi do makabrycznego zdarzenia, którego nie da się racjonalnie wyjaśnić. Sprawy komplikują się, gdy na miejscu zbrodni zaczynają pojawiać się ludzie, wierzący w to, że wydarzył się cud. Ile z tego, co Gabriel widzi, jest prawdą, a ile to tylko wymysł jego otumanionej lekami głowy?

Kiedy zostaje popełniona kolejna zbrodnia, Gabriel czuje, że traci grunt pod nogami i popada w obłęd. Do czego będzie zdolny się posunąć, by poznać prawdę?


Drugi tom pruszkowskiej trylogii noir! Krew jest równie emocjonująca i okrutna jak pierwsza część powieści Bartosza Szczygielskiego – „Aorta”. Ten utalentowany autor z doskonałą precyzją wciąga czytelników w brutalny i skomplikowany świat swoich bohaterów, w którym nic nie jest oczywiste. 
 

W mojej głowie ciągle siedzi zakończenie Aorty, którym Bartosz Szczygielski po prostu mnie rozwalił. Tak bardzo byłam ciekawa, jak po tym wszystkim, potoczą się losy Gabriela Bysia. I tego, co zaserwował autor, zupełnie się nie spodziewałam. Szpital psychiatryczny? Serio?! Z początku nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Z jednej strony pomyślałam sobie "aż tak Bysiowi odwaliło", zaś z drugiej, że to może być bardzo ciekawa historia. I była ciekawa! A Bysiowi wcale tak bardzo nie odwaliło, tak na marginesie. 

Gabriel przeszedł naprawdę wiele, jest to taki bohater, którego polubiłam od samego początku i przeżywałam to, co go spotkało. Inteligentny, zabawny i pewny siebie mężczyzna, który wie czego chce, ma swoje zasady i dąży do celu. Jednym słowem - konkret. W tomie drugim, autor przedstawia nam go w trochę innym świetle. Poznajemy Bysia, jako tego słabego, zagubionego. Tego, który nie może sobie poradzić z cierpieniem, ze stratą i z tym zmienionym diametralnie, otaczającym go światem. Jeszcze jest jedna główna postać drugiego tomu. I tutaj po prostu Bartosz pojechał po bandzie! Kaśka ma po prostu (przepraszam, ale inne słowo nie przychodzi mi do głowy) przesrane. Nie mogę sobie nawet wyobrazić tego, co ta dziewczyna musiała przejść, co przechodzi i to, co jeszcze ją czeka. Po prostu, tak przegranej postaci w książkach jeszcze nie spotkałam!

Bardzo podoba mi się to, że Szczygielski tchnął w swoich bohaterów drugie ja. Bardzo cenię sobie postaci literackie, które się rozwijają, które ciągle pokazują czytelnikowi coś nowego o sobie. Chociaż właściwie, to przecież zasługa autora, bo to on kreuje wszystko od A do Z. Szacun!

Krew, odebrałam zupełnie inaczej, niż poprzedni tom. Jakoś bardziej podobała mi się Aorta, aczkolwiek nie to, żeby tom drugi mi się nie podobał. Nie! Bardzo mi się podobał, wszystko było intensywniejsze, nieco bardziej brutalne, na plus zagmatwane, tajemnicze. Autor włożył w ten tom wiele pracy i to widać, bo nie mogę znaleźć niczego, co było by na minus. Postaci, wydarzenia, język, po prostu... Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak Bartosz to wszystko przedstawił. Naprawdę jestem na tak. A powiem więcej! Mamy w Polsce takiego autora, którego możemy bardziej wychwalać od tych zagranicznych. Przyznam, że czytałam kilka zagranicznych kryminałów, które są wychwalane pod niebiosa, a tak naprawdę, to wiecie co? Szczygielski jest od nich lepszy, ot co! Nie będę wymieniała z nazwisk, bo nie o to chodzi, niemniej takie jest moje zdanie. 

Jeśli lubicie dobre kryminały, świetnie wykreowane charaktery, to musicie, ale to MUSICIE zapoznać się z pierwszym i drugim tomem książek Bartosza Szczygielskiego. Nie ma innej opcji. Nie zawiedziecie się, tego jestem pewna!

poniedziałek, 25 września 2017

[Przedpremierowo] "Najlepszy powód, by żyć" Augusta Docher

Dziękuję!

„Wszystko trwało ułamek sekundy. Błysk ognia i nagle jestem w ognistej kuli. Dociera do mnie, że się palę. Jestem żywą ludzką pochodnią."
Dominika budzi się po kilku dniach. Wie, że to był wypadek, a ukochany ojciec wcale nie chciał jej zabić. Teraz, kiedy on jest w więzieniu, ona leży w szpitalu i walczy o życie. Chociaż właściwie, to inni walczą za nią, ponieważ ona się już poddała. Ale to, co miało być końcem, okazuje się być początkiem…
Przewrotny los stawia na jej drodze ambitnego młodego lekarza, który dostrzega w niej coś więcej niż tylko pacjentkę. Gdy on będzie leczył jej ciało, jego brat Marcel, czarna owca szanowanej rodziny, spróbuje uleczyć jej duszę.
Tylko czy to jest w ogóle możliwe? Czy pęknięte serce potrafi jeszcze kochać? I czy ktoś, kto ma tyle powodów, by się zabić, odnajdzie ten jeden, by żyć?

A miało być tak pięknie... Tymi słowami zaczynam niniejszy wpis, ponieważ okładka fajna, opis ciekawy, kilka osób wychwala, a ja? A ja się zawiodłam. Niestety. Spodziewałam się łapiącej za serce historii, która wprawi moje emocje w prawdziwą huśtawkę, a niestety czytałam historię Dominiki kręcąc nosem. Początek nawet mi się spodobał, pomyślałam sobie, że później pewnie będzie lepiej, skoro tak wiele osób zachwala. Tyle, że... Później niestety nie było lepiej. Czytałam tę książkę i miałam wrażenie, że napisała ją nastolatka, która nie ułożyła sobie dokładnego planu jak to ma wszystko wyglądać i, jak ma to przedstawić. Tyle, że autorką książki jest dojrzała kobieta i dlatego moje wymagania były inne, niż to, co otrzymałam. 

Nie polubiłam żadnego z bohaterów, nad czym mogłabym ubolewać, ponieważ rzadko mi się zdarza, aby żaden z bohaterów do mnie nie przemówił... Jednak nie ubolewam, ponieważ Dominika, Marcel czy też Tomek wydali mi się po prostu nijacy. Sądziłam, że chociaż główna bohaterka uratuje sytuację swoimi tragicznymi przeżyciami, ale niestety. Biernie czytałam to wszystko, co ją spotkało, ponieważ nie poczułam żadnej emocji w tym tekście. Nie było mi jej żal, bo zwyczajnie autorka nie dała mi na to szansy. Dominika sama nie wie czego chce, jej osoba jest tak niespójna, że już dawno nie spotkałam się z taką postacią. Niby pokrzywdzona, naiwna, ale też niby twarda i wiedząca czego chce. A najlepsza akcja gdzieś na stronach 54 i 55... Doktor tłumaczy dziewczynie pewne rzeczy, których ona nie rozumie, do czego kilkakrotnie się przyznała, a kiedy ten jej wszystko wyjaśnia, to ona wielce oburzona, że traktuje ją jak dziecko. Serio?


