piątek, 23 czerwca 2017

"To jedno lato" Dorota Milli


Dziękuję!



Lukrecja Lis, dziewczyna z charakterem, doradca klienta w warszawskim banku, po kolejnej porażce miłosnej postanawia odpocząć od miasta i jedzie do Dźwirzyna, rodzinnej miejscowości.
Musi odczarować zły urok i stworzyć nowy plan na życie.

Luka myśli głównie o sobie, małymi miasteczkami gardzi, a ich mieszkańców uważa za nieudaczników. Pewnym krokiem przemierza chodniki nadmorskiego Dźwirzyna, unosząc wysoko zgrabną bródkę. Stukot Lukowych szpilek dociera do ucha lokalnego kierowcy busa bałtyckiego kurortu, przystojnego Huberta. Warszawianka staje się wyzwaniem dla pewnego siebie mężczyzny.
Oboje beztrosko korzystają z uroków polskiego wybrzeża smaganego pachnącą bryzą i pełnego urokliwych fal oblewających piaszczyste brzegi.
Ani Luka, ani Hubert nie spodziewają się jednak, czym stanie się dla nich to jedno lato, i dokąd ich zaprowadzi nadmorska plaża...

Piękna wakacyjna opowieść o uczuciu rodzącym się nad cudownym Bałtykiem, w otoczeniu sosnowego lasu, najpiękniejszych plaż i najsmaczniejszych gofrów z truskawkami...

Skusiła mnie wakacyjna okładka, całkiem ciekawy opis zapowiadający świetną letnią lekturę i... Właśnie i co? Czy dobrze zrobiłam, że skusiłam się na lekturę książki To jedno lato? Czy może jednak źle zrobiłam?
Powiem Wam, że każdego po trochu, przejdę więc do rzeczy...

Na początek pochwalę wydanie - naprawdę cudne! Ma taki letni klimat, że patrząc na nie jesienią czy zimą, będę myślała o wiośnie i lecie. Wycieczkach rowerowych nad stawy i ciszy, której się tam mogę oddawać. I te kolory! Zresztą, ja chwalę niemalże wszystkie wydania wydawnictwa Filia, więc wiecie... Teraz przejdę do pomysłu, który też pochwalę, bo taka mega lekka, zabawna i niezobowiązująca lektura to jest to, czego czasami poszukuję, żeby się odprężyć i odpocząć od tych "cięższych". Uważam również, że autorka poradziła sobie z wykorzystaniem pomysłu i uprzyjemniła tym samym czas spędzony na lekturze jej książki.

Podobało mi się również to, że styl, jakim autorka napisała książkę, jest przyjemny, nieskomplikowany i dzięki temu bardzo szybko czytało mi się perypetie głównej bohaterki. Jednak tym, do czego się przyczepię, jest objętość książki. Już podczas czytania mówiłam sobie, że na pewno ujmę to w opinii. Książka równie dobrze mogłaby być o jakieś dwieście stron cieńsza, serio. Wystarczyłoby wywalić jakieś duperele i niewiele znaczące opisy. Takie moje zdanie. 

Nie zapałałam wielkimi uczuciami do bohaterów, jakie stworzyła Dorota Milli. Niestety. Lukrecja i jej wielkomiejskie zachowanie strasznie mnie drażniło. Znalazła się dama, co ze wsi wyjechała do Warszawy i kurde pani na włościach. Nic jej nie pasuje, sam plebs ją otacza, w ogóle nie oddychajcie ludzie tym powietrzem co ona, bo jeszcze wieś z niej wyjdzie. Nic nie poradzę na to, że w realnym życiu takie osoby strasznie działają mi na nerwy, dlatego Lukrecja miała u mnie bana na polubienie już na samym starcie. Życie. Jakoś niespecjalnie też przypadł mi do gustu Dec, który wydawał mi się na siłę być luzakiem, cwaniakiem i takim pewnym siebie chłopaczkiem. Poza tym, te skróty imion też mi się nie podobały... Chociaż Dec, to nazwisko Huberta, więc nie będę się czepiała. Dec i Luka - nie brzmi to trochę amerykańsko? Nie pasowało mi to, lepsze byłyby całe imiona i zdecydowanie lepiej by mi się to czytało. Może innym to nie będzie przeszkadzać, mnie niestety drażniło.

Jeśli chodzi o dialogi i ogólny humor panujący w powieści... Hmm... Jest i dobrze i niedobrze. Zacznę od tego, że czasami te dialogi i wydarzenia rzeczywiście były zabawne, a czasami chyba ten humor był wciskany na siłę. Takie odniosłam wrażenie... Albo po prostu mój humor nie pokrywa się z humorem książkowym - tak też bywa. Jeśli chodzi o relację pomiędzy Hubertem (Dec) i Lukrecją, to też będę się czepiać. Takie darcie kotów, trochę na wyrost... Potem na szczęście poszło to w lepszym kierunku, więc koniec końców, było ok.

To jedno lato, to książka, która, jak sami widzicie, podobała mi się i nie podobała. Są rzeczy, które były w porządku, ale są też takie, które mnie raziły. Niemniej jeśli szukacie czegoś niezobowiązującego, kobiecego, lekkiego i całkiem fajnego, to może się skusicie?

środa, 21 czerwca 2017

"Coś o tobie i coś o mnie" Julie Buxbaum

Dziękuję!

Po śmierci matki Jessie musi opuścić przyjaciół i dom w Chicago, ponieważ jej ojciec powtórnie się ożenił – z bogatą hollywoodzką producentką. Dziewczyna przeprowadza się do Los Angeles i zamieszkuje w bezosobowym pokoju gościnnym, jednym z wielu w rezydencji Rachel i jej mało sympatycznego syna Theo. Jessie jest bardzo samotna, a sytuacji nie poprawia wcale fakt, że w ekskluzywnej prywatnej szkole, pośród dzieci bogaczy, czuje się zupełnie nie na miejscu. Nie ma przyjaciół, rówieśnicy się z niej wyśmiewają. Sytuacja zmienia się, gdy Jessie otrzymuje e-mail od chłopaka podpisującego się jako Ktoś/Nikt. Kontynuuje korespondencję – najpierw mailową, później na komunikatorze. Przez pierwsze trudne tygodnie szkoły, chłopak jest dla niej jedynym przyjacielem...


Na instagramie okrzyknęłam ją jedną z najlepszych książek młodzieżowych, jakie czytałam. Dodałam również, że totalnie mnie oczarowała. I po kilkunastu dniach od napisania tych słów, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nadal uważam, że Coś o tobie i coś o mnie, jest świetną książką młodzieżową, której mam nadzieję, nigdy nie zapomnieć. Na pewno jeszcze do niej wrócę, bo jest przeurocza i ciepła, a takie książki (jak dla mnie) zawsze są na czasie.

Jessie rozpoczyna nowe życie, po przeprowadzce do nowego miejsca, zaczyna naukę w nowej szkole, gdzie nikogo nie zna. A mało tego, jest to prywatna szkoła, gdzie uczęszczają raczej same bogate dzieciaki. Dziewczyna czuje, że ciężko będzie się jej tam odnaleźć i właściwie nie mija się z prawdą. Pewnego dnia dostaje tajemniczego i całkiem zabawnego maila od kogoś o nicku Ktoś/Nikt. Ten ktoś daje jej całkiem przydatne rady i całkiem wyraźny obraz tego, jaka jest sytuacja w szkole. Jessie zastanawia się, czy przypadkiem nie jest to jakieś bogate "dzieciątko" ze szkoły, które obrało sobie ją jako cel do wyśmiewania. Szybko okazuje się, że J. się myli. Ktoś/Nikt okazuje się jej bratnią duszą, przyjacielem, którego aktualnie nie ma przy sobie. Jednak ciągle pozostają w bezpiecznej sferze komunikowania się ze sobą w świecie internetu. Czy narodzi się z tego coś większego?

Coś o tobie i coś o mnie, jest zabawną, ciepłą i pełną niewinnego uroku książką, która od pierwszych stron przypadła mi do gustu. Mam słabość do tego typu powieści, gdzie znajomości zaczynają się od komunikacji internetowych i przeradzają ze zwykłej znajomości w przyjaźnie, a nawet miłość. Każda książka, która była z takim motywem, przypadła mi do gustu. Nie przypominam sobie, żeby było inaczej. 

