Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Akurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Akurat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

"Podarunek" Cecelia Ahern


 Dziękuję!
Powieść autorki bestsellera P.S. Kocham cię. Lou, biznesmen, mąż i ojciec dwojga małych dzieci, żyje głównie pracą. Zaniedbuje rodzinę i wciąż ma tyle obowiązków, że najchętniej przebywałby w dwóch miejscach jednocześnie. Na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem spotyka tajemniczego żebraka, Gabe'a, którego postanawia zatrudnić w swojej firmie. Wkrótce Lou odkrywa, że Gabe posiada umiejętność... bycia w dwóch miejscach jednocześnie! Czy to faktycznie możliwe? Sympatyczna powieść o tym, co w życiu naprawdę najważniejsze.

Cecelia Ahern jest znana chyba większości czytelniczek. Chociażby z książki jak i ekranizacji "PS kocham Cię" czy "Love, Rosie". Każda z tych powieści jest inna, aczkolwiek ma wiele wspólnych cech. Zastanawiałam się jak wypadnie "Podarunek". Wydawało mi się, że kiedyś już czytałam tę historię i z biegiem fabuły utwierdziłam się w przekonaniu, że na pewno tak było. Niewątpliwie przyjemnie było wrócić do niej, ponieważ jest niezwykle pouczająca i wzruszająca. 
Bywa, że jedna bardzo ważna rzecz ma wpływ zaledwie na garstkę ludzi. Ale bywa też, że mało istotna rzecz wpływa na całą ich rzeszę.. Tak czy owak jedno wydarzenie- duże czy małe - potrafi poruszyć cały łańcuch ludzi. Zdarzenia mogą nas połączyć.
Każda książka Ahern zmusza do refleksji, przynajmniej ze mną tak było. "Podarunek" chyba najmocniej na mnie zadziałał. Byłam pod jej wrażeniem kilka lat temu i teraz też jestem, chyba nawet bardziej. Cudowna powieść. Otwiera oczy i jest idealna na dzisiejsze czasy. Pokazuje czytelnikowi, co jest ważne, co można stracić z oczu, a na co należy skierować wzrok. Uwielbiam tę powieść i należy ona do jednych z moich ulubionych (lista jest coraz większa). 

"Podarunek", to niewątpliwie wzruszająca i niebanalna książka, więc zgadzam się w stu procentach z tym, co wydawca umieścił na okładce. Uważam, że każdy bez względu na płeć, czy to nastolatek czy dorosły - powinien przeczytać tę historię. Historię, którą można przyuważyć w większości przypadkach ludzi, biegających za pieniądzem, karierą, konsumpcjonizmem i materializmem. "Podarunek", to książka, która może  niejednemu czytelnikowi otworzy oczy? Oczywiście jeśli ten da jej szansę i znajdzie czas, aby ją przeczytać.

Czas jest cenniejszy niż złoto, cenniejszy niż ropa czy jakiekolwiek skarby. To czasu nigdy nie ma dość; to czas wprowadza zamęt w nasze serca, musimy więc wykorzystywać go mądrze. Czasu nie można spakować, przewiązać wstążką i złożyć pod choinką w bożonarodzeniowy poranek.

Z początku zastanawiałam się czy Lou zmieni swoje podejście do życia. Co sprawi, że przejrzy na oczy i tego, co się wydarzyło można było się spodziewać, w końcu z opisu można coś wywnioskować... Jednak i tak byłam zaskoczona tym, co nastąpiło. Przemiana głównego bohatera następowała powoli, ale jednak była ona oczywista, a ja lubię, kiedy bohaterowie przechodzą pewne zmiany, czy to w podejściu do pewnych spraw, czy to w swoim zachowaniu. 

Bardzo podoba mi się to, co autorka uświadamia czytelnikowi już poza całą historią. Wyjaśnia o co jej chodziło, bo zakończenie może być dla niektórych szokujące. Cecelia Ahern pokazuje nam pewien obraz, który niekoniecznie utworzył się w głowie czytelnika. Pokazuje nam o czym tak naprawdę jest "Podarunek". A mnie cholernie podoba się ta prawda w jej słowach i tej historii. Książka jest cudowna. I polecam ją gorąco każdemu! Ja będę do niej wracać, bo to jedna z tych książek, do których się wraca, poznaje się ją od nowa i od nowa czuje się te emocje, które wywołuje za każdym, kolejnym razem.  