 Marcel natomiast to taki typ chłopaka, którego kijem przez szmatę bym nie tknęła. Serio, taki typ wiecznego chłopca, który pragnie się popisywać, być luzakiem i... A szkoda gadać. To jego słownictwo, te myśli, to podejście do życia. Mam wrażenie, że Docher chciała z niego NA SIŁĘ zrobić takiego niegrzecznego chłopca, którego odmienia miłość. Cóż, jak dla mnie okazał się żenującym chłopaczkiem, któremu szkoda poświęcać czas. 

Kolejną rzeczą , którą ciężko jest mi zrozumieć jest akcja z podpaleniem Dominiki przez jej ojca. Serio? Co to w ogóle za sprawa... Mało rozwinięta, wiele niedopowiedzeń. Jak dla mnie, mogłoby to być nieco bardziej rozwinięte. Pomijając już tę relację, przyczepię się również do tego zamieszania w podziale treści "teraz" i "przedtem". Tak niby każdy powrót do przeszłości jest oznaczony, ale czytałam już masę książek, gdzie autor właśnie tak prowadził historię bohaterów, ale tutaj (jak dla mnie) wprowadzało to zamęt. Zwyczajnie się gubiłam... Zwłaszcza w pierwszej połowie książki.

Może ja już lepiej skończę niniejszą opinię, bo za bardzo się rozpiszę i nikomu nie będzie się chciało tego czytać. Jak widzicie, nie jestem zadowolona z lektury. Jedyne co, to podobał mi się pomysł na tę historię, cała reszta poległa. Dlatego uważam, że jest to najlepszy powód, by zakończyć mój wywód. Czy sięgniecie po tę książkę? Wybór pozostawiam Wam.

środa, 20 września 2017

"Szamanka od umarlaków" Martyna Raduchowska



Medium ma w życiu przerąbane. Medium, które nie chce być medium, ma przerąbane w dwójnasób. Medium bez powołania, za to z awersją do duchów, ma przerąbane wzdłuż, wszerz i naokoło.
 Ida Brzezińska świetnie wie, czego chce: normalnego życia. I gdyby to od niej zależało, w jej rodzinie na pewno nie byłoby ojca maga, matki czarownicy, babki jasnowidzki ani ciotki medium. Ani bez mała dwudziestu pokoleń podobnych wariatów. Tymczasem jednak – o, zgrozo - są. A geny sumiennie robią swoje, obdarzając Idę równie nadprzyrodzonym co niepożądanym szóstym zmysłem. Do tego jeszcze wredny, podły Pech o sadystycznych skłonnościach z upodobaniem krzyżuje jej plany, wpycha w szpony apodyktycznej ciotki, nęka stałą obecnością umarłych i wplątuje w aferę, od której na kilometry czuć pieprzem i imbirem – zapachem czarnej magii.
Postawmy sprawę jasno - Ida nie ma Pecha.
To Pech ma Idę.

Zacznę może od tego, że nie miałam dotąd ulubionej polskiej autorki fantasy. Wszystko zmieniło się z dniem, kiedy przeczytałam Szamankę od umarlaków, Martyny Raduchowskiej. O tak! Genialna autorka, o której nie jest tak głośno, jak np. o Anecie Jadowskiej, z której stylem też już miałam okazję się zaznajomić. Jednakże, nie podbiła mojego serca, i choć jej seria o Dorze Wilk jest fajna, to jednak trochę... Jakby to rzec, banalna i przewidywalna. Za to Raduchowska pojechała po całości! Humor, główna postać, postaci poboczne, główny wątek, pomysł, wykonanie... Po prostu cud, miód i malinka - palce lizać.
Szczerze powiedziawszy miałam nie pisać mojej opinii na temat niniejszej pozycji, bo nie miałam jej w planie. Ale stanowczo za cicho jest o Szamance! Ledwo skończyłam tom I, a już mi mało. Chcę więcej. Dużo więcej przygód Idy. Wspomnę jeszcze tylko o jednej bardzo ważnej rzeczy: lubicie twórczość Olgi Gromyko czy Kiry Izmajłowej? A może Briggs, czy Andrews? Ha! Mamy taką jedną Raduchowską, co pisze bardzo podobnie, jak wyżej wspomniane panie (i pan).

Humor, humor i jeszcze raz humor! Uwielbiam taki specyficzny humor w książkach! Właśnie taki sam znaleźć można w powieściach wyżej wymienionych autorów. I właśnie dlatego, że jest w nich taki humor - są one moimi ulubionymi książkami. Wniosek? Prosty. "Szamanka od umarlaków" również trafiła do grona ulubionych, ot, co! W dodatku postaci. Główna bohaterka, Ida Brzezińska należy do tych postaci kobiecych, które ja osobiście bardzo lubię. Przebojowa, wie czego chce, zabawna, no po prostu twarda sztuka. Bohaterowie drugoplanowi są równie dobrze dopracowani i tak samo charakterystyczni.

Podobało mi się również to, jak autorka rozbudowuje napięcie, rozwija powieść. Nie ma niczego na tak zwane hop siup. Wszystko dzieje się metodycznie, a dzięki temu czytelnik ma możliwość spokojnie wdrożyć się w fabułę, niczego nie tracąc. Co mam na myśli mówiąc "tracąc"? Ano często bywa tak, że czytając książki, gdzie wszystko, albo przynajmniej większość - rozgrywa się na wariackich papierach, ja przez to tracę wątek, zamazuje mi się obraz postaci, czy po prostu nie odczuwam emocji związanych z wydarzeniami głównych bohaterów. Na szczęście "Szamanka od umarlaków" jest świetnie skonstruowana i za to ogromny plus.

Komu mogę polecić niniejszą pozycję? Ano na pewno komuś, kto lubi niebanalny humor, oryginalne powieści i lubi się pośmiać podczas czytania książek. Polecam również wszystkim fanom wyżej wymienionych autorów. "Szamanka od umarlaków" rządzi!

środa, 6 września 2017

"Nie myśl, że znikną" Marcin Grygier


Dziękuję!
Jest spokojny kwietniowy dzień, gdy grupa chłopców znajduje w parkowym jarze ciało mężczyzny. Zwłoki są nagie od pasa w dół, twarz zmasakrowana, a w pośladki wbite kawałki szkła. Ofiarą okazuje się śląski biznesmen.
Kilka dni później zostają odkryte kolejne zmasakrowane zwłoki.
Czy te sprawy są ze sobą powiązane? Czy komisarz Walter, który został przeniesiony do Katowic z komendy stołecznej, ma do czynienia z ofiarami szaleńca? A może to tylko zbieg okoliczności. Czasami wszystko jest po coś…

Poprzednia książka Marcina Grygiera bardzo mi się spodobała. Nie mogłam doczekać się kontynuacji. Nie myśl, że znikną dorównuje swojej poprzedniczce? Jak myślicie? Bywa tak, że kontynuacje wcale nie są lepsze, a i poziomem odbiegają od swoich poprzedniczek. Na szczęście w przypadku Nie myśl, że znikną, ta teoria się nie sprawdziła, bowiem ten tom jest równie dobry, jak poprzedni.

W tomie poprzednim (odsyłam do mojej recenzji KLIK) wiele się działo. Autor stworzył fajną i skomplikowaną sprawę. W kontynuacji serii o Komisarzu Walterze mam wrażenie, że sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, wciągająca i przerażająca. Bardzo podobało mi się to rozwiązywanie tych zawiłości. Rzucanie podejrzeniami na poszczególne postaci i odkrywanie prawdy strona, po stronie. Marcin Grygier ma niezwykły zmysł do tworzenia zarówno bohaterów, jak i wydarzeń. Doceniam jego twórczość i uważam, że tworzy swoje dzieła nawet lepiej od niektórych zagranicznych autorów i autorek powieści kryminalnych czy sensacyjnych. My, jako czytelnicy, musimy doceniać swoich autorów, a tego szczególnie. Dlatego zachęcam do sięgania po jego dzieła. Kawał dobrej roboty!

Z tego, co się orientuję, to nie tylko ja jestem zaskoczona faktem, że Marcin Grygier nie jest tak doceniany jak np. Remigiusz Mróz... A przyznać muszę, że mnie bardziej podoba się twórczość Grygiera. Trochę dziwne jest to, że tak dobry autor, który z mocą zadebiutował książką Nie patrz w tamtą stronę, nie wybił się tak, jak powinien. Rozumiem, że to ten (czasem przesadzony) szum wokół niektórych autorów, potrafi zagłuszyć i przyćmić innych pisarzy... Jednak wołam do Was: KSIĄŻKI MARCINA GRYGIERA SĄ WARTE PRZECZYTANIA I DAJCIE IM SZANSĘ! POLECAM!

Dobra, dość biadolenia, teraz przejdę do konkretów. Treści książki nie będę zdradzać, wszystko co potrzebne znajduje się w opisie wydawcy. Niemniej muszę wspomnieć o tej świetnie uknutej intrydze, tajemnicy i przyprawiających o ciary opisach. Nie mogłam oderwać się od treści Nie myśl, że znikną. Poważnie, kiedy zaczęłam czytać i wciągać się w treść, nie mogłam przestać. Tak wciągające historie lubię! W ogóle postaci, jakie stworzył autor są tak realne, przyziemne, że aż miło się jest z nimi "zaprzyjaźnić" i zżyć się z nimi. Może nieprzesadnie, ale chociaż tak trochę, bo z jedynym, z którym można zżyć się na dłużej jest Walter.

Akcja, morderstwa, tajemnice, Polska, świetny język, wciągająca sprawa kryminalna, świetni bohaterowie? To wszystko i jeszcze więcej w nowej książce Marcina Grygiera pt. Nie myśl, że znikną. Nie lada gratka dla fanów sensacji i kryminału. Ja bawiłam się wyśmienicie i gorąco polecam Wam zapoznanie się z tomem poprzednim i tym. Warto!

wtorek, 11 lipca 2017

"Twierdza Kimerydu" Magdalena Pioruńska



Czasem badania genetyczne są przyczyną katastrofy, a nie przełomu.

Gdy w Mieście Krokodyli dochodzi do krwawego stłumienia pokojowej konferencji asymilacyjnej, nikt jeszcze nie podejrzewa, do czego doprowadzi konflikt między Miastem Krokodyli a Twierdzą Kimerydu. Organizatorce konferencji, Annie Guiteerez, antropolog z Uniwersytetu Krokodyli, udaje się zbiec z samego centrum zamieszek i uratowana przez strażnika wąwozu Tyrsa Mollinę, pół człowieka, pół
raptora, trafia do rezydencji burmistrza Twierdzy – Teobalda. W obliczu niedawnej rzezi i wiszącej w powietrzu rewolucji nawet zatajenie prawdziwego powodu przybycia pani profesor do Twierdzy Kimerydu wydaje się nieistotnym szczegółem. Na jaw wychodzą bowiem znacznie bardziej przerażające fakty, sprawiające, że żadne z miast Afryki Południowo-Wschodniej nie może dłużej pozostać obojętne wobec krzywdzących wpływów Europy i hegemonii cesarza Brytanika. Usilna chęć przypodobania się Cesarstwu Europy nagle gaśnie zastąpiona determinacją i pragnieniem odzyskania autonomii kraju Złocistych Piasków.

Jakiś czas temu przybyła do mnie książka z przepiękną dedykacją od Magdaleny Pioruńskiej. Książka, której byłam ogromnie ciekawa. Wszyscy na Instagramie ją zachwalali, pomyślałam sobie, że raz - dinozaury, to jest to! I dwa, muszę sprawdzić o co ten cały szum. Kiedy Magda do mnie napisała z propozycją zrecenzowania, nie zastanawiałam się nawet przez chwilę. Poza tym autorka jest naprawdę świetną i zabawną osóbką, z którą fajnie się gada prywatnie, więc tym przyjemniej czytało mi się jej książkę. Książkę, która naprawdę nie odbiega niczym od dobrych zagranicznych tytułów fantastycznych czy przygodowych, ale o tym nieco niżej...

Pierwsze co, to dinozaury. Chyba nie czytałam jeszcze niczego (a przynajmniej sobie nie przypominam), co byłoby o dinozaurach i ba! O wątku, w którym ludzie mają w sobie coś z dinozaurów. Serio, czadowe! Przynajmniej dla mnie bardzo. Z ogromnym zainteresowaniem pochłaniałam wszystko, co dinozaurowate w tej książce. Poza tym oryginalnym wątkiem, znalazłam również interesujące relacje między bohaterami. Z relacjami gejowskimi miałam już styczność w literaturze i kompletnie mi to nie przeszkadza, ale wiem, że są ci wrażliwsi, których może to razić. Dlatego zaznaczam, że taki kontrowersyjny element się tutaj znajduje i nie jest to "gdzieś tam w tle", ale dotyczy to kluczowych bohaterów. Jest też coś kompletnie nowego, z czym do tej pory się w literaturze nie spotkałam i o czym Wam nie powiem... Przeczytajcie i zobaczcie sami.

Rudi poleca :D
Wszystko w tej książce jest takie mocne, charakterne, intensywne i konkretne. Magdalena Pioruńska odwaliła kawał dobrej roboty. W tego typu literaturze wręcz łaknę takich konkretów i jestem usatysfakcjonowana, że w Twierdzy Kimerydu je otrzymałam. Za to ogromny plus. Książkę stosunkowo szybko się czyta. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest to książka lekka i niezobowiązująca. Co to, to nie. Czasami (zwalam to na zmęczenie) gubiłam się w treści, za dużo imion na T (z przymrużeniem oka) i wątki mi się mieszały. Nie uważam tego za minus, bo nie mogę przewidzieć, że Wam również tak będzie się przez treść szło. Chociaż tak wiele się tutaj dzieje, że można się pogubić, co jednak nie jest minusem, bo jeśli w książce się dzieje (musi się dziać!), to znaczy, że czasu na nudę nie ma.

Bohaterowie... Oj, ci bohaterowie. Tak szalonego zestawu jeszcze nie poznałam (chyba). Te osobowości Pioruńskiej, to jest tak fajny misz masz, że ciężko to ogarnąć, ale nie sposób nie polubić, a nawet pokochać! Tyrs na pewno zwraca uwagę i to bez dwóch zdań. Natomiast miałam mały problem: teamTyrs  czy teamTycjan. Wiecie, Tycjana nie mogłam rozgryźć. Z początku przybiłam mu łatkę czarnego charakteru... Później mi się to zmieniło, ale jednak coś z tej czerni chłopak ma. Dlatego tak mnie do niego ciągnęło. Tuliusz, człowiek zagadka. Człowiek o dwóch twarzach - dosłownie. Lubię go, ale nie pałam jakimiś wygórowanymi uczuciami. I jest ona. Anna. Bohaterka, której niestety nie polubiłam. Nie wiem, było w niej coś takiego, co mnie z lekka irytowało. Nie przeszkadzała mi, ale była mi w sumie obojętna. 

Twierdza Kimerydu to taka nasza petarda. Ma fajnych, różnych, charakternych bohaterów. Ciekawą akcję, ciągle coś się dzieje. Autorka bardzo fajnie wykreowała świat pełen dinozaurów i fantastycznych istot. Jest humor, jest szok... Sądzę, że książka Magdaleny Pioruńskiej jest godna uwagi i osobiście polecam.

piątek, 23 czerwca 2017

"To jedno lato" Dorota Milli


Dziękuję!



Lukrecja Lis, dziewczyna z charakterem, doradca klienta w warszawskim banku, po kolejnej porażce miłosnej postanawia odpocząć od miasta i jedzie do Dźwirzyna, rodzinnej miejscowości.
Musi odczarować zły urok i stworzyć nowy plan na życie.

Luka myśli głównie o sobie, małymi miasteczkami gardzi, a ich mieszkańców uważa za nieudaczników. Pewnym krokiem przemierza chodniki nadmorskiego Dźwirzyna, unosząc wysoko zgrabną bródkę. Stukot Lukowych szpilek dociera do ucha lokalnego kierowcy busa bałtyckiego kurortu, przystojnego Huberta. Warszawianka staje się wyzwaniem dla pewnego siebie mężczyzny.
Oboje beztrosko korzystają z uroków polskiego wybrzeża smaganego pachnącą bryzą i pełnego urokliwych fal oblewających piaszczyste brzegi.
Ani Luka, ani Hubert nie spodziewają się jednak, czym stanie się dla nich to jedno lato, i dokąd ich zaprowadzi nadmorska plaża...

Piękna wakacyjna opowieść o uczuciu rodzącym się nad cudownym Bałtykiem, w otoczeniu sosnowego lasu, najpiękniejszych plaż i najsmaczniejszych gofrów z truskawkami...

Skusiła mnie wakacyjna okładka, całkiem ciekawy opis zapowiadający świetną letnią lekturę i... Właśnie i co? Czy dobrze zrobiłam, że skusiłam się na lekturę książki To jedno lato? Czy może jednak źle zrobiłam?
Powiem Wam, że każdego po trochu, przejdę więc do rzeczy...

Na początek pochwalę wydanie - naprawdę cudne! Ma taki letni klimat, że patrząc na nie jesienią czy zimą, będę myślała o wiośnie i lecie. Wycieczkach rowerowych nad stawy i ciszy, której się tam mogę oddawać. I te kolory! Zresztą, ja chwalę niemalże wszystkie wydania wydawnictwa Filia, więc wiecie... Teraz przejdę do pomysłu, który też pochwalę, bo taka mega lekka, zabawna i niezobowiązująca lektura to jest to, czego czasami poszukuję, żeby się odprężyć i odpocząć od tych "cięższych". Uważam również, że autorka poradziła sobie z wykorzystaniem pomysłu i uprzyjemniła tym samym czas spędzony na lekturze jej książki.

Podobało mi się również to, że styl, jakim autorka napisała książkę, jest przyjemny, nieskomplikowany i dzięki temu bardzo szybko czytało mi się perypetie głównej bohaterki. Jednak tym, do czego się przyczepię, jest objętość książki. Już podczas czytania mówiłam sobie, że na pewno ujmę to w opinii. Książka równie dobrze mogłaby być o jakieś dwieście stron cieńsza, serio. Wystarczyłoby wywalić jakieś duperele i niewiele znaczące opisy. Takie moje zdanie. 

Nie zapałałam wielkimi uczuciami do bohaterów, jakie stworzyła Dorota Milli. Niestety. Lukrecja i jej wielkomiejskie zachowanie strasznie mnie drażniło. Znalazła się dama, co ze wsi wyjechała do Warszawy i kurde pani na włościach. Nic jej nie pasuje, sam plebs ją otacza, w ogóle nie oddychajcie ludzie tym powietrzem co ona, bo jeszcze wieś z niej wyjdzie. Nic nie poradzę na to, że w realnym życiu takie osoby strasznie działają mi na nerwy, dlatego Lukrecja miała u mnie bana na polubienie już na samym starcie. Życie. Jakoś niespecjalnie też przypadł mi do gustu Dec, który wydawał mi się na siłę być luzakiem, cwaniakiem i takim pewnym siebie chłopaczkiem. Poza tym, te skróty imion też mi się nie podobały... Chociaż Dec, to nazwisko Huberta, więc nie będę się czepiała. Dec i Luka - nie brzmi to trochę amerykańsko? Nie pasowało mi to, lepsze byłyby całe imiona i zdecydowanie lepiej by mi się to czytało. Może innym to nie będzie przeszkadzać, mnie niestety drażniło.

Jeśli chodzi o dialogi i ogólny humor panujący w powieści... Hmm... Jest i dobrze i niedobrze. Zacznę od tego, że czasami te dialogi i wydarzenia rzeczywiście były zabawne, a czasami chyba ten humor był wciskany na siłę. Takie odniosłam wrażenie... Albo po prostu mój humor nie pokrywa się z humorem książkowym - tak też bywa. Jeśli chodzi o relację pomiędzy Hubertem (Dec) i Lukrecją, to też będę się czepiać. Takie darcie kotów, trochę na wyrost... Potem na szczęście poszło to w lepszym kierunku, więc koniec końców, było ok.

To jedno lato, to książka, która, jak sami widzicie, podobała mi się i nie podobała. Są rzeczy, które były w porządku, ale są też takie, które mnie raziły. Niemniej jeśli szukacie czegoś niezobowiązującego, kobiecego, lekkiego i całkiem fajnego, to może się skusicie?

sobota, 25 marca 2017

"Bursztynowy anioł" Anna Tabak

 Dziękuję!

Poznajcie Aśkę – pozytywnie zakręconą studentkę ekonomii, której złośliwy los co rusz rzuca kłody pod nogi. Zakończenie kilkuletniego związku, zawalone egzaminy, uciążliwa praca... Dobrze, że pod ręką są przyjaciółki, na które zawsze można liczyć i pogadać dosłownie o wszystkim. I jeszcze kolega o dziwnie brzmiącym imieniu, który udzieli wsparcia w każdej sytuacji. Co ona by bez nich zrobiła?
 Niespodziewanie w życiu Asi następuje zwrot o 180 stopni: pojawia się idealny mężczyzna, dzięki któremu jej szara rzeczywistość zaczyna przypominać bajkę. Przystojny, bogaty, dżentelmen w każdym calu... Czyżby to był wymarzony książę? A może dziewczynie pisany jest ktoś inny? I co ze znienawidzonymi studiami i aktorstwem, które od zawsze było jej pasją? Po prostu przeczytajcie!
 Bursztynowy anioł to napisana od serca historia o miłości, ponadczasowej przyjaźni, szukaniu własnej ścieżki, a także zwykłych codziennych problemach i trudnej sztuce dokonywania wyborów. Porwie każdą młodą czytelniczkę – rozbawi, wzruszy, a może i zainspiruje do zmian we własnym życiu 

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to ta urocza okładka. Bardzo mi się podoba. Zarówno kolory, jak i samo zdjęcie na niej widniejące. Patrząc na nią od razu pomyślałam, że ta książka będzie fajną historią o miłości. I miałam rację. Bursztynowy anioł, to przyjemna i pełna uroku historia, która, koniec końców mi się spodobała. Niemniej nie obędzie się bez minusów...

Aśka, przedstawiona w opisie wydawcy, jako pozytywnie zakręcona dziewczyna... Owszem, fajna postać i rzeczywiście lekko zakręcona (ale jej przyjaciółki bardziej). Szkoda tylko, że taki z niej mazgaj. Serio, byle głupota potrafi doprowadzić tę dziewczynę do łez. W zasadzie Aśka dość rzadko trzyma swoje emocje na wodzy, zupełnie jak słowa. I to trochę mnie raziło: ten ciągły płacz i dziwne akcje, jak na przykład ta w pracy z bolącym zębem. Serio, nie spotkałam się z takimi reakcjami, jak żyję. A swoje już żyję, więc... I to chyba tyle jeśli chodzi o minusy. Tak, bo cała reszta, prócz dziwnych "jazd" głównej bohaterki, przypadła mi do gustu.

Początek podobał mi się najbardziej. Później było tylko dobrze, a czasami mniej niż dobrze. Bywały momenty, które mnie drażniły, ale głównie przez zachowanie Aśki. Wciągnęłam się w tę jej gonitwę za idealnym facetem. Było zabawnie, lekko i na pewno - interesująco. 

Bardzo polubiłam uroczego, cichego i spokojnego Manu, który okazał się świetnym facetem. Właściwie od kiedy autorka tylko o nim wspomniała, zapałałam do niego sympatią. Wiedziałam, że moja intuicja się nie myli. Rzucałam gromami w główną bohaterkę - jak mogła nie zauważyć tego, że Manu jest w niej zakochany? Ponoć, to mężczyźni są ślepi... Aśka jest dobrym przykładem ślepej kobiety. Jednak rozumiem zamysł autorki, więc to takie moje osobiste psioczenie. 

"Bursztynowy anioł", to taka typowa kobieca powieść o miłości, podejmowaniu ważnych decyzji, czasami złych. Powieść o pragnieniach i dążeniu do celu. Myślę, że jeśli lubicie takie babskie czytadła, to ten tytuł Wam się spodoba. 

poniedziałek, 13 marca 2017

"Zimowa miłość" Elżbieta Rodzeń

Dziękuję!

Jedna chwila może zmienić wszystko...
Wcześniej:
Poznali się na pierwszym roku medycyny. On dla studiów zrezygnował z kolarstwa górskiego, a ona z malarstwa. Stopniowo ich przyjaźń przeradza się w głębsze uczucie. Planują wspólną przyszłość. Nagle Anna po prostu z nim zrywa. Nie mówi, dlaczego odchodzi, a Michał ma nigdy nie dowiedzieć się prawdy.
Teraz:
Szesnaście lat od momentu, gdy się poznali, Anna jest dyrektorem kliniki chirurgii plastycznej, a Michał pracuje w szpitalu dziecięcym. Mieszkają w tym samym mieście, ale nie spotykają się i starają się tego unikać. Przypadkiem jadą na tę samą konferencję. W życiu jednak nie ma przypadków. Jedna chwila, jedna decyzja uruchamia lawinę wydarzeń.
Jutro: ?...
Są książki, o których zapominamy zaraz po przeczytaniu. Są także takie, o których pamiętamy przez chwilę. Jednak zdarzają się książki, które zapadają nam w pamięć na długo. O Zimowej miłości nie zapomnisz nigdy.

Przyznam, że nie spodziewałam się tego, iż "Zimowa miłość" aż tak mi się spodoba. Naprawdę, bardzo, bardzo! Bohaterowie na plus, historia na plus, emocje na plus. Nie ma się do czego przyczepić, nawet gdybym bardzo chciała. Jestem pod wrażeniem, bo autorka postarała się na miarę zagranicznych bestsellerów, a nawet rzekłabym, że od wielu z nich "Zimowa miłość" jest lepsza. Tak moi mili, aż tak podoba mi się ta historia. Naprawdę świetna robota. Czekam na kolejne książki Elżbiety Rodzeń, jednocześnie mając nadzieję, że będą w takim klimacie.

Zazwyczaj nie wciągam się tak szybko w powieści kobiece rodzimych autorek, a tym razem już od pierwszej strony czułam, że będzie to fajna lektura. Wciągnęłam się od pierwszego rozdziału i chociaż czytałam ją kilka dni - wszystko przez sprawy, które zajmowały mi głowę i czas - to sądzę, że spokojnie pochłonęłabym ją (tak jak ona mnie!) w dwa wieczory. Poważnie. Lekki styl autorki, fajnie skonstruowana historia, sympatyczne postaci oraz ta prawdziwa miłość... Jeśli chodzi o kobiecą literaturę, to... Czego chcieć więcej? Emocji? Ano, ich też jest całkiem sporo, więc jeśli tego oczekujecie, to się nie zawiedziecie.

Fajne jest to, że autorka podzieliła swoją powieść na dwa czasy - teraźniejszy i przeszły. Dzięki temu zabiegowi czytelnik ma możliwość poznania wielu niuansików z przeszłości bohaterów, które rzutowały na ich obecne wydarzenia. Elżbieta Rodzeń ciekawie to rozegrała, rzuciła czytelnika w wir tajemnic, rozwiązując je stopniowo i wyjaśniając - co, dlaczego, jak i po co. Jak dla mnie bomba, coś się dzieje, interesuje i pochłania czytelnika. Ten chce wiedzieć jak to się wszystko potoczy, czemu bohaterka postąpiła tak, a nie inaczej i tak dalej.

Jeśli lubicie książki o trudnej, utraconej miłości, które wzbudzają wiele emocji - to ta książka jest dla Was.
Jeśli lubicie powieści, które dają do myślenia - to ta powieść jest dla Was.
Jeśli lubicie bohaterów niebanalnych  - to sięgnijcie po "Zimową miłość".
Osobiście polecam.

poniedziałek, 27 lutego 2017

"Pozorność" Natalia Nowak-Lewandowska


 Dziękuję!
Już nic nie miało znaczenia, bo właśnie w tej chwili jej życie się skończyło. Życie i małżeństwo, które okazało się tak bardzo koszmarne, tak zakłamane, że już sama nie wiedziała, czy chociaż przez chwilę rzeczywiście było prawdziwe.

Historia dwojga młodych ludzi, którzy po krótkiej znajomości postanawiają się pobrać, rozstając się jednocześnie z wcześniejszymi partnerami. Wkrótce po ślubie Piotr zaczyna być agresywny. Kiedy dochodzi do pierwszego poronienia otwarcie obwinia Ankę o tę sytuację. Kobieta pod wpływem szoku przechodzi krótkie załamanie nerwowe, podczas którego traci kontakt z rzeczywistością.

O tej książce naczytałam się samych pozytywów. Nie spotkałam się z negatywną opinią, więc nastawiłam się na coś naprawdę dobrego. Zapowiadało się naprawdę dobrze, ale... Z przykrością muszę stwierdzić, że mnie niestety do siebie nie przekonała. A dlaczego? 

Zacznijmy od tego, że autorka podjęła się ciężkiego i w zasadzie trudnego tematu, jakim jest przemoc domowa. Ta fizyczna i psychiczna. Pomysł na plus, jednak jeśli chodzi o przedstawienie, to niestety, ale nie czuję się przekonana. Wszystko jest powierzchowne, mało realne i tak jałowo przedstawione. Spodziewałam się tych emocji, o których pisali inni... Oczekiwałam tego "wow", ale nie otrzymałam ani tego, ani tego. W dodatku główna bohaterka jest jedną z najbardziej irytujących i głupich, jakie dane mi było poznać. Serio. Przeczytacie, a zrozumiecie. Zawsze drażniła mnie ta dziwna, przesadzona nieporadność, naiwność i głupota głównych bohaterek. Anka jest hm... Nie wiem sama nawet jak ją określić, ale doprowadzała mnie do białej gorączki swoim zachowaniem. Nie poczułam do niej ni krzty sympatii. Niestety. 

Jeśli chodzi o czarny charakter, czyli męża Anny, Piotra, to muszę przyznać wielki plus autorce. Bardzo dobra, porządna i konkretna kreacja jego osobowości od początku do końca. Jeśli miałabym wybierać postać, która do mnie przemówiła, to zdecydowanie byłby to Piotr. Nie zrozumcie mnie źle, to potworny, człowiek bez krzty szacunku dla własnej kobiety, ponadto na pewno ma coś z psychiką nie tak. Niemniej jest - jak już wspomniałam - konkretny. A nie mdły jak główna bohaterka.

Przejdę do tego, dlaczego ta książka nie wywołała we mnie jakichś konkretnych emocji. Rozumiem, że to debiut autorki i nie zarzucam jej tego, że nie rozwinęła tego wątku tak, jak moim zdaniem powinien zostać rozwinięty. Wszystko jest powierzchownie przedstawione i tak, cóż... za szybko. Brakuje mi psychologicznego ujęcia sprawy molestowania i gnębienia. Owszem, są opisy (krótkie, a czasem jałowe) odnośnie czynów, jakich Piotr dokonywał, ale brakowało mi tego czegoś. Ja naczytałam się wielu książek, w których były podobne wątki i były one przedstawione bardzo dobrze. Dlatego mam porównanie, więc sądzę, że ta lekka krytyka nie jest bezpodstawna i nie wynika z braku znajomości tematu.

Jako, że to debiut Natalii Nowak - Lewandowskiej, to sądzę, że następnym razem będzie lepiej. "Pozorność" mnie niestety nie przekonała. Ale kto wie, może Was przekona?

czwartek, 23 lutego 2017

"A między nami wspomnienia" Gabriela Gargaś

Dziękuję księgarni BookMaster.pl

Ada traci wszystko, co do tej pory było w jej życiu ważne. Trudne okoliczności zmuszają ją do rozstania z ukochanym. Przez kilka lat żyje jak w letargu. Pewnego dnia postanawia odwiedzić swoją babcię, Marię, która w zaufaniu opowiada wnuczce swoją historię. Młodość Marii przypadła na okres wojny. To był trudny i bolesny czas. Pomimo okrucieństw wojny kobieta zakochała się do szaleństwa w mężczyźnie, którego nie powinna była pokochać. Czy to uczucie miało szansę przetrwać skoro Franz był Niemcem? Czy można kochać, a zarazem nienawidzić?
 Franz dla tego uczucia zaryzykował wszystko.
 Maria stara się przekonać wnuczkę, że w życiu liczy się tylko miłość, każda miłość, i to, jaką siłę możemy odnaleźć dzięki bliskości drugiego człowieka.
 Rozgrzewająca serca powieść o tym, co jest tak naprawdę ważne. O relacjach międzyludzkich i o uprzedzeniach. O niewypowiedzianych słowach, obawach, stracie i wielkim uczuciu. O tym, że życie nikogo nie oszczędza.
To także historia o tym, że najważniejsze, to móc kogoś kochać. Tak prawdziwie, bez oczekiwań.

Jest to moja trzecia książka Gabrieli Gargaś. Trzecia jej książka, która przypadła mi do gustu. Wiecie... Autorka tworzy historie, w których porusza życiowe, realne tematy oraz postaci, z którymi każda kobieta może się utożsamić. Jednak w każdej jej książce kluczowym elementem jest miłość. Czy to miłość szczęśliwa, nieszczęśliwa, miłość rodzicielska, miłość utracona... Zawsze chodzi o to wszechogarniające uczucie, które może dodać skrzydeł, albo je podciąć. Tak też jest w przypadku tej historii. Aczkolwiek tutaj mamy kilka oblicz miłości. Jakich? Przekonajcie się sami.

Ada to kobieta, która doznała tak wszechogarniającej straty, że ciężko sobie to wyobrazić. W zaistniałych okolicznościach musiała (a raczej sama chciała) zrezygnować z prawdziwej miłości. Nie potrafiła być szczęśliwa podczas, gdy wszystko przypominało jej o stracie kogoś najważniejszego w świecie... Wszystko otwierało tę ziejącą bólem ranę w sercu. Postanowiła zostawić wszystko za sobą i spróbować odetchnąć gdzieś, gdzie nic nie będzie jej przypominało o stracie. Wyjechała więc do swojej babci, którą zawsze uważała za dziwną. Nigdy za nią jakoś specjalnie nie przepadała, ani nie była z nią blisko. Niemniej to właśnie wizyta u niej, pomogła jej zrozumieć, że nie warto karać się za coś, na co nie miało się wpływu. Dzięki opowieści babci, postanowiła wziąć się w garść i spróbować jeszcze raz otworzyć się na miłość.

"A między nami wspomnienia", to książka dobra, nie powiedziałabym, że rewelacyjna, ale jeśli chodzi o kobiecą literaturę, to uważam, że jest satysfakcjonująca. Jest w niej sporo emocji, miłości, upadków i wzlotów oraz interesujących relacji. Sądzę, że to wszystko może spodobać się kobietom. Mnie się podobało i co więcej, chętnie sięgnę po kolejne historie Gabrieli Gargaś, ponieważ jeszcze mnie nie zawiodła. Mam nadzieję, że jej się to nie uda.

Gargaś ma przyjemne dla oka i czytelniczego serca pióro. Ciekawie snuje wydarzenia swoich bohaterek i zaciekawia czytelnika ich kreacją oraz historią. Czy polecam? Osobiście sądzę, że niejedna pani będzie zadowolona z lektury, więc tak - polecam.  

sobota, 11 lutego 2017

"Dziewczyna z daleka" Magdalena Knedler

Dziękuję!

Słodko-gorzka opowieść o miłości, zemście i zbrodni, z wielką historią w tle.
W pewien styczniowy poranek w domu prawie stuletniej Nataszy Silsterwitz zjawia się młody Anglik, Artur Adams. Przywozi ze sobą kopertę wypełnioną starymi fotografiami i srebrną piersiówkę, na której widok Nataszę ogarnia panika. Kobieta ma pewność, że ten mężczyzna przynajmniej w części zna jej dramatyczną przeszłość. Przeszłość, o której nie powiedziała nikomu – nawet najbliższej rodzinie.
Adams z determinacją dąży do rozmowy z nestorką, a ona wie, że nie będzie w stanie przed nim uciec. I oto – u schyłku życia – przyjdzie jej wyjawić prawdę o sobie. Przed Arturem, ale i przed własną wnuczką, gdyż to właśnie ich Natasza zabiera w pełną napięcia podróż do przeszłości - na przedwojenną Wileńszczyznę i skutą lodem Syberię.

O książkach Magdaleny Knedler słyszałam wiele dobrego, a czy coś złego? Hm... Nie przypominam sobie. Dlatego zaciekawiona tymi wszystkimi opiniami sięgnęłam po jej najnowszą książkę. Czy i ja polubiłam twórczość autorki? Czy przypadła mi do gustu jej książka?

Nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tej historii, prócz tego, co nakreślił wydawca. Książka o miłości w tle ze słodko - gorzkim wydźwiękiem. I rzeczywiście tak jest. Tyle, że... Czy ta miłość jest w tle? I tak i nie, bo w zasadzie miłość jest tutaj równie ważna, jak historia z przeszłości... Która również opiera się w ogromnej mierze właśnie na miłości. Nieszczęśliwej, prowadzącej do tragedii. I to rodzące się uczucie, niewinne, nieśmiałe - pomiędzy dwójką młodych bohaterów. To właśnie ono najbardziej mi się podobało. Jednak nie zapominając o opowieści i przeszłości prawie stuletniej Nataszy. Żelaznej kobiety, która wiele przeżyła, wiele wycierpiała i pragnie się z tym podzielić z własną wnuczką, policjantem i angielskim fircykiem. Chociaż słowo "pragnie" jest tutaj użyte na wyrost, ale o tym przekonacie się sięgając po "Dziewczynę z daleka". 

Bohaterowie, jakich stworzyła Magdalena Knedler bardzo mi sie spodobali. Każdy jest inny, każdy w tej książce odgrywa ważną rolę. Natasza, złośliwa staruszka, której wcale nie było mi ciężko polubić. Lena, złośliwa zołza po babci. Wojtek, fajny mężczyzna, który potrafi ugotować coś z niczego oraz Artur, trochę taka pierdoła. Taka kombinacja okazała się czymś fajnym, co obfitowało w wiele zabawnych akcji. Te przepychanki słowne i zachowania... Prócz tego, że książka jest słodko - gorzka, to dzięki tym postaciom jest ona również momentami zabawna.

Muszę przyznać, że "Dziewczyna z daleka" jest naprawdę dobrą lekturą, której w danej chwili potrzebowałam. Interesująca i wciągająca historia, jaką stworzyła autorka jest godna uwagi. A ja sama jestem ciekawa poprzednich jej powieści, które kiedyś mam zamiar przeczytać, ponieważ styl autorki przypadł mi do gustu. Osobiście polecam, myślę, że warto po nią sięgnąć.

wtorek, 7 lutego 2017

"Proces diabła" Adrian Bednarek

 
Dziękuję BookMaster!
Morderca zwany Rzeźnikiem Niewiniątek kilka lat temu siał terror na ulicach Krakowa. Sprawił, że ulice opustoszały, a dziewczyny bały się zostawać same w domach. Rozpętał chaos, który uczynił go sławnym na całą Polskę. Ujęty przez policję i skazany na dożywocie, został zabity przez współwięźnia. Teraz jest tylko miejską legendą, mrocznym wspomnieniem, opowieścią służącą ku przestrodze dla nieostrożnych młodych kobiet. Tak uważają wszyscy oprócz mnie…
 Tylko ja wiem, że Rzeźnik Niewiniątek nigdy nie został złapany, żyje i ma się całkiem dobrze. Widzę jego twarz za każdym razem, gdy spojrzę w lustro. Od kilku lat moja niezwykła potrzeba przegrywa ze strachem przed popełnieniem błędu. Żeby uciszyć mroczne myśli, skupiam się na budowaniu adwokackiej kariery. W Krakowie i okolicach dochodzi do serii rytualnych mordów na prostytutkach. Policja po długich poszukiwaniach w końcu aresztuje podejrzanego. Jestem coraz lepszym prawnikiem, dlatego wkrótce będę miał okazję poznać osobiście Rozpruwacza z Krakowa jako jego obrońca. Wraz z nim w moje życie wpisze się Ona, wywołując mroczną arię pobudzającą najskrytsze pragnienia.
Wejdź do mojego świata, spróbuj zrozumieć żądze, które każą mi zabijać i przekonaj się, że prawdziwe zło ma tylko jedno oblicze… Ludzkie.

Wiele dobrego słyszałam o tej książce i postanowiłam sama po nią sięgnąć, by przekonać się czy rzeczywiście jest taka dobra, jak mówią inni. Czy historia w niej zawarta mrozi krew w żyłach i czy mną wstrząśnie. Zastanawiałam się jak to będzie, bo różnie bywa z powieściami rodzimych autorów. Często się na nich zawodzę, a jak było tym razem?

Adrian Bednarek ugryzł całkiem spory kawał ciężkiego tematycznie mięcha, że tak nietypowo określę temat. Może nietypowo, ale jednak całkiem dosłownie. Nie czytałam poprzedniej książki autora, ale jakoś szczególnie nie odczułam braku jej treści, więc pozwolę sobie stwierdzić, że jeśli nie czytaliście "Pamiętnika diabła", to i tak śmiało możecie sięgnąć po "Proces diabła". Ciągle ten diabeł w tytule... Zastanawiające. Zwłaszcza, że posiadam już kolejną książkę autora i zgadnijcie co jest w tytule? Otóż tytuł to "Spowiedź diabła". Jestem bardzo ciekawa, co autor tam wymyślił, bo zakończenie Procesu było naprowadzające i tym samym, ta zapowiedź bardzo, ale to bardzo mnie intryguje!

Książki w których leje się krew, a wnętrzności zamiast siedzieć w brzuszku, wyrywają się na zewnątrz zawsze bywają obrazowe. Czasami aż przesadnie. Na szczęście w tym przypadku owszem obrazowe są, ale autor nie poszedł w stronę przesady. W końcu dobry kryminał nie opiera się głównie na brutalności i Bednarek doskonale o tym wie, bo jego książka to w pewnym stopniu również analiza psychologiczna głównego bohatera. Właściwie nie od samego początku nie mamy wątpliwości, że jest on skrzywiony umysłowo... Bowiem, jaki człowiek ma takie myśli i robi takie rzeczy jak Kuba Sobański?  Muszę przyznać, że autor stworzył bardzo ciekawą postać, ponieważ pomimo, że Kuba jest psycholem i mordercą, to jest jego druga strona, która jest całkiem normalna. Obie są bardzo ciekawie opracowane za co ogromny plus dla Adriana Bednarka.

Kryminał, kryminałowi nierówny. Każdy, kto lubi zaczytywać się w tym gatunku wie, że dobra historia musi mieć to "coś". Coś, co wciągnie czytelnika, będzie trzymała w napięciu i zaintryguje go na tyle, aby ten nie chciał odłożyć czytania na później. "Proces diabła" ma to "coś". Ja od początku wciągnęłam się w tą całą sprawę sądową i zastanawiało mnie czy oskarżony rzeczywiście jest winny. Wszystko wskazywało  na niego, ale również były pewne "ale". Lubię taki motyw, gdzie mogę wykazać się swoją żyłką detektywa. Bardzo dobrze się bawiłam w rozwiązywaniu tej sprawy, aczkolwiek jej rozwiązanie nieco mnie rozczarowało. Liczyłam na wielkie wow. Niestety było tylko dobrze. Chociaż epilog był jak najbardziej wow. Chociaż nie liczcie na to, że będzie jakieś morderstwo, a wy wraz z bohaterem będziecie mogli ją rozwiązać. Nie. Tutaj bawicie się zupełnie w inny sposób... Jaki? To już musicie odkryć sami. 

Kreacja głównego bohatera jest naprawdę dobra. Poznajemy jego słabość, przeszłość, mroczną naturę i tę "normalną". Chociaż Kuba Sobański i normalność, to nie jest dobre zestawienie. Natomiast Kuba i pozory - to jak najbardziej jest dobre zestawienie. Sama nie wiem czy polubiłam głównego bohatera, bo w zasadzie ciężko lubić kogoś takiego. Niemniej podoba mi się to, jak autor go stworzył, bo jest to coś innego, niż to, co do tej pory znałam. Dlatego też uważam, że kreacja Kuby jest bardzo dobra. 

Czy i komu polecam "Proces diabła"? Polecam go osobom o mocnych nerwach, lubiących nieprzeciętne kryminały i w ogóle książki. Naprawdę warto. 

wtorek, 31 stycznia 2017

"W plątaninie uczuć" Gabriela Gargaś

Dziękuję!
Historia o prawdziwej kobiecej przyjaźni i o tym, jak trudną sztuką jest pięknie żyć.
Dorota jest mężatką i matką dwójki dzieci, którą przytłacza codzienność i nadmiar obowiązków. Czy znajdzie w sobie siły, by przebaczyć zdradę?
Hanna to trzydziestopięcioletnia singielka, która pnie się po szczeblach kariery w międzynarodowej korporacji. Nie ma czasu na nic, a już na pewno nie na miłość.
 Z kolei Kalina jest w szczęśliwym związku od dziesięciu lat. To właścicielka ekskluzywnego butiku, wiodąca spokojne i poukładane życie. Nagle jej życiu pojawia się dawna miłość i wywraca wszystko do góry nogami.
Życie trzech kobiet zmienia się, gdy stają w obliczu śmiertelnej choroby. Ich przyjaźń zostaje wystawiona na największą próbę.
 Muszą zmierzyć się z własnymi słabościami i pomóc sobie nawzajem.
Bo życie składa się z miliona małych szczęść i kilku wielkich tragedii.
Czasem to właśnie przyjaźń pozwala przetrwać i uwierzyć w przyszłość.
"W plątaninie uczuć", to moja druga, przeczytana książka Gabrieli Gargaś. Pamiętam, że pierwsza mi się podobała, dlatego zapragnęłam poznać inne jej powieści. Tutaj pierwszym co mnie skusiło, była okładka. Subtelna, kobieca grafika na froncie oraz ta kolorystyka, która do mnie przemówiła. Później zapoznałam się z opisem i stwierdziłam, że takie czysto kobiece czytadło jest czymś, czego potrzebuję. A jak z moimi odczuciami na temat całości? Zapraszam do dalszej lektury.

W tej książce głównych bohaterów, a raczej bohaterek jest aż trzy. Dorota - wspaniała mama dwójki chłopców, oddana żona, która beznadziejnie zakochana jest w swoim beznadziejnym mężu, który ją zdradza i właściwie wcale się z tym nie kryje. Przyznaję, że postać Doroty, to nie przypadła mi ona specjalnie do gustu, jeśli chodzi o jej naiwność, a czasem nawet bezmyślność. Beznadziejnie zakochana - to dobre określenie. Mąż ją obraża, rani, zdradza, nie wspiera jej, a ta na siłę próbuję jego i siebie uszczęśliwiać i przekonywać, że to małżeństwo można uratować. Chociaż jak dla mnie od początku było skazane na porażkę. Tutaj jest idealne oddanie słów z okładki "...jak trudną sztuką jest pięknie żyć". Dorota na siłę chce pięknie żyć, ale na szczęście w pewnym momencie - lepiej późno niż wcale - otwiera oczy.

Następną główną bohaterką jest Hanna, wieczna singielka. Niestety nie z własnego wyboru, chociaż można by tak pomyśleć. Hanię polubiłam chyba najbardziej. Taka szczera, otwarta i pełna empatii osoba, która wie czego pragnie, ale boi się po to sięgnąć, bo została zraniona i to nie jeden raz. Czy Hania w końcu otworzy się na swoje pragnienia i zechce spełnić swoje najcenniejsze marzenie? Bardzo jej kibicowałam, ale los jak zawsze, okazał się przewrotny. Daje i zabiera.

Trzecią z przyjaciółek jest nieco pogubiona Kalina, która uważa, że można mieć ciastko i zjeść ciastko. Niestety, tak się nie da. I Kalina staje przed trudnym wyborem, czy zostać ze swoim obecnym partnerem i spróbować zmienić tę nieszczęsną rutynę w prawdziwy związek pełen pasji? Czy może zacząć od pasji i pożądania, które mogą się wypalić zanim dojdzie do konkretów... 

Każda z tych kobiet i oddanych sobie przyjaciółek ma pod górkę. Jedne problemy wydają się błahe na tle pozostałych, jednak wszystkie są ciężkie do rozwiązania. We wszystkim największą rolę odgrywają emocje i uczucia, które są nieodzownym towarzyszem każdego człowieka. Bardzo podoba mi się to, jak Gargaś ukazała przyjaźń w swojej książce. Te trzy panie: Dorota, Hania i Kalina są sobie bardzo oddane i jedna za drugą skoczyłaby w ogień. Nie słodzą sobie niepotrzebnie, a dają kopa wzajemnie. Każda otrzymuje od pozostałych reprymendę za swoje zachowanie, ale i ogromne wsparcie. To jest świetne i często już, niestety, niespotykane. 

Osobiście jestem zadowolona z lektury "W plątaninie uczuć". Gabriela Gargaś jest jedną z lepszych autorek książek obyczajowych w Polsce, jakie czytałam. A mam w najbliższym planie kolejną jej książkę "A między nami wspomnienia", która zbiera same pochwalne opinie, więc nie mogę się doczekać, aż po nią sięgnę. Tymczasem drogie panie, jeśli szukacie fajnej kobiecej literatury, to zainteresujcie się książką "W plątaninie uczuć". Myślę, że warto.