W swojej książce Buxbaum porusza problem aklimatyzacji w nowym miejscu, ale pokazuje na przykładzie Jessie, jak ważne jest by od początku do końca być sobą. Nie przejmować się tym, co mówią inni. Tym, jak nam dokuczają tylko dlatego, że różnimy się od innych. Jessie to cholernie twarda dziewczyna, która mogłaby być brana na przykład dla innych nastolatek. Serio, silna, inteligentna, zabawna i wrażliwa dziewczyna, to piękna kombinacja. Dlatego główną bohaterkę polubiłam już na starcie. Poza tym ten cały Ktoś/Nikt, również przypadł mi do gustu. Co prawda domyśliłam się (bo w zasadzie ciężko jest się nie domyślić) niemalże od początku, kim jest ten ktoś. Niemniej bardzo ucieszyło mnie to, że to właśnie ta osoba. Autorka poruszyła również motyw straty i to, jak ciężko sobie z nią poradzić. Jak ciężko jest zacząć od nowa i w nowym miejscu. Jak ludzie oceniają innych przez pryzmat plotek, wyglądu czy zachowania. Można więc powiedzieć, że Coś o tobie i coś o mnie, jest bardzo wartościową młodzieżówką, która spodoba się nie tylko samej młodzieży.

Jeśli szukacie mądrej, poruszającej i zabawnej historii, która jest naprawdę dobra, to gorąco polecam Wam Coś o tobie i coś o mnie. Mnie się cholernie podobała i mam nadzieję, że jeśli dacie jej szansę, Wam też się spodoba. 

wtorek, 20 czerwca 2017

"Uciekająca narzeczona" Denise Hunter

Dziękuję!

Ona pamięta tylko tyle, że go kocha. On nie może zapomnieć, w jaki sposób go rzuciła.
 Wstrząs mózgu wymazał siedem miesięcy z życia Lucy. Dziewczyna nie przypomina sobie rozstania z narzeczonym, Zakiem Callahanem, na tydzień przed ślubem ani przeprowadzki do Portland. I naturalnie, nic nie wie o swoich następnych zaręczynach. Jedyne, co pamięta, to to, że Zac jest jej droższy nad życie.
Po nieoczekiwanym i niewyjaśnionym odejściu Lucy, Zac przez wiele miesięcy nie mógł odzyskać równowagi. Z rozpaczy rzucił się w wir pracy na rodzinnej plantacji i w swojej restauracji w Summer Harbor. A teraz Lucy znowu pojawia się w jego świecie – bezdomna, bezradna i… zakochana. Potrzebuje go, by poskładać od nowa swoje życie. Lecz co będzie, gdy Lucy wróci pamięć?

Może wydam Wam się nudna, ale... Uwielbiam Denise Hunter! Tak wiem, już to widzieliście, chyba przy każdej recenzji książki tejże autorki, ale co ja poradzę, że tak właśnie jest? Uciekająca narzeczona, to kolejna trafiona w punkt historia romantyczna dla każdej kobiety z romantyczną duszą. 

Jak w opisie, trochę klimat filmowy mi się nasunął, co oczywiście w moim przypadku wpłynęło na plus odbioru tejże książki. Czyta się ją niesamowicie szybko i przyjemnie. Właśnie ten lekki styl Hunter lubię chyba najbardziej. Oczywiście prócz sympatycznych postaci i fajnie skrojonych wątków miłosnych! Uciekająca narzeczona to moje czwarte spotkanie z twórczością Denise Hunter i czwarte udane. Co mi się w niej podobało? A może jest coś, co nie do końca mi spasowało? 

Uciekająca narzeczona, to drugi tom serii Summer Harbor. Serii o trzech braciach Callahan. Tym razem autorka rzuciła na tapetę życie Zaca, którego poznaliśmy w tomie pierwszym. Zac był tam markotny, smutny i nie do życia, jednak nic dziwnego, skoro narzeczona porzuciła go tuż przed ślubem. Chłopak się załamał w końcu, Lucy była miłością jego życia. Mija siedem miesięcy od tego zdarzenia i Zac stara sobie na nowo ułożyć życie, aż tu nagle bum! Dostaje telefon i dowiaduje się, że jego była narzeczona myśli, iż nadal są parą... To go zbija z tropu, ale pędzi jej na ratunek, bo wiecie... Miłości nie da się od tak wyrzec, wymazać i nie myśleć o niej. To tak nie działa i Hunter daje tego przykład, historią Zaca.

Lekka, przyjemna i kobieca - tak oceniłabym ją w trzech słowach. Idealna na wiosnę, lato, jesień i zimę. Na każdą porę dnia, na pogodę i niepogodę. Na chandrę i śmiech. Tak to już jest z książkami tej autorki, że można je czytać zawsze i wszędzie. Fajni bohaterowie, przejmująca historia, śmieszne akcje, ciekawe wątki i przyjemny warsztat autorski. Czego chcieć więcej od takiego kobiecego czytadła? Myślę, że to wszystko. I jestem zadowolona z całokształtu. 

sobota, 17 czerwca 2017

"Nazywam się Cukinia" Gilles Paris


Dziękuję!

UWAGA!
 Książka wcześniej wydana pt.:"To ja, Matołek".
 Poruszająca! Uświadamia nam dorosłym, z jak poważnymi problemami borykają się dzieci i jak bardzo jesteśmy im potrzebni na co dzień.
„Odkąd byłem zupełnie mały, chciałem zabić niebo”. Tak zaczyna swą opowieść główny bohater książki i zarazem jej narrator, dziewięcioletni Ikar zwany Cukinią, który wychowuje się w patologicznej rodzinie. Kiedy w dramatycznych okolicznościach ginie jego matka, chłopiec trafia do domu dziecka. Świat dorosłych i ich problemy –sprawy nie dla kilkulatków –widziane oczyma dzieci głęboko poruszają. W nowym miejscu Cukinię otacza gromada dzieciaków, z których każde ma własną niełatwą historię. Odwiedza go policjant, który prowadził sprawę śmierci jego matki i przywiózł go tam. Mężczyzna i chłopiec zaprzyjaźniają się i ta przyjaźń odmieni ich życie.
 W powieści łzy wzruszenia przeplatają się ze śmiechem; nie ma w niej najmniejszej nuty ckliwości czy sentymentalizmu. Adresowana do dorosłych nie unika trudnych tematów; pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy –i sporo się nauczyć.
Film "Nazywam się Cukinia", który powstał na podstawie książki (po raz pierwszy ukazała się w 2007 r. i nosiła tytuł To ja, Matołek), w 2017 r. zdobył Cezara za najlepszy film animowany i najlepszą adaptację, był także nominowany do Oscara za najlepszy film animowany. Zdobył nagrodę publiczności na Warszawskim Festiwalu Filmowym 2016 oraz wiele nagród i nominacji na innych festiwalach filmowych.

Nazywam się Cukinia, to świetna książka o dzieciach, ich sposobie myślenia i odbieraniu świata. O dzieciach dla dorosłych, którzy zrozumieją ich światopogląd i, którzy będą chcieli się nań otworzyć. W dodatku, jest to książka zabawna ale i pouczająca. Czasami smutna i zastanawiająca. Niemniej na pewno warta przeczytania, bo jest to coś nowego, innego i wciągającego. Dlatego jeśli chodzi o mnie, jestem w 100% usatysfakcjonowana lekturą. I pisząc o niej, mam uśmiech na twarzy.

Można by pomyśleć, że Nazywam się Cukinia, to książka kierowana do młodszego czytelnika. Właściwie nawet sama okładka to sugeruje, a mnie się wydaje, że tak nie jest. Wiecie, na tę książkę trzeba się otworzyć, trzeba mieć pewnego rodzaju dojrzałość i wyrozumiałość. Tak przynajmniej mi się wydaje, aczkolwiek z tego, co wiem, wielu recenzentów zaznacza, że książka ta jest kierowana do dojrzałego czytelnika.

Każdy z nas był dzieckiem, każdy miał swoje problemy jako dziecko. Dla dorosłych te nasze dziecięce problemy były czymś błahym, często rodzice nie mieli dla nas czasu. A w obecnych czasach jest jeszcze gorzej i właśnie to jest takie smutne. Rodzicie w ferworze pracy i życia codziennego, coraz częściej zapominają o swoich dzieciach. A przecież rozmowa i spędzanie czasu ze swoimi pociechami jest czymś ważnym. Zacieśnia więzi i sprawia, że rodzic i dziecko to jest swego rodzaju team, którego nic nie rozwali. Kiedy dzieci, czy też młodsza młodzież mają problemy, to właśnie do rodziców powinni się zwracać, a często tak nie jest. O tym też jest ta książka.

Autor w rewelacyjny i ujmujący sposób prowadził narrację, dzięki tytułowemu i zarazem głównemu bohaterowi, któremu na imię Ikar. Dziewięcioletni chłopiec, który woli, by się do niego zwracano "Cukinia", bo tak mama do niego mówiła. Historia Cukinii nie jest wesoła, ale opowiedziana w dość lekki sposób. Wyobraźcie sobie, że widzicie wszystko oczami chłopca, niewinnego i patrzącego na świat w sposób prosty. Dla niego wszystko jest oczywiste, nieskomplikowane, dobre, złe, białe i czarne. Chłopiec czujnym okiem patrzy na świat, jest ciekawy, bystry, niecierpliwy - jak to dzieci. Jednak jego przygoda nie zaczyna się ciekawie, przynajmniej nie dla niego...  Chłopiec jest samotny i szuka akceptacji, zrozumienia oraz miłości. Potrzebuje kogoś, kto go pokocha i otoczy opieką. Kiedy trafia do domu dziecka zaczyna się prawdziwa jazda. Dzieciaki bywają okrutne - tak się mawia, ale są też najlepszym, co może być - tak uważam.

Gilles Paris stworzył cudowną książkę, która potrafi wycisnąć łzy, wzbudzić uśmiech na twarzy czytelnika, poruszyć jego serce, oraz zmusić do refleksji. Niewątpliwie Nazywam się Cukinia, jest historią, po przeczytaniu której, warto usiąść w ciszy, wziąć głęboki oddech i oddać się własnym myślom, które na pewno będą Wam się kołatały w głowie. Ogromnie cieszę się, że miałam możliwość poznać tak wartościową powieść i zachęcam Was, byście sami po nią sięgnęli. 

czwartek, 15 czerwca 2017

"Uwięzione" Natasha Preston


Dziękuję!
Pewnego wieczoru Summer idzie sama na imprezę. Nigdy na nią nie dociera. Lewis, jej chłopak, później nie może sobie wybaczyć, że nie było go przy niej.
 W jednej chwili szczęśliwa nastolatka traci kochającego chłopaka, rodziców i brata. Traci całe swoje życie, trafiając w miejsce, z którego nie ma ucieczki. Od tej pory nie będzie już sobą, Summer. Wraz z trzema innymi dziewczynami będzie musiała znosić życie w zamknięciu, codzienny strach i ból i... o wiele więcej. W tej sytuacji nie ma dobrych zakończeń.
Przeczytaj tę książkę, a nigdy już nie będziesz chciała dostawać kwiatów.

Sama nie wiem od czego mam zacząć. Wiecie, ja uwielbiam książki Feeria Young i naprawdę rzadko która mi się nie podoba. Właściwie jak dotąd tylko jedna była przeze mnie negatywnie oceniona. Teraz przyszedł czas na "Uwięzione". Niestety ta historia nie spodobała mi się. Więcej mam zastrzeżeń aniżeli pozytywów. Niemniej przejdę do rzeczy...

Pomysł na książkę był naprawdę świetny. Tak bardzo chciałabym, żeby autorka równie świetnie go wykorzystała, a niestety wykorzystała go może w 30% tak, jakbym sobie tego życzyła. Nie ukrywam, że jestem trochę rozczarowana. Liczyłam na mrożący krew w żyłach thriller? Thriller dla młodzieży? Coś w ten deseń. A otrzymałam coś, co nie do końca mi się spodobało. Ani to straszne, ani wstrząsające... Znaczy wiecie, owszem motyw porwania, psychicznie chory człowiek przetrzymujący kobiety - to naprawdę jest mocny temat, który autorka mogła lepiej poprowadzić. Niemniej osobiście uważam, że tego nie udźwignęła.

Dobrze, zacznę może od tego, co mi się podobało. Wspomniałam o pomyśle i naprawdę był super. Ten cały zamysł z porwaniem i przetrzymywaniem kobiet, to coś mocnego i konkretnego. Gdyby autorka trochę bardziej urealniła wątek i popracowała nad nim, byłoby tak, że palce lizać. Fajnie byłoby też gdyby wątek psychologiczny był rozbudowany, a nie przedstawiony po łebkach. Można było zbudować napięcie takie, że aż włosy stawałyby dęba. Jestem pewna. Trzeba przyznać autorce, że ma fajny styl i przyjemnie czytało się jej książkę, to na pewno jest kolejny plus. A teraz...

Jeśli chodzi o postać Summer, to od samego początku nie zaskarbiła sobie ona mojej sympatii i niestety, to się nie zmieniło aż do końca książki. Oczekiwałam twardej i konkretnej siedemnastolatki, a otrzymałam dziewczynkę, która sama nie wie co ma robić. Owszem, powiecie - dziewczyna ma siedemnaście lat i porwał ją psychopata! A ja pokręcę głową i dalej będę twierdziła, że postać Summer jest nieciekawa. I, kiedy czytałam wątki, w których to ona opowiada wszystko ze swojej perspektywy, pragnęłam, żeby to się już skończyło. Te jej "myśli" wylewane poza dialogami, były żenujące.

Fabułę śledzimy z trzech perspektyw. Summer (niefajna perspektywa), porywacza (interesująca perspektywa) oraz chłopaka Summer (również interesująca perspektywa). Jak Summer była słaba, tak porywacz nadawał historii smaczku. Jeśli chodzi o chłopaka Summer, to było interesująco, ale nie zaskakująco. Na pewno było lepiej (a chyba nie powinno), niż to wszystko, co przedstawia dziewczyna. Liczyłam, na ciekawą perspektywę ofiary, a nie jej ukochanego.

Jeśli chodzi o całość, było spoko, ale dla mnie za mało. Nie jestem usatysfakcjonowana, ponieważ liczyłam na coś o wiele lepszego. Niemniej, jeśli oceniać książkę młodzieżowym okiem, to pewnie młodszym odbiorcom się spodoba. Ba! Nawet jestem tego pewna. Dlatego Uwięzione polecam młodszym czytelnikom, starsi mogą nie czuć się z niej zadowoleni. 

środa, 14 czerwca 2017

"Bad Mommy. Zła mama" Tarryn Fisher

Dziękuję!

Jolene i Darius Avery są szczęśliwą parą, wspólnie wychowują kilkuletnią Mercy. Pewnego dnia do sąsiedniego domu wprowadza się tajemnicza Fig. Szybko zaskarbia sobie sympatię młodego małżeństwa i staje się nieodłączną przyjaciółką Jolene. Z czasem zachowanie Fig staje się coraz bardziej niepokojące – dom wypełnia identycznymi rzeczami jak u przyjaciółki, kupuje te same ubrania, a jej Instagram zawiera zdjęcia Dariusa...

Wiecie... Po przeczytaniu książki Margo, wiedziałam, że Fisher ma talent. Jednak nie pomyślałabym, że Bad Mommy sprawi, że nie będę widziała co mam myśleć o tej książce. Serio. Wow! Co tutaj się dzieje... Autorka ma psychopatyczne myśli i wylewa je na papier - to dobrze, bo wychodzi jej to rewelacyjnie! Powaga, nie wiem jak napisać tę opinię, żeby miała ręce i nogi. Ciężko zabrać się za omawianie tak psychopatycznej książki. Jedno wiem na pewno - chcę kolejną książkę tej autorki. Równie mocną, równie konkretną i równie zwariowaną. Najlepiej, już. TERAZ!

Chyba takiej książki jeszcze nie czytałam. Nie. Po głębszym zastanowieniu, należy wykreślić słowo "chyba". Na pewno nie czytałam takiej książki. Dlatego też śmiało i z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że Bad Mommy autorstwa Tarryn Fisher, jest książką oryginalną i na pewno nie zalicza się do schematycznych, przeciętnych i oklepanych. Co to, to nie. Jest to książka, która wzbudza w czytelniku całą masę (armagedon!) emocji. Zaczyna się od zdumienia, a kończy na niemocy. Powaga. Początek jest dość mocny, a potem jest już tylko moc moc i moc. A zakończenie? Hm... Zastanawiające i niepokojące, aczkolwiek, wcale mnie nie zdziwiło. Co w tym przypadku nie jest niczym złym, bo takie zaskoczenie tej książce się należało.

Książka jest podzielona na trzy części. Każdy bohater ma scenę dla siebie i pokazuje swoje oblicze. I powiem Wam jedno, na pewno się zdziwicie, jakie koszmarki skrywają główne postaci. Ja byłam mega zaskoczona, stąd moje przekonanie, bo wiecie... Mnie naprawdę ciężko zaskoczyć, jeśli chodzi o treść książek. A tutaj, bada bum! Także, spodziewajcie się niespodziewanego

.

Nerw mnie brał niejeden raz podczas czytania Bad Mommy, głównie na psycholkę Fig, niemniej Darius... Oj nieładnie...

Relacje między głównymi bohaterami są dziwne. Żeby rozwinąć swą myśl, musiałabym Wam zdradzić smaczki z treści, a tego nie zrobię. Po prostu sami musicie przeczytać i się przekonać. Niemniej, słowo "chore" pasuje do tej książki i niektórych relacji, jak ulał. Tego jestem pewna.

Serio, ta książka jest dziwna, jednak w swojej dziwności i inności jest niesamowita. Na pewno nie jest książką dla młodszej młodzieży, a i zastanawiam się czy dla tej ciut starszej młodzieży też się nadaje. Raczej nie bardzo. Bad Mommy, to książka raczej dla dojrzałego czytelnika, który ją zrozumie, odbierze tak, jak powinien i doceni.

Koniec końców, moja reakcja na całość, prezentuje się następująco:


 Dziękuję za uwagę i czekam na kolejne książki Fisher!

wtorek, 13 czerwca 2017

"Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci" Anna Kamińska


Dziękuję!

„Zginę w górach” — mówiła. Dotrzymała słowa — według dokumentów sądowych zmarła 13 maja 1992 roku. Dzień wcześniej zaginęła na górze Kanczendzonga w Himalajach. Jej śmierci nikt nie widział, jej ostatniego słowa nikt nie słyszał, jej ciała nikt nie odnalazł. Na początku XXI wieku do Izby Pamięci Jerzego Kukuczki zapukała para turystów, która twierdziła, że w jednym z klasztorów w Tybecie spotkała postać przypominającą zaginioną przed laty himalaistkę... Jej odejście, tak jak wiele zdarzeń z jej życia, do dziś pozostaje tajemnicą.
 Trzecia kobieta i pierwsza Europejka na Mount Evereście. Pierwsza kobieta, która zdobyła szczyt K2. Od małego słynęła ze „żmudzkiego” uporu. Szybko musiała dorosnąć, by wesprzeć matkę w domowych obowiązkach. Ojcu chciała z kolei zastąpić pierworodnego syna, który zginął śmiercią tragiczną. Najpierw dźwigała ciężar niełatwej historii rodzinnej, później sprawy „na dole” zawsze pozostawiała na drugim planie. Żyła od wyprawy do wyprawy. Nigdy nie zdecydowała się na macierzyństwo. Rozpadły się jej dwa małżeństwa. Najważniejsza była dla niej wolność. Jej prawdziwą miłością były góry.
Nieznane dotychczas dokumenty, niepublikowane wcześnie fotografie oraz bliscy, którzy po raz pierwszy zgodzili się na rozmowę. Po olbrzymim sukcesie książki Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak Anna Kamińska przybliża czytelnikom życie najsłynniejszej polskiej himalaistki. Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz to znacznie więcej niż biografia. To opowieść o pokonywaniu własnych demonów, przełamywaniu swoich słabości i o wielkiej, życiowej pasji, która, dając niebywałą siłę, może również spalać.
Zacznę od tego, że jak pewnie wiecie - nie przepadam za biografiami i tego typu książkami. Jednak, kiedy dostałam propozycję zrecenzowania niniejszej pozycji, coś mnie tknęło i powiedziałam sobie "to może być dobre". I wiecie co? To jest dobre. To jest kawał dobrej literatury i dla mnie coś zupełnie nowego. Może dlatego jestem pod jej wrażeniem? Jej urokiem? Możliwe, niemniej nie będę kwestionować swojego dobrego zdania na temat tejże opowieści. 

Gdzieś tam w życiu kilka razy słyszałam o Wandzie Rutkiewicz. Nie żebym była ignorantką, oczywiście wiedziałam kim pani Wanda była, nawet moja mama o niej kiedyś wspominała. Przeczytałam więc opis wydawcy i przekonałam się na własnej skórze, że historia  Wandy Rutkiewicz jest interesująca. Może nie od samego początku byłam pochłonięta lekturą. Może niektóre fakty wydawały mi się nużące i mało znaczące - przynajmniej dla mnie, bo na pewno nie dla bliskich pani Wandy! I zdaję sobie z tego doskonale sprawę. Niemniej koniec końców jestem pod wrażeniem tego, jak Anna Kamińska wszystkie fakty i historie zebrała w jedną całość, poświęciła temu czas i stworzyła coś naprawdę dobrego i ważnego. Szacunek! 

Wanda Rutkiewicz znana, odważna, "niezwyciężona" polska himalaistka. Dla mnie, jako osoby, która słyszała czy też czytała o niej krótkie i właściwie lakoniczne fakty, ta opowieść jest czymś nowym. Czymś zaskakującym, bowiem poznałam praktycznie całe życie tej słynnej aż po dziś dzień kobiety. Kobiety odważnej, stawiającej na swoim, której wielką pasją były góry. Pani Wanda już od małego różniła się od swoich rówieśniczek. Lubiła sport, trenowała lekkoatletykę... Właściwie czego w sporcie się nie chwyciła, wszystko jej wychodziło. Jednak Wanda Rutkiewicz przede wszystkim była piękną i skromną kobietą. I, jak to wspomina Andrzej Lange "chodziła jak kot, swoimi ścieżkami". 

W książce Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci nie tylko poznajemy życie pani Wandy. Poznajemy również jej rodzinę, przeszłość jej rodziców, to co wydarzyło się przed jej narodzinami, aż po jej śmierć. Wiele z tych faktów nie było wesołymi. Wiele było smutnych, a nawet, niepokojących. Podoba mi się to, jak idealnie autorka tejże biografii, dobrała tytuł do całej treści. Idealnie, naprawdę. Wiecie co jeszcze mi się podobało? Te wszystkie zdjęcia, coś jak cofnięcie się w czasie i pogląd na to, jak kiedyś wyglądał świat. Niemniej w tych zdjęciach jest  nie tylko historia, ale na nich dostrzegamy osoby, o których mowa w danym wątku. 

Nie wiem co jeszcze mogę napisać o tej książce... Anna Kamińska naprawdę wykonała świetną robotę. Opisała wszystko prostym, lekkim językiem, dzięki czemu książkę czyta się fantastycznie. Komu polecam niniejszą opowieść? Każdemu kto lubi biografie. Każdemu, kogo interesuje życie Wandy Rutkiewicz. Po prostu - polecam.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

"Flower, jak kwiat" Elizabeth Craft & Shea Olsen

Dziękuję!

Ona miała plan. Wtedy spotkała jego…
Osiemnastoletniej Charlotte nie w głowie chłopaki, randki i wielkie miłości. Ma jasno określony plan i dopnie swego. Pójdzie na studia, zrobi karierę, udowodni coś rodzinie, a przede wszystkim sobie. Przecież zawsze wiedziała, czego chce, a zwłaszcza, czego chce uniknąć – głupich, nastoletnich zauroczeń, złamanego serca, niechcianej ciąży. Gdy w jej życiu pojawia się ON, nagle o wszystkim zapomina…
A zjawia się znikąd. Wkracza do jej świata bez uprzedzenia czy pytania. Z dnia na dzień wywraca jej poukładane życie do góry nogami. Ale takim chłopakom się nie odmawia. Tate jest przystojny i pewny siebie. Ma niski, zmysłowy głos, za którym – jak się okazuje – kryje się niejedna tajemnica. Czy Charlotte go posłucha? (Którego głosu posłucha Charlotte? Tate’a czy swojego serca?)
Flower jest historią uczucia, które nie powinno rozkwitnąć. To zderzenie dwóch, zupełnie różnych światów. To w końcu miłość, która – jak zwykle – przychodzi niespodziewanie i przynosi ze sobą trzęsienie ziemi.

Flower, to przede wszystkim piękna w swej prostocie okładka. Te kolory, jeden kwiat, milusia faktura. Sam opis zaintrygował mnie już, kiedy zobaczyłam ją w zapowiedziach, ale ciągle nie było mi z nią po drodze. Aż w końcu, kiedy już wpadła w moje ręce, nie mogłam się jej oprzeć i czym prędzej się za nią zabrałam. Miałam pewne obawy co do schematyczności, bo w końcu opis narzuca, że jest to kolejna powieść o nieszczęśliwej miłości. I faktycznie tak jest, niemniej schemat, schematem, ale autorki zrobiły z niby schematycznej książki, coś fajnego, coś urozmaiconego... I coś, co bardzo mi się spodobało - przeczytałam ją w jeden dzień, tak dobrze mi się czytało!

Książka o miłości, jakich wiele - chciałoby się rzec. Można w niej znaleźć schematy, jak w każdej jednej książce. Można się czepiać "ale to już było". Można wiele rzeczy, ale po co, skoro Flower, jak kwiat jest fajną historią, która ma wiele ciekawych plusów? Ciekawe postaci, ciekawe zwroty akcji, ogólnie cała jest ciekawa. Co prawda czasami miałam udusić głównych bohaterów, no dobra! Nie udusić, ale tak troszkę poddusić, bo ewidentnie by im się to przydało. Niektóre ich decyzje były po prostu dziwne, ale suma summarum wszystko wychodziło tak, że byłam usatysfakcjonowana. Dlatego też, moi drodzy bohaterowie, wyszliście cało z opresji. Znajcie moją łaskę!

A tak poważnie, to bardzo polubiłam Charlotte i Tate'a. Sympatyczni, inteligentni, z poczuciem humoru młodzi ludzie, których historię czytało mi się z ogromną przyjemnością. Powiem więcej, ta relacja, jaka się między nimi utworzyła z początku trąciła dziecinadą, ale.... ALE! Było to bardzo urocze, więc nawet się tego nie będę czepiała. Z początku sądziłam, że będzie to powieść bardzo pozytywna i wesoła. Owszem taka jest, niemniej jest tutaj też kilka całkiem przykrych sytuacji, które mimo, iż nie wycisnęły ze mnie łez, to jednak mnie zaniepokoiły.

Flower, jak kwiat, to historia, która opowiada nam o obawie przed zranieniem. Opowiada nam o ponownym zaufaniu i oddaniu się drugiej osobie, o dawaniu szansy na lepsze życie... Może też niektórych zmusić do refleksji. Aczkolwiek, na pewno jest to przyjemna lektura na jeden wieczór, dzień. Weźcie ją pod uwagę, dajcie jej szansę i przekonajcie się sami!

czwartek, 8 czerwca 2017

"Belfer" Katerina Diamond


Dziękuję!
Bolesna. Porywająca. Makabryczna.
 Myślisz, że wiesz komu ufasz? Myślisz, że potrafisz odróżnić dobro od zła? Mylisz się…
Ciało dyrektora ekskluzywnej szkoły w Devon zostaje znalezione powieszone w auli. Kilka godzin wcześniej nauczyciel otrzymał paczkę i jedynie on potrafił zrozumieć milczące przesłanie, jakie z sobą niosła. Brzmiało ono: koniec. Gdy Exeter nęka fala przerażających morderstw, detektywi Imogen Grey i Adrian Miles muszą rozwiązać tę zagadkę, aby znowu zapewnić miastu bezpieczeństwo. Kiedy jednak zagłębiają się w pajęczynę korupcji, kłamstwa i wymuszenia, z każdym krokiem zbliżają się do ponurych tajemnic w samym sercu ich społeczności. A kiedy poznają motywy zabójcy, czy rzeczywiście będą chcieli go powstrzymać?

Miałam pewne oczekiwania odnośnie tego tytułu i wiecie co? Wszystkie się spełniły. Przyznać jednak muszę, że obawiałam się, iż mogę się zawieść, wszak ostatnio nie podchodziły mi żadne książki przed tym tytułem (nie sugerujcie się postami umieszczonymi przed tym). Belfer pokonał mą niemoc czytelniczą. Pomyślałam sobie wtedy "no wreszcie coś dobrego!". Autorka odwaliła kawał dobrej roboty, serio jestem pod wrażeniem zawiłości wydarzeń, tajemnicy i makabrycznych zbrodni. Po prostu, to jest to!

Kryminały ostatnio połykam jak pelikan. Kiedyś nie czytałam ich w takich ilościach, jak czynię to obecnie. Mam ich na swoich półkach wiele, a na czytniku jeszcze więcej. Jak sami wiecie, czytam przeróżne gatunki, nie trzymam się jednego, bo... Po co?  Nie potrafię? Czemu mam się ograniczać? I przede wszystkim, bo lubię.

Książka Belfer przykuła mą uwagę okładką i opisem, przyznam, że wcześniej o niej nie słyszałam. O zgrozo! Dlaczego, skoro jest taka dobra?! Nie rozumiem, ale może jeśli zachęcę Was do lektury i podzielicie moją opinię na jej temat, więcej ludzi o niej usłyszy. A wierzcie mi, naprawdę warto się z nią zapoznać. Dlaczego? Ano dlatego...

Przede wszystkim bardzo dobrze stworzeni bohaterowie, misternie uknuta tajemnica, świetne i nieprzesadzone opisy zbrodni, miejsc i wydarzeń. Wszystko przedstawione w inteligentny i niebanalny sposób. Ktoś zna Milczenie owiec? Lubi? Moi drodzy, na skrzydełku przeczytałam, że książka Diamond została okrzyknięta nowym Milczeniem owiec. W dodatku nie mogę uwierzyć w to, że Belfer jest debiutem autorki. Po prostu nie mieści mi się to w głowie! Wszystko jest tak przemyślane, że poważnie... Sądziłam, iż książkę napisała doświadczona w kryminałach pisarka. A tutaj taka niespodzianka.

Nie rozpisuję się nad treścią ponieważ, nie mam zamiaru zdradzać więcej, aniżeli w opisie wydawcy. Nie chcę psuć Wam smaczku z odkrywania tajemnicy tej książki. Aczkolwiek jedno mnie zasmuciło, mianowicie przewidziałam kto, co i dlaczego. To jedyny minus (dla niektórych duży). Niemniej nie zepsuło mi to przyjemności z czytania. Nic, a nic.

Belfer, to książka, która może Wami wstrząsnąć. Nie należy do lekkich, w końcu ma ona za zadanie przerazić czytelnika i wprawić go w niepokój. Mam nadzieję, że po nią sięgniecie, bo ja Wam ją gorąco polecam!

środa, 7 czerwca 2017

"Tysiąc pocałunków" Tillie Cole

Dziękuję!

Wyobraź sobie, że otrzymujesz tysiąc małych karteczek i masz wypełnić je najpiękniejszymi momentami swojego życia…
 Jeden pocałunek trwa chwilę. Tysiąc pocałunków może wypełnić całe życie.
 Chłopak i dziewczyna. Uczucie powstałe w jednej chwili, pielęgnowane później latami. Więź, której nie był w stanie zniszczyć ani czas, ani odległość. Która miała przetrwać już do końca. A przynajmniej tak zakładali.
 Kiedy siedemnastoletni Rune Kristiansen wraca z rodzinnej Norwegii do sennego miasteczka Blossom Grove w stanie Georgia, gdzie jako dziecko zaprzyjaźnił się z Poppy Litchfield, myśli tylko o jednym. Dlaczego dziewczyna, która była drugą połową jego duszy i przyrzekła wiernie czekać na jego powrót, odcięła się od niego bez słowa wyjaśnienia?
Serce Rune’a zostało złamane, gdy dwa lata temu Poppy przestała się do niego odzywać. Jednak, gdy chłopakowi przyjdzie odkryć prawdę, jego serce rozpadnie się na nowo.

Uwielbiam książki wydawnictwa Filia. Uwielbiam to, w jakich szatach graficznych wydają swoje książki (szkoda, że nie w twardych, albo chociaż ze skrzydełkami, ale co zrobić!). O książce Tysiąc pocałunków słyszałam i czytałam wiele. Same pozytywy i to, żebym przygotowała się w tony chusteczek, bo ta historia, to wyciskacz łez. Nie myślałam, że po Promyczku coś wyciśnie ze mnie tyle łez, a jednak. Wiecie... Tillie Cole potrafiła mnie wzruszyć swoją poprzednią książką Raze, tyle, że była to mocna historia okraszona sporą dawką erotyzmu. A tutaj? Bum bum i czyste uczucia, bez siły, bez przemocy, bez wulgaryzmów... Coś pięknego, ciepłego, smutnego i wzruszającego. Naprawdę jestem zakochana w tej książce.  

Początek mnie oczarował totalnie. Można powiedzieć, że przepadłam już od pierwszych stron. Chociaż, gdzieś tak pośrodku tejże powieści coś mi nie zagrało. Sama nie wiem co, ale było coś nie tak. Jakiś zgrzyt pomiędzy moim odbiorem a treścią. Niemniej było to chwilowe niedogranie, bowiem chwilę później oczy mi się zaszkliły, serce mocniej zabiło i wszystko wróciło do normy. Prócz moich emocji. Tillie Cole roztrzaskała moje serce... Nie sądziłam, że jej się to powiedzie, a jednak. Wszystkie słowa na temat tego, że Tysiąc pocałunków łamie serca i wyciska łzy, były prawdziwe! Chociaż w zasadzie nie wylałam potoku łez, to jednak wewnętrznie zadziało się naprawdę wiele.

On: wojownik od małego. Wiking jak się patrzy, silny charakter, upartość, powaga, mroczność, tajemniczość, chęć walki o swoje. 
Ona: niewinna, słodka, spokojna, subtelna, urocza dziewczyna o wielkim sercu, które należy tylko do Niego. 
Łączy ich wszystko, a dzieli przeszłość, którą da się pokonać. Jednak jest coś, czego pokonać się nie da. Utracony czas i brak czasu - te dwa czynniki sprawiają, że kluczowy wątek tak bardzo zagra na uczuciach czytelnika. Ogarnie go pewna niemoc, żal, smutek... A może nawet nadzieja? Cholera jasna! Cole, tak się nie robi no! Nawet pisząc tę opinię serce mnie boli, kiedy przypominam sobie ostatnie strony. Tak się po prostu nie robi.

Tysiąc pocałunków, to historia jakich niewiele. Historia, która jest tak prawdziwa, jakby napisało ją życie. Każda szanująca się romantyczka powinna ją przeczytać. Oczywiście przygotować się w chusteczki, bo mogą się przydać, w ramię - gdzieś trzeba się wypłakać i przygotować na pogrom emocji - to nieuniknione. 

Jest to cudowna, urocza i smutna historia dwojga zakochanych i oddanych sobie całkowicie osób. Historia, która mówi nam, jak wielka jest moc miłości i oddania. Jak ważne są obietnice i jak ważne jest to, by je dotrzymać. Rune i Poppy pokażą Wam jak to wszystko powinno wyglądać, tyle, że coś im przeszkodzi. Czy jest to książka z happy endem? I tak, i nie. Zależy jak odbierzecie lekcję życia, jaką da Wam autorka wraz ze swoimi bohaterami. Ja cholernie mocno Wam ją polecam!

wtorek, 6 czerwca 2017

"Boskie lato" Denise Hunter

Dziękuję!

Historia skłaniająca do śmiechu, wzruszająca do łez. I uczucie – bardzo problematyczne...
 Madison McKinley straciła najbliższą osobę – brata bliźniaka. Czy można uporać się z taką tragedią? Pomimo wsparcia ze strony rodziny i satysfakcji, jaką czerpie z pracy weterynarza, śmierć Michaela wciąż prześladuje ją w snach. Znała jego myśli i pragnienia tak, jakby były jej własnymi. Starając się odnaleźć ukojenie, postanawia spełnić niedoszłe marzenie brata i wygrać doroczne regaty na rzece Ohio. Jest gotowa pokonać wszelkie przeciwności, a nawet stoczyć walkę z własnymi lękami, potrzebować będzie tylko kogoś, kto pomoże jej poznać tajniki szybkiego pływania łodzią. A któż nadawałby się do tego lepiej niż Beckett O’Reilly? Nie cieszył się wprawdzie dobrą reputacją, ale do spełnienia wytyczonego celu wydawał się być idealnym człowiekiem. Nic ich przecież nie łączyło i oboje mogli się skupić tylko na nauce żeglowania.
 Wbrew jej woli przeszłość nie daje jednak o sobie zapomnieć, a z każdym dniem gorącego lata uczucie silniejsze niż zwykłe koleżeństwo coraz bardziej zbliża ich do siebie.
Czy Madison uda się wykrzesać dość siły, by spełnić marzenie brata? A może tajemnica, którą skrywa przed nią Beckett, zniszczy w zarodku ich kiełkującą miłość? Z jakimi wyzwaniami przyjdzie jej się jeszcze zmagać?

Boskie lato, to kolejna książka Denise Hunter, która trafiła do mojego serca. Jednak wciąż na pierwszym miejscu jest  Taniec ze świetlikami, który notabene jest drugą częścią Boskiego lata. Tak, jak to ja, zaczęłam od tomu drugiego, ale! Ale nie ma tego złego, niczego sobie nie zaspoilerowałam, a nawet powiem Wam, że cieszę się, iż właśnie od Tańca ze świetlikami zaczęłam. Ot, co!

Boskie lato (jak każda książka Hunter), to idealna powieść dla romantyczek i kobiet, lubiących miłosne opowieści. Miłosne, ale nie byle jakie, i bez polotu. Co to, to nie. Każda książka Hunter jest interesująca i każda ma w sobie coś innego, co może przypaść do gustu wielu kobietom. Mnie jak na razie podobała się każda jej książka. Od Tańca ze świetlikami, przez Jak płatki śniegu... aż do Boskiego lata. A przede mną Uciekająca narzeczona, której jestem niezmiernie ciekawa i czuję, że spodoba mi się równie mocno! Także śmiało powiedzieć mogę, że... Powieści Denise Hunter mają to coś!

W tej książce poznajemy trudy pogodzenia się z utratą bliskich. Poznajemy sytuacje, w których opinia innych potrafi człowiekowi dowalić. Są też sytuacje w których bohaterowie postawieni są w trudnych sytuacjach, jak - miłość czy rozum. Duma czy poryw serca. Główna bohaterka będzie poddana ciężkiej próbie, będzie musiała też przezwyciężyć strach (nie byle jaki, coś o nim wiem!) i odważnie podejść do pewnego zadania.

Jeśli chodzi o bohaterów tejże książki, to nie znalazłam takiej, której bym nie polubiła. Główna bohaterka, pomimo tego, że ciutkę czasem mnie denerwowała, to i tak zaskarbiła sobie moją sympatię. Jeśli chodzi o pana B. kupił mnie całkowicie. Nie wiem, po prostu facet ma w sobie coś takiego, co sprawia, że nie da się go nie lubić. Przynajmniej ja nie potrafię. Cała rodzina Madison jest świetna, zżyta ze sobą i oddana, co zauważyłam w Tańcu ze świetlikami. Lubię takie nieprzerysowane relacje, prawdziwe, jakby z życia wyciągnięte. Dzięki temu czuję się tak... Swojsko (?) czytając takie książki. I taki właśnie swojski klimat zaserwowała po raz kolejny Hunter. Za to między innymi ją sobie cenię.

Miłość, walka z przeszłością, cierpienie, walka z przeciwnościami losu, mierzenie się z własnymi słabościami, oddanie, czyste uczucia... I wiele więcej! To wszystko w Boskim lecie znajdziecie (nie czuję, jak rymuję). Jestem zadowolona z lektury i za chwilę sięgam po kolejną książkę autorki. To chyba uzależnienie!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

"Chemia naszych serc" Krystal Sutherland

Dziękuję!



Henry Page nigdy nie był zakochany. Jako beznadziejny romantyk, wyobraża sobie to słynne kołatanie serca, miłość w stylu „nie mogę jeść, nie mogę spać” i ma nadzieję na właśnie taki obrót wydarzeń – mimo że jeszcze żadna z tych rzeczy mu się nie przytrafiła. Zamiast tego był szczęśliwy skupiając się na swoich ocenach, dostaniu się do college’u z Ligi Ivy i w końcu na zostaniu redaktorem szkolnej gazetki. Ale wtedy, do jego klasy weszła Grace Town i Henry już wiedział, że od tego momentu wszystko zacznie wyglądać inaczej.
 Grace zdecydowanie nie jest typem wymarzonej dziewczyny Henry’ego – chodzi z laską, nosi męskie, za duże ciuchy i wygląda tak, jakby rzadko widywała się z prysznicem. Ale kiedy Grace i Henry zostają wybrani, aby razem pracować nad szkolną gazetką, chłopak z dnia na dzień czuje się coraz bardziej zauroczony. To oczywiste, że Grace coś się kiedyś przytrafiło, ale to sprawia, że dla Henry’ego jest jeszcze piękniejsza. Nie chce niczego więcej niż pomóc się jej poskładać na nowo.
To nie jest typowa historia o chłopaku, który spotyka dziewczynę. Wspaniały debiut Krystal Sutherland to łamiąca serce opowieść, która stanowi przypomnienie o słodko-gorzkiej pierwszej miłości.

Kolejna książka klimatem łudząco przypominająca książki Greena. Nie twierdzę, że to źle! Absolutnie nie. Chociaż klimat podobny, wątek może też trochę, ale inaczej przedstawiony. Właściwie w większości książek młodzieżowych wątki są schematyczne, dlatego nie będę się czepiać. Przyznać muszę, że tęskniłam trochę za takim melancholijnym klimatem i cieszę się, że autorka stworzyła go IDEALNIE w punkt. 

Słodko - gorzka miłość bez happy endu? Wchodzę w to! Chociaż już raz pewne wydawnictwo obiecywało brak happy endu, a okazało się to ściemą, tak wydawnictwo Dolnośląskie nie okłamuje swoich czytelników.
Na początku lektury pomyślałam sobie "na pewno przewidzę co się stanie" i wiecie co? Pomyliłam się. Autorka stworzyła świetne postaci, zaskakujące wydarzenia, smutny obraz pierwszej i niekoniecznie szczęśliwej miłości - tutaj nowość, bo ostatnio czytałam kilka powieści z wątkiem miłosnym i każda była urocza. W Chemii naszych serc nie ma takiego typowego uroku. Jest natomiast niepewność, smutek, żal... Jakaś odmiana po przeczytaniu kilku fajnych, ale jednak słodkich miłosnych książek. Za to oczywiście plus! W zasadzie ostatnio niewiele wpadło w moje ręce tak ciekawych i innych powieści...

Bohaterowie, to nastolatkowie, których nie można nazwać zwyczajnymi. Absolutnie nie. Henry ma ponadprzeciętną osobowość, jak i wyszukany humor. Natomiast Grace... Ona jest tą bardziej skomplikowaną istotą. Ciężko jest ją rozgryźć i poznać do końca. Kiedy już myślałam "ha! przejrzałam cię, Grace Town" ona pokazywała mi figę z makiem i było mi głupio. Główni bohaterowie są wyraziści i nie da się ich nie polubić. A co z tymi pobocznymi? Przyjaciele Henry'ego to jest dopiero paleta barw! Muz - zwariowany niechluj, który rozbrajał mnie za każdym razem, kiedy otwierał buzię. Lola, lesbijka, która ma cięty język i zazwyczaj spełnia swoje groźby oraz robi to, co mówi... Kiedy zaczynały się dialogi, to ja wymiękałam. Serio. Tak więc, postaci również na plus. 

Pierwsza miłość bywa albo lekka i przyjemna, czasami bywa tą ostatnią, aż po kres. A czasami bywa na początku słodka jak malina, a później okazuje się, że ta malina nie była wcale taka słodka, a już na pewno nie była dojrzała. Jeśli chodzi o bohaterów książki Krystal Sutherland, ciężko mi określić, jaka jest ta miłość dwójki głównych bohaterów. Jest słodko - gorzka, jak zaznaczył wydawca - to na pewno. Jednak jest w niej coś, co ciężko jest mi zobrazować słowami... Chyba sami będziecie musieli się przekonać, czytając Chemię naszych serc. Niemniej, autorka bardzo fajnie, dosadnie i emocjonująco przedstawia nam relacje pomiędzy bohaterami. 

Nie pomyślcie sobie, że ta książka to sama melancholia. Nie! Jest tutaj tak wiele ciepła i świetnego humoru, że głowa mała. Serio, ja non stop parskałam śmiechem. Te teksty, dialogi... Bomba! 

Chemia naszych serc, to książka o młodzieży, ale nie tylko dla młodzieży. Osobiście polecam ją każdemu. Wiem, że wiele dorosłych osób uwielbia książki młodzieżowe - sama jestem dobrym przykładem. Dlatego polecam ją każdemu, kto tylko ma na nią ochotę. Uważam, że naprawdę warto się z nią zapoznać. 

sobota, 3 czerwca 2017

"Cisza" Erling Kagge

Dziękuję!



Czym jest cisza?

Cisza jest tym, co każdy ma w sobie. Wystarczy to tylko odnaleźć, a przede wszystkim, chcieć się temu oddać. Autorowi nie chodzi o wszechogarniającą ciszę, taką dosłowną - zero dźwięków. Raczej (a przynajmniej ja to tak rozumiem) chodzi o spokój, wyciszenie się w sobie. Owszem, ciągłe telefony, przeróżne dźwięki, rozmowy nam to uniemożliwiają, ale jeśli słuchamy muzyki i skupiamy się na sobie... Na własnych myślach, to uważam, że to jest dobre wyciszenie. Ja sama po sobie wiem, jak dobra i spokojna muzyka potrafi mnie wyłączyć. Czy nawet wypad na łono natury, gdzie nie ma miejskiego zgiełku, ciągłego szumu silników samochodowych i głośnych rozmów, potrafi sprawić, że oczyszczam umysł. Właśnie o taką ciszę chodzi autorowi. Ciszę, którą musimy sami znaleźć w sobie i po prostu oddać się temu błogiemu uczuciu.

A dlaczego jest ona taka ważna we współczesnym świecie?

Chociażby ze względu na tempo, w jakim żyjemy. Ciągła bieganina, nawet nie ta dosłowna, tylko bieganie za tym, co mają inni. Ciągłe poszukiwanie czegoś "lepszego", dążenie do lepszej pozycji zawodowej, życiowej... A czasami myślę, że to wszystko narzucone jest z góry -  te wszystkie hasła reklamowe, trendy, nawoływania. Człowiek czuje się zagubiony, kiedy z każdej strony rzucane są sprzeczne aluzje. Często ciężko mu się odnaleźć w świecie. Słyszy się o różnych problemach psychicznych, chorobach cywilizacyjnych, samobójstwach, targnięciach na własne życie. Nawet na życie bliskich. Dobrze byłoby, gdyby każdy z nas, znalazł dłuższą chwilę dla siebie. Odizolował się od tej propagandy, oddał się ciszy i przemyślał to, czy rzeczywiście warto tak gnać do przodu, nie patrząc na to, że może to co ma, jest wystarczające aby być szczęśliwym. 

Jeśli jesteście ciekawi, jak autor widzi ciszę i jak ją przedstawia w tej pięknie wydanej, mądrej książce, to zachęcam Was do sięgnięcia po nią. W dobie, gdzie takie książki mogą uświadomić człowiekowi wiele rzeczy, warto się w nią zaopatrzyć. Ja mocno Was do tego zachęcam. Oddajmy się tej lekturze w tytułowej Ciszy. Oddajmy się refleksji i zastanówmy, co jest ważne... Być może wiele rzeczy nam umyka, a dzięki tej książce będziemy zwracać nań uwagę. 

"Najmroczniejszy sekret" Alex Marwood

Dziękuję!

Najnowszy thriller psychologiczny zdobywczyni prestiżowej nagrody Edgar Award oraz Macavity Award for Best Mystery Novel 2015.
Sean Jackson hucznie obchodzi swoje pięćdziesiąte urodziny. Impreza kończy się jednak katastrofą i wielkim skandalem, gdy jedna z jego córek, Coco, w tajemniczych okolicznościach znika w środku nocy. Dwanaście lat później, po nagłej śmierci Seana, człowieka niezwykle zamożnego i wpływowego, na pogrzebie spotykają się Mila, córka z pierwszego małżeństwa, i Ruby, nastoletnia siostra bliźniaczka zaginionej przed laty Coco. Gdy docierają do domu, gdzie ich ojciec mieszkał ze swoją czwartą żoną, orientują się, że wszyscy obecni byli również gośćmi na pamiętnym tragicznym przyjęciu sprzed lat. Nagle są o krok od rozwiązania zagadki, która zaważyła na całym ich życiu. Mroczne sekrety z przeszłości wreszcie ujrzą światło dzienne. Jakie tajemnice kryją się za zamkniętymi drzwiami domu Jacksonów?

Lubicie powieści kryminalne i thrillery psychologiczne? Jeśli tak, to koniecznie musicie przeczytać Najmroczniejszy sekret, bo z całą pewnością jest to świetny thriller! Nie możecie sobie go odpuścić. 

Dwie dziewczynki, bliźniaczki. Nie do odróżnienia... Jedna impreza, jeden wieczór i straszna tragedia. Co wydarzyło się w tym domu? Dlaczego jedna z dziewczynek zniknęła w tajemniczych okolicznościach? Brak włamania, brak jakichkolwiek śladów. Ogólnie - brak tropu.

Od samego początku byłam bardzo, ale to bardzo zainteresowana niniejszą książką, rozwikłaniem tej mrocznej sprawy. Dlatego czytałam ją przez cały czas z zapartym tchem. Ta wielowątkowa historia mrozi krew w żyłach. Zatraciłam się całkowicie w treści tej książki! Chciałam rozwikłać sprawę, dowiedzieć się, jaką tajemnicę mają bohaterowie - jak się okazało, mają ich sporo. Chciałam sprawdzić, jaka relacja połączy (z biegiem fabuły relacje się zmieniają) poszczególnych bohaterów. Jednak to, co odkryłam, było wstrząsające! Poważnie, szczena mi opadła do podłogi... Ciągle myślę o tym, co spotkało malutką Coco.

Autorka rewelacyjnie prowadzi fabułę. Podzieliła ją na przed i po, dzięki czemu mamy wgląd w to, co wydarzyło się w owym, feralnym czasie, oraz w to, co dzieje się w czasie rzeczywistym. W pewien sposób, właśnie taki zabieg pozwoli nam zrozumieć pewne wydarzenia i decyzje bohaterów Najmroczniejszego sekretu. Jeśli o mnie chodzi, to jestem zadowolona, że autorka właśnie tak postanowiła przedstawić wydarzenia. A zrobiła to rewelacyjnie, trzymając czytelnika w napięciu, w niepewności... Tworząc sekrety i intrygi, jeszcze bardziej wciągając go w treść. Jak dla mnie - bomba!

W tej książce dzieje się naprawdę wiele, nie znajdziecie czasu na nudę, więc przygotujcie sobie coś dobrego do zjedzenia, coś do picia i oddajcie się lekturze. Mam nadzieję, że wciągnie Was tak samo jak mnie i spodoba Wam się chociaż w podobnym stopniu, jak i mojej skromnej osobie. Ja gorąco polecam, bo nie może być inaczej! 

czwartek, 1 czerwca 2017

"Lato Eden" Liz Flanagan


Dziękuję!
 "Lato Eden", pełna napięcia i emocji opowieść o przyjaźni, stracie, zdradzie i odkrywaniu własnej tożsamości, porusza do głębi i nie pozwala o sobie zapomnieć.
***
Ten dzień zaczął się normalnie. Wstałam, zrobiłam sobie kreski eyelinerem, naciągnęłam rękawy na tatuaże i poszłam do szkoły.Brzmi znajomo?
Wkrótce jednak okazało się, że to nie będzie zwykły dzień
Nieśmiała gotka Jess i śliczna, uwielbiana przez wszystkich Eden są niemal nierozłączne. Wiedzą o sobie wszystko. Nagle Eden znika, a Jess wie, że musi ją odnaleźć. Postanawia poszukać wskazówek, idąc śladami spędzonego wspólnie lata, podczas którego wiele się w życiu przyjaciółek zmieniło. Ta wycieczka w przeszłość zmusza Jess do przyjrzenia się z bliska wielu tajemnicom: sekretom, które Eden ukrywała przed nią, ale też sprawom, które sama zataiła przed Eden. Do Jess dociera, że chyba jednak nie znają się tak dobrze, jak jej się wydawało.
 Przed Jess coraz więcej znaków zapytania, a zegar tyka, prawdopodobieństwo odnalezienia Eden żywej spada z minuty na minutę.
Czy zdąży na czas?

 Kiedy sięgałam po Lato Eden nie widziałam czego mam się spodziewać. Nie zagłębiałam się w opis, nie zaznajomiłam się z żadną opinią, nie chcąc zepsuć sobie smaczku odkrycia treści. W dobie spoilerów, aż strach cokolwiek czytać. Niemniej, gdzieś tam, sądziłam, że będzie to lekka i zabawna powieść - patrząc na cudną okładkę, osadzoną w typowo letniej scenerii można dać się zwieść. Lato Eden okazało się bardzo fajnym, całkiem lekkim, młodzieżowym dramatem. W zasadzie po połowie książki pomyślałam sobie "to jest to!". Książka jest podzielona na trzy części + epilog. Pierwsza była fajna, druga spoko, ale ta trzecia, to było to. 

Styl Flanagan porównałabym z melancholijnym stylem Johna Greena - młodzież po przejściach, szukająca swojego prawdziwego "ja". Wszystko napisane nieskomplikowanym i przyjemnym językiem, dostosowanym do wieku odbiorcy (młodzież, ale nie tylko!). 

Poznajemy dwie nastolatki, Eden i Jess. Są najlepszymi przyjaciółkami, chociaż tak bardzo różnią się od siebie, to jedno je łączy - traumatyczne przeżycie. Chociaż osobiście, tytułowa Eden działała mi strasznie na nerwy. Rozwydrzony bachor. Jess tyle dla niej zrobiła, chociaż sama przeszła o wiele gorsze wydarzenia aniżeli Eden, a tej ciągle coś nie pasowało. Wielce panna uciśniona się znalazła. Niemniej... Jess i Eden są sobie jak siostry, jedna bez drugiej nie istnieje, a przynajmniej tak to odbieram po przeczytaniu lektury. Czy polubiłam bohaterów tej książki? Jeśli chodzi o Jess, owszem. Natomiast Eden nie polubiłam wcale - szkoda. 

Tytułowa Eden znika i nikt nie wie gdzie dziewczyna jest. Co się z nią stało, dlaczego nagle zniknęła? Odpowiedzi na te pytania poznajemy strona po stronie i to jest fajne. Autorka postawiła wiele wydarzeń pod znakiem zapytania, a my, wczuwając się w treść, rozwiązujemy sprawę. Co prawda, można się kilku rzeczy domyślić, ale to jak w każdej książce. Podoba mi się właśnie ten element detektywistyczny - poszukujemy rozwiązań i wraz z Jess, odnajdujemy Eden. Jednak żywą czy martwą? Tego musicie dowiedzieć się sami!

Lato Eden, to przyjemna i wciągająca młodzieżówka. Jestem zadowolona z lektury, a okładka jest taka śliczna! Skusicie się?