Życie nie polega jedynie na pracy, polega na życiu.

niedziela, 5 czerwca 2016

"Miłość i kłamstwa" Cecelia Ahern

Dziękuję!


Zapomniane dzieciństwo. Odkryte na nowo życie.
A jeśli masz tylko jeden jedyny dzień, żeby dowiedzieć się, kim naprawdę jesteś?
Kiedy Sabrina Boggs przypadkiem natrafia na tajemniczą kolekcję, która znajdowała się w posiadaniu jej ojca, odkrywa prawdę tam, gdzie nigdy nie podejrzewała istnienia kłamstwa. Człowiek, przy którym spędziła całe dzieciństwo, nagle staje się kimś zupełnie obcym.
Niespodziewany przełom w monotonnym, rutynowym rozkładzie dnia pozostawia jej tylko jeden dzień na poznanie sekretów mężczyzny, którego rzekomo tak dobrze znała. Dzień, który wydobywa na światło dzienne wspomnienia, historie i ludzi, o istnieniu których nie miała dotąd pojęcia. Dzień, który na zawsze zmieni ją i wszystkich wokół niej.
Cecelia Ahern dotąd znana mi była głównie z powieści całkiem lekkich, miłosnych... Niezobowiązujących. Takich jak: "Love, Rosie" czy "Zakochać się". Bardzo polubiłam styl autorki, lekki, przyjemny, nieskomplikowany. Dlatego najnowsza książka autorki mnie zaskoczyła... Pod wieloma względami różni się od jej poprzednich powieści, które czytałam, stylem, wątkami, relacjami pomiędzy bohaterami... Jednakże nie jest to zaskoczenie negatywne, wręcz przeciwnie. "Miłość i kłamstwa" bardzo mi się podoba. Jak po tytule i okładce sądziłam, iż będzie to kolejna miłosna powieść, tak się pomyliłam. Oczywiście wątek miłości jest, ale na pewno zaskoczy Was relacja pomiędzy bohaterami i sądzę, że właściwie cała historia Was zaskoczy. Przynajmniej mam taką nadzieję. 

W zasadzie z początku czułam się pogubiona i ciężko było mi się "wbić" w treść. Jednak bardzo szybko się to zmieniło. Po prostu musiałam lepiej poznać postaci, uświadomić sobie, że nie będzie to lekka opowiastka, a postaci będą prowadzić mnie przez karty powieści, ujawniając coraz więcej... O sobie, o swoim życiu i to wszystko mi wyjaśnią. Ahern nie podaje nam na tacy rozwikłania tajemnic swoich postaci. Wyjawia je nam kawałek po kawałku, a to sprawia, że nie możemy przewidzieć co będzie dalej. Oczywiście możemy się domyślać i czasem uda nam się co nieco przejrzeć, niemniej bardzo podoba mi się to, że nie jest to kolejna lekka powieść, której się spodziewałam. 

W niniejszej książce jest wiele smutku i jeśli zrozumiemy sens przekazu czy postaramy się postawić w sytuacji bohaterów, wiele możemy zyskać. Podczas czytania "Miłość i kłamstwa" trzeba mieć otwarty umysł, przynajmniej ja tak to odbieram. Dlatego też bardzo polubiłam postaci, zwłaszcza Fergusa, jako małego chłopca, kiedy autorka przenosi nas w czasie, gdzie mamy możliwość poznać jego dzieciństwo. Podobał mi się wątek z jego najstarszym bratem i trochę było mi smutno z powodu tego, co się wydarzyło... 
Jeśli chodzi o Sabrinę, to jakoś szczególnie mnie nie poruszyła, ot fajna dziewczyna i tyle. Żadnej więzi. Dlatego uważam, że zdecydowanie Fergus gra pierwsze skrzypce i bardzo poruszyła mnie jego historia. 

Jeśli więc chodzi o kreacje postaci, to Ahern nadała im konkretne role: Fergus i jego rodzina tworzą serce tej powieści. Natomiast Sabrina jest swego rodzaju odkrywcą, którego śledzimy, z którym odkrywamy tajemnicę marmurków, ale w zasadzie - jak dla mnie - nie odgrywa jakiejś ambitnej roli. Niemniej bohaterowie jak najbardziej na plus. 

"Miłość i kłamstwa" jest książką interesującą, poruszającą i czasami wesołą. Na pewno zmusza czytelnika do refleksji i daje mu konkretny przekaz, który widnieje w opisie, trafia w samo sedno i z którym się zgadzam:  „Miłość i kłamstwa” to zachęcająca do rozmyślań powieść o tym, w jaki sposób pozornie najzwyklejsze decyzje, które podejmujemy, mogą wywierać nadzwyczaj ważki wpływ na całe nasze życie. I jak czasami wystarczy strumień światła, skierowany na kogoś innego, żebyś w pełni mógł poznać samego siebie.

środa, 20 kwietnia 2016

"Marsjanin" Andy Weir


Dziękuję!




Mark Watney kilka dni temu był jednym z pierwszych ludzi, którzy stanęli na Marsie.
 Teraz jest pewien, że będzie pierwszym, który tam umrze!
Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę, co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość, odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

Ile ja się nasłuchałam o "Marsjaninie"! Książkę tę polecał mi chyba każdy. Film również. Kiedy więc otrzymałam "Marsjanina" miałam niemałe oczekiwania względem tej historii. Czy były one za wysokie? Czy może w sam raz? A może przewyższyły moje oczekiwania? Przekonajcie się sami.

Mars - Czerwona, czwarta i ostatnia planeta ziemska w układzie słonecznym. Mawia się, że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa. Na pewno Mark Watnej jest NA Marsie. To jest pewne, jak to, że nie umarł. Wszyscy sądzili, że to co wydarzyło się podczas burzy jest pewne. Mark oberwał. Nie było z nim kontaktu. A to znaczy, że nie żyje... Załoga musiała się z tym pogodzić i wracać na Ziemię. Potem wszystko się komplikuje...

Muszę przyznać, że początek książki nie był nader interesujący i często łapałam się na tym, że mało, naprawdę mało interesują mnie te wszystkie wyliczenia, jakie prowadził Mark. Jaka powierzchnia, ile ziemi, ile wody itp. Nic nie poradzę, że było to dla mnie mało interesujące. I to jest chyba jedna i jedyna rzecz, która nie przypadła mi do gustu. Cała reszta to kosmos. To Mars. To Mark Watney i jego rewelacyjne poczucie humoru. Hej Mark! Piąteczka!

Gdy przyzwyczaiłam się do tych wszystkich wyliczeń, a fabuła nabrała tempa i zaczęło się dziać coraz więcej, a emocje rosły - książkę pochłonęłam w szybkim tempie. Później trochę żałowałam, że przyjemność czytania "Marsjanina" tak szybko się skończyła. Ale co zrobić.

Najbardziej lubianą przeze mnie (jak zapewne, przez każdego czytelnika) postacią niniejszej książki, niewątpliwie był Mark. Sarkastyczny, ironiczny i nader wyluzowany, zważywszy na sytuację, w jakiej się znajduje. Chociaż z drugiej strony, sądzić można, że gdyby dał się zwariować, to nie przeżyłby tego wszystkiego... Nie poradziłby sobie z tym ciężarem przetrwania, z samotnością... Z myślą, że pewnego dnia skończy mu się woda, tlen i nadzieja. Nadzieja, która trzymała go w ryzach przez cały czas.

Reasumując, początek był dla mnie ciężki do przejścia, później było już tylko lepiej! Książka bardzo przypadła mi do gustu, a polecić ją mogę każdemu czytelnikowi, czy to tej z Marsa czy z Wenus. Niezapomniana przygoda!

czwartek, 29 października 2015

[Przedpremierowo]"Imperium ognia" Sabaa Tahir

PREMIERA 4 LISTOPADA 2015

Dziękuję!
Zapierająca dech w piersi historia o honorze, miłości, poświęceniu i walce o wolność, która podbiła serca młodych czytelników już w niemal czterdziestu krajach na całym świecie.
Laia należy do kasty Uczonych – w bezwzględnym Imperium tacy jak ona są zepchnięci na margines, stale inwigilowani i prześladowani. Aby ocalić brata oskarżonego o zdradę, dziewczyna wstępuje w szeregi buntowników i wyrusza ze śmiertelnie niebezpieczną misją do gniazda zła: zostaje niewolnicą w Akademii szkolącej najwierniejszych, najbardziej bezwzględnych żołnierzy Imperium. Jednym z nich jest Elias. Choć należy do wyróżniających się studentów , w jego sercu narastają wątpliwości, czy rola okrutnego egzekutora jest rzeczywiście tą, jaką chce odgrywać przez całe dorosłe życie. Przypadkowe spotkanie dwojga młodych ludzi nie tylko całkowicie odmieni ich losy, lecz także wstrząśnie posadami świata, w którym oboje żyją.

Tego tytułu nie trzeba chyba specjalnie przedstawiać książkoholikom, prawda? Na zagranicznej blogosferze i vlogosferze aż wrze od recenzji, i wzmianek na jej temat. Dlatego, kiedy tylko dowiedziałam się, że "Imperium ognia" zostanie wydane w Polsce, na mej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Mało tego, kiedy dostałam propozycję zrecenzowania niniejszej pozycji, aż pisnęłam z radości. Czy książka okazała się takim ochem i achem, jak się spodziewałam? Przekonajmy się.

Główne postaci w "Imperium ognia" są nastolatkami. Nie są to jednak nierozgarnięte i niedojrzałe dzieciaki, które co rusz użalają się nad sobą. Co to, to nie! I chociaż Laia jest zagubionym i nieporadnym dziewczęciem, to  jednak posiada w sobie tyle siły i odwagi, że mogłaby nią obdarować niejednego bohatera w książce. To, z jakim poświęceniem podejmuje się trudnemu zadaniu powinno zdumieć każdego czytelnika. Ja rozumiem, że podobnych bohaterów jest dużo, ale jednak Laia wyróżnia się na ich tle, a to czyni ją na swój sposób wyrazistą. Poznajemy również drugiego głównego bohatera, tym razem jest to rola męska, Elias - chłopak, który jest buntownikiem. Chłopak, który nie poddaje się prawu tak łatwo, jak inni. Należy do szanowanej w Imperium rodziny, która bezwzględnie respektuje jego rządy. 

Mamy tutaj dwa silne charaktery, które nie tak bardzo się od siebie różnią. Laia i Elias  - dwójka zagubionych bohaterów, którzy chcą zmienić coś na lepsze. Bohaterów, którzy mają cel i wzajemnie mogą sobie pomóc w jego realizacji. Jednak, czy im się to uda?

Podoba mi się to, że autorka zrobiła pewien podział: Elias, Laia. Rozdziały są podpisane i czytelnik dzięki temu; raz - nie gubi się w fabule, a dwa: ma wgląd w życie obojga postaci, a trzy: jest to ogromny plus.
Podoba mi się również świat, jaki stworzyła. Maski, żołnierze, przemoc, fantastyka... Można by pomyśleć, że skoro jest to książka, w której główną rolę grają nastolatkowie, to będzie to spokojna, stonowana i bez przemocy opowiastka. Otóż... Nie. Jest przemoc, a Tahir nie oszczędza swoich swoich podopiecznych, ani na chwilę nie daje im wytchnienia. Jedyne do czego mam małe "ale", to okładka. Oryginalna jest dużo ładniejsza.

"Imperium ognia" jest książką, którą obowiązkowo musiałam przeczytać i sądzę, że większości, która lubi takie klimaty, się spodoba. Dlatego czym prędzej decydujcie się na jej zakup.

niedziela, 18 października 2015

"Błękitne dziewczyny" Ewa Podsiadły - Natorska


Dziękuję!

„Kobiety są niesamowite. Niech skonam, jeśli to nieprawda” – przekonuje Kaja Redo. Życie 29-letniej radomianki staje na głowie. Odwołuje ślub, wprowadza się do rodziców, a na dokładkę musi zmagać się z okropną szefową w redakcji lokalnej gazety, gdzie zarabia grosze.
Wiele osób już dawno wpadłoby w depresję, ale użalanie się nad sobą nie leży w naturze Kai. Bohaterka tworzy internetowy projekt, który w krótkim czasie zmienia życie jej oraz tysięcy kobiet z całej Polski. Wiele z nich to Błękitne Dziewczyny – szczęśliwe i akceptujące siebie. Spełnione kobiety, które odnalazły swoje miejsce na świecie. Swoim uporem, wytrwałością i otwartym umysłem osiągnęły sukces mierzony własną miarą.
Kaja też czuje się Błękitną Dziewczyną, ale przeżywa miłosne rozterki, wikła się w krótki romans z żonatym mężczyzną i skomplikowaną relację z dawnym szkolnym kolegą. W jej życiu ważną rolę odgrywają przyjaciółki: Mini – miłośniczka ubrań z „drugiej ręki”, która mawia: „Daj mi dwadzieścia złotych, a tak cię ubiorę w lumpeksie, że koleżanki zzielenieją z zazdrości”, oraz Madzia, nieustannie walcząca z nadmiarem kilogramów.
Kaja dzielnie walczy z przeciwnościami losu i przekonuje wszystkich, że można być szczęśliwą wszędzie, nawet w mieście, z którego śmieje się cała Polska.

A czy Ty jesteś szczęśliwą Polką?

Ewa Podsiadły - Natorska napisała kawał dobrej lektury, która oczywiście nie jest bez wad, ale na pewno niesie genialny przekaz, który myślę, że dotrze do każdej z nas. 


Autorka przedstawiła czytelnikowi trzy różne osobowości, które w całości stanowią idealny tercet. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest to tercet egzotyczny! Główną bohaterką  Błękitnych dziewczyn jest Kaja Redo, fotograf popularnej w Radomiu gazety. Kaja jest dwudziestodziewięcioletnią singielką (nie z wyboru, ale o tym więcej w książce), która jest zadowolona ze swojego zawodu, ale niekoniecznie z pracy. Jakbym miała taką jędzowatą szefową, też nie byłabym zadowolona. Kai nie podoba się, jak ludzie (w tym większość mieszkańców) wyraża się o jej mieście. Powiadają, że Radom jest zadupiem, wiochą, dziurą itp. Właściwie, każdy, kto słyszy o swoim miejscu zamieszkania takie słowa (o ile lubi mieszkać w danej miejscowości) oburza się na nie. Ja osobiście lubię moją małą miejscowość w której mieszkam, a jak ktoś wyraża się o niej źle, to bardzo się irytuję -  to mnie łączy z Kają, ale nie tylko to. Kaja ma dwie przyjaciółki, które swoją drogą, są nieźle zakręcone. Madzia, która jest wiecznie na diecie i Mini, która żyje w nieszczęśliwym związku, bywa jędzą i potrafi ubrać się za piątaka. 

Barwne osobowości to na pewno największy plus niniejszej książki. "Błękitne dziewczyny" czyta się tak dobrze, jak ogląda się ulubiony serial. Naprawdę. Autorka bardzo płynnie przedstawia nam swoją powieść, co jest kolejnym plusem. Nieprzesłodzony wątek romantyczny również jest pozytywem książki, zupełnie jak od czasu do czasu wrzucane retrospekcje z życia Kai. 

Niemniej, jak już wspomniałam jest kilka minusów. Oczywiście ja to tak odbieram, bo trochę mnie to raziło. Wam może się to podobać, bądź nie zwrócicie na to szczególnej uwagi. Mam tutaj na myśli, jak Kaja zwraca się do swoich rodziców, a raczej, jak ich przedstawia "mama Krysia, tata Krzyś". Ja rozumiem, że raz można tak przedstawić rodziców, żeby czytelnik wiedział o kim mowa, ale nie co rusz... Poza tym, główna bohaterka i jej niezdecydowanie naprawdę dawało mi w kość. Co jeszcze? Aha! Trzy przebojowe kobiety w wieku dwudziestu dziewięciu lat często zachowywały się jak piętnastki. Ja rozumiem, że czasem można, każdy ma odchyły (coś o tym wiem), ale bez przesady. 

Reasumując, pomimo tych kilku mało znaczących minusików, książka bardzo mi się spodobała. Humor, interesująca treść i dość istotny przekaz, jaki niesie ze sobą historia Ewy Podsiadły - Natorskiej przemawia do mnie i z chęcią polecę ją swoim koleżankom. Na pewno przypadnie im i Wam, kobietki, do gustu. 

wtorek, 16 czerwca 2015

"Powiedz, że mnie kochasz, mamo" Grażyna Mączkowska

Dziękuję!

Tak bardzo potrzebuję twojej akceptacji. Robię wszystko, żebyś była ze mnie dumna i zadowolona. Czy kiedyś usłyszę od ciebie te dwa proste, piękne słowa?
W kwietniu 2014 roku powieść zdobyła wyróżnienie w konkursie literackim "Moja własna książka".
Wzruszająca przez swoją prostotę i autentyzm opowieść o potrzebie miłości i trudnościach z jej okazywaniem. To historia życia ponadpięćdziesięcioletniej obecnie kobiety – życia niełatwego i zwyczajnego, ale może właśnie dlatego tak ciekawego. Ze skutkami dzieciństwa, pełnego przemocy fizycznej i emocjonalnej, Gabrysia zmaga się do dziś… Tym, czego bohaterce brakowało najbardziej, był brak akceptacji ze strony matki. Tytułowa prośba przewijała się przez całe jej trudne życie. Po lekturze tej mądrej, wzruszającej książki nikt już nie będzie wątpił, że nie wolno skrywać dobrych uczuć, że ciepło, serdeczność i akceptacja są najwspanialszym darem, jaki każdy z nas może ofiarować innym – a zwłaszcza swoim dzieciom.

Jest wiele książek o trudach miłości. Kartek, na których autor zapisał nam pewną wzruszającą historię pewnych ludzi. Zazwyczaj są to powieści fikcyjne, niemniej zawsze zastanawiamy się: czy aby na pewno  twórca nie wplótł w nie trochę  czegoś  z własnego, tudzież z życia bliskich. To samo pytanie zadawałam sobie czytając powieść Grażyny Mączkowskiej. Nie doszukiwałam się w internecie tego, czy moje przypuszczenia są prawdziwe. Prawdę powiedziawszy chcę żyć w niewiedzy. Niemniej, dzisiaj pokrótce opowiem Wam o moich odczuciach względem powieści "Powiedz, że mnie kochasz, mamo".

Kiedy jesteśmy mali czy nawet już dorośli, to i tak jest w nas coś takiego, co sprawia, że chcemy aby nasi rodzice byli z nas dumni, zadowoleni... Żeby akceptowali to, co robimy. To, jakie decyzje życiowe podejmujemy, jaką drogę obieramy. Pragniemy akceptacji ludzi, którzy wydali nas na świat, którzy ukształtowali nas takimi jakimi jesteśmy. Przecież gdyby nie wsparcie i opieka rodziców/najbliższych, to nie bylibyśmy właśnie tym, kim jesteśmy teraz. Wiele osób poradziło sobie bez wsparcia rodziny, za co ich podziwiam, bo dla mnie rodzina to wszystko. Rodzina jest najważniejsza - zawsze! Każdy z nas zapewne wspominał swoje dzieciństwo. Dla jednych nie było ono usłane różami, a mimo to byli najszczęśliwszymi dzieciakami na świecie. Inni dostali od życia wszystko, a mimo to wiecznie narzekali i nie doceniali tego co mieli. A jeszcze inni mieli koszmarne dzieciństwo. Byli gnębieni i poniżani przez swoich najbliższych. 

Przykład tego ostatniego  Grażyna Mączkowska opisała w swojej książkę a bohaterką jest Gabriela, której nieszczęśliwe dzieciństwo dało się we znaki w dorosłości.Gabriela będąc małą dziewczynką nie zaznała matczynej i ojcowskiej miłości. Była poniżana, bita... niekochana. A dzieci niekochane, po prostu nie są szczęśliwe... W dorosłym życiu Gabriela nadal nie potrafi poradzić sobie z żalem do rodziców, który przez wszystkie lata rósł w jej sercu. Pomimo tego, że ma własną kochającą rodzinę, to gdzieś tam w sercu jest otchłań smutku. Nie dziwi mnie to kompletnie, ponieważ podczas czytania książki, sama odczuwałam smutek. 

Książka "Powiedz, że mnie kochasz, mamo" jest książką interesującą, ale autorka za mało uwagi poświęciła samym uczuciom. Po prostu ukazała nam życie Gabrieli, bez większego zagłębiania się w emocjonalność. Muszę się również doczepić tego nieuporządkowania w czasie. Non stop są przeskoki z życia nastoletniego, do dzieciństwa, z dzieciństwa w dorosłość - pogubić się można i ja uważam to za minus.  Ogólnie rzecz biorąc, książka jest dobra, ale niedopracowana. 

A Ty, drogi czytelniku? Jak wspominasz swoje dziecinne lata? Byłeś szczęśliwym dzieckiem?

poniedziałek, 2 marca 2015

"Wiem o tobie wszystko" Claire Kendal

Dziękuję!

Wstrząsający thriller psychologiczny dla wszystkich, którym spodobały się "Zaginiona dziewczyna" i "Zanim zasnę".Clarissa z każdym dniem czuje się coraz bardziej osaczona przez Rafe’a. Gdziekolwiek spojrzy, widzi jego twarz, w którąkolwiek stronę się odwróci, dostrzega jego cień, dokądkolwