Moi Drodzy, na wstępie chcę Wam podziękować za to, że jesteście, że czytacie moje teksty - a kiedy ich nie ma zbyt długo, to piszecie do mnie wiadomości. Dzięki temu wiem, że Wy też chcecie abym była :) Przechodząc do drugiej części niniejszego posta....
Chcę Wam życzyć spokojnych, pełnych ciepła rodzinnego i wesołych Świąt Bożego Narodzenia!
Życzę Wam również, abyście znaleźli pod choinką mnóstwo wymarzonych prezentów, tych książkowych i nieksiążkowych. Niech pozytywna energia Was nie opuszcza! Pozdrawiam Was cieplutko! Szkoda, że śniegu nie ma. Jednak nic straconego! Będzie na Wielkanoc ;)
To chyba pierwszy taki mój post, w którym piszę minimalistyczne opinie o kilku przeczytanych przeze mnie niedawno pozycjach. Nie wiem czy to się sprawdzi. Wiem jedno, takie posty będą rzadkością. Po prostu nie mogę znaleźć ostatnio czasu, żeby napisać Wam pełnowymiarową opinię na temat każdej z tych pozycji. Dlatego robię to tak, a nie inaczej. Kilka osób pisało do mnie na maila, dlaczego ostatnio moje posty pojawiają się tak rzadko i, że chciałyby poznać moje zdanie na temat tej czy innej pozycji. Piszę rzadko ponieważ nie mam tyle czasu ile chciałabym mieć. A jak już go mam, to jestem albo zbyt zmęczona, żeby napisać coś konkretnego co miałoby ład i skład. Albo imam się innych zajęć. Niemniej nie chcę zostawić bez odpowiedzi tych, którzy czekali na kilka moich słów o danych książkach. Dlatego chętnych zapraszam do zapoznania się z moją minimalistyczną opinią na temat kilku pozycji.
Pradawna magia jest wygłodniała. Jeśli nie będziesz uważać, pochłonie i ciebie. Kiedy Cerise dorastała wmawiano jej, że magia to dar, rzadki talent, który w oczach dziewczyny najczęściej okazywał się kajdanami. Jej opinia ulegnie zmianie, gdy będzie musiała zmierzyć się z agentami Dłoni.
Rubież to dziwne miejsce wciśnięte między dwie krainy. Z jednej strony znajduje się Niepełnia, pozbawiona czarów sfera technologii, zasad i papierologii - miejsce w którym William zarabiał na życie. Po drugiej leży Dziwoziemia rządzona prawami magii, gdzie władają rody o błękitnej krwi. Choć tam urodził się William, był w niej wyrzutkiem i skazańcem. Rubież zaś nie należała do żadnego ze światów. Idealne miejsce dla kogoś, kto nigdzie nie pasował. Gdy skrzyżują się ścieżki Williama i Cerise, polecą iskry. Tych dwoje musi jednak podjąć współpracę, by odnieść sukces i... przeżyć.
To druga część cyklu "Na krawędzi", która okazała się niestety nieco słabsza od poprzedniej. Pamiętam jak byłam zachwycona tomem pierwszym. Tutaj możecie o nim poczytaćKLIK Jeśli chodzi o kontynuację, to owszem podobała mi się, jednak czasem wiało nudą, było przewidywalnie i niewiele mnie zachwyciło. Niemniej i tak traktuję tę serię jako ulubioną, bo duet Andrews tworzy genialne dzieła! Stworzenie ciekawego świata, kreacja bohaterów i narzucony im cel - co do tego nie mam żadnego "ale". Po prostu czegoś było mało. Rose i Declan z poprzedniej części byli moimi ulubieńcami i brakowało mi ich w tej części. Cerise i William są sympatyczni i ich również polubiłam, ale to już nie to samo... Moje słowa nie zmieniają jednak faktu, iż trylogię polecam!
Ile jest w stanie zrobić matka, by ochronić własne dziecko?
Jedynym marzeniem ośmioletniej Sophie Donohue jest być jak inne dziewczynki. Jej matka Janine z ociąganiem zgadza się, by córka razem z zastępem zuchów pojechała na dwudniowy biwak. Dziewczynka z wyjazdu nie wraca.
Wbrew swym pragnieniom Sophie nie jest jednak zwykłą ośmiolatką. Cierpi na rzadką chorobę, a Janine, podejmując ostatnią próbę uratowania jej życia, wpisała córkę na eksperymentalną terapię, pomimo ostrych sprzeciwów swoich rodziców i byłego męża. Bez leku Sophie długo nie przetrwa; matczyna intuicja podpowiada Janine, że jej córka żyje, ale czasu jest niewiele.
Głęboko w lasach Wirginii toczy się inny dramat. Sophie znajduje schronienie w chacie Zoe, która walczy o uratowanie własnej córki, skazanej za morderstwo. Dręczona wyrzutami sumienia, że nie poświęcała Marti czasu, kiedy ta była mała, bo bez reszty zajmowała się własną karierą aktorską, teraz przygotowała plan ucieczki córki z więzienia, któremu poważnie zagraża pojawienie się Sophie. Obie matki, Zoe i Janine, z wielką determinacją dążą do uratowania swych córek, ale może się to udać tylko jednej z nich. "Szansa na życie", to pierwsza książka Diane Chamberlain, którą miałam przyjemność czytać. Wiele dobrego słyszałam o jej dziełach, więc tylko kwestią czasu było, aż sięgnę po którąś z jej powieści. Padło na "Szansa na życie". Zachwycona nie jestem, ale książka fajna. Poruszająca, dramatyczna, ciepła. Czasami monotonna, ale nie narzekam, bo takie książki w spokojnej tonacji też trzeba czasem przeczytać. Chamberlain obrała sobie trudny temat, bo nie dość, że zaginięcie dziecka, to jeszcze poważnie chorego. Świetnie ukazała nam emocje rodzica w sytuacji, gdzie ten zastanawia się czy jego dziecko jeszcze żyje, co się z nim stało i, czy się odnajdzie. Nadzieja, ból towarzyszący niewiadomej i strata - to chyba najmocniej odczuwalne uczucia... Książka trzyma w napięciu od samego początku. Kiedy tylko ją odkładałam, ciągle kusiło mnie żeby przeczytać jeszcze jeden rozdział. Tak mnie wciągnęła. W swoich zbiorach mam jeszcze cztery inne książki tej autorki i mam zamiar się za nie niebawem zabrać.
Współczesna opowieść młodej, amerykańskiej autorki o trudnej, lecz nieuchronnej miłości, o namiętności, która pojawia się na przekór okolicznościom i zdrowemu rozsądkowi. Parę bohaterów, studentów uniwersytetu, z pozoru dzieli tak wiele, że nie wydaje się możliwe, aby kiedykolwiek mogli być razem. Dziewiętnastoletnia Abby Abernathy podjęła studia z dala od domu rodzinnego, żeby zapomnieć o przeszłości u boku matki-pijaczki i cieszącego się złą sławą ojca, nałogowego hazardzisty. Chcąc w nowym miejscu rozpocząć nowe życie, nie wyjawia nikomu tajemnicy swojego dzieciństwa. Nie pije, nie przeklina, pilnie się uczy. W miejsce burzliwej przeszłości pragnie stabilnej egzystencji. Travis Maddox pozornie uosabia wszystko to, od czego planowała uciec: brutalną siłę i niefrasobliwość. Przystojny, umięśniony, wytatuowany, uczestniczy w nielegalnych walkach bokserskich, jakie odbywają się w podziemiach uczelni, i słynie z podrywania dziewczyn na jedną noc. A jednak, mimo dzielących ich różnic, Abby i Travisa od początku przyciąga do siebie niewidzialna, niewytłumaczalna siła.
"Piękna katastrofa" to idealny tytuł dla tej książki. Dlaczego? Ponieważ zaliczam tę pozycję do beznadziejnych. Szkoda marnować na nią swój cenny czas. Do bólu przewidywalna. Zupełnie nieoryginalna - mam nawet wrażenie, że to zlepek różnych książek umieszczony w jednej. Postaci bez krzty życia. Teksty przeciętne. Wątek miłosny... aż brak mi słów. Nie polecam!
Zaznaczę również, że nie piszę opinii na temat każdej przeczytanej przeze mnie książki, bo takie pytania również padły :) Dlaczego nie w każdym poście mam pod książką logo wydawnictwa? Ponieważ opiniuję również książki własne, zakupione przeze mnie dla mnie. Nie każdy kto ma bloga książkowego pisze na nim (tylko) recenzje książek, które otrzymał od wydawnictw. Jak możecie zauważyć, wiele moich postów nie ma logo wydawnictw, a co za tym idzie - nie dostałam ich, a sama zdobyłam.
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się maili od Was. Naprawdę miłe zaskoczenie, bo teraz upewniliście mnie, że zależy Wam na moich tekstach :) Niezmiernie mi z tego powodu miło. Dziękuję, że jesteście!
UWAGA! Książka była wcześniej wydana pt.: "Na końcu tęczy".
Po wzruszającym "PS Kocham Cię" następna powieść Cecelii Ahern została przeniesiona na srebrny ekran. W rolę Rosie wcieliła się Lily Collins, doskonale znana z filmów "Królewna Śnieżka", "Dary Anioła: Miasto kości" czy "Porwanie", Alexa zagrał Sam Claflin, odtwórca głównych ról w filmach "Uśpieni", "Królewna Śnieżka i Łowca", "Igrzyska śmierci".
Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex znajdą w sobie dość odwagi, żeby spróbować się o tym przekonać?
Czy warto czekać na prawdziwą miłość? Czy każdy z nas ma swoją "drugą połówkę"? Może dowiemy się tego po lekturze tej ciepłej i wzruszającej powieści.
Kiedy tylko zobaczyłam okładkę (tak wygląd okładek się liczy!) wiedziałam, że ta książka jest dla mnie. Najlepsze jest to, że wcześniej o niej nie słyszałam. O ekranizacji również dowiedziałam się przez przypadek. Grzech! Zwłaszcza, że książka jest naprawdę fajna i już na wstępie polecam ją płci pięknej.
Jedno trzeba przyznać, przedstawienie historii za pomocą listów, e-maili, kartek okolicznościowych, pocztówek jest oryginalne. Rzadko zdarza mi się czytać książki właśnie w tej formie, jaką zaserwowała nam Cecelia Ahern. Bardzo fajna odmiana. W ogóle cała ta historia ma w sobie coś takiego, że z jednej strony jej nie lubię, zaś z drugiej uwielbiam. Może to przez te sprzeczne emocje, jakie we mnie wzbudziła? Tak, to chyba chodzi o te emocje. Z drugiej zaś strony o prawdziwość tej historii. O sympatyczne postaci i ich relacje. Nie będę Wam streszczała, co w książce piszczy, bo nie o to chodzi w moim tekście. Chcę pokrótce przybliżyć Wam jej treść, ale nie odnosząc się do streszczenia, bo to macie na okładce, a zarazem na początku niniejszej opinii. Chcę zaznaczyć o czym chciała zakomunikować nam autorka i o tym, czy "Love, Rosie" jest warta naszego czasu.
Autorka opowiada nam historię dwójki ludzi, chcąc uświadomić nas, że nie należy niczego odkładać na potocznie zwane "zaś". A w szczególności miłości. Przedstawiając nam historię Aleksa i Rosie od początku ich znajomości, przechodząc przez wszystkie wzloty i upadki tych bohaterów aż po sam koniec tego wszystkiego, co ja sama nazwałam farsą. Nie mam na myśli książki Ahern, bo ta naprawdę jest godna uwagi. Mówiąc "farsa" nie mam również na myśli negatywnego odbioru, mimo iż samo słowo narzuca nam negatywne odebranie sprawy. Bardziej powiedziałabym, że większość decyzji, jakie podejmują bohaterowie i, które sprawiają, że coraz bardziej się od siebie oddalają, pakują ich w sam środek farsy. Wracając do sedna. Moi drodzy, Cecelia Ahern idealnie przedstawiła nam to, czego sami nie dostrzegamy. Boimy się spojrzeć prawdzie w oczy, czy jak kto woli - złapać byka za rogi. A co będzie, jeśli on/ona mnie nie kocha? A co jeśli odrzuci moje uczucia? Każdy z nas boi się odrzucenia, ale jeśli nie spróbujemy, to się nie dowiemy i właśnie TEGO będziemy żałować. Tego, że nie spróbowaliśmy, że jesteśmy na tyle słabi aby podjąć to ryzyko. Dostaniemy kosza, to co. Świat się nie zawali. Popłaczemy, posmucimy się, ale przynajmniej mamy tę świadomość, że chcieliśmy spróbować. Mam wrażenie, że właśnie to autorka chce przekazać swoim czytelnikom, dzięki tej pozycji.
Po przeczytaniu książki nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności zobaczenia adaptacji na wielkim ekranie. Zaraz po premierze wybrałam się do kina mając nadzieję, że nie zawiodę się na filmie. I wiecie co? Bardzo dobra ekranizacja. Bardzo dobra. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że nieco lepsza od książki. To naprawdę rzadko się zdarza, ale jednak. Mimo wszystko dużo różnił się od pierwowzoru, co z jednej strony mnie lekko zirytowało, zaś z drugiej wiem, że gdyby nie te naniesione przez produkcję zmiany, to film ciągnąłby się bez końca. Mimo wszystko najpierw książka, później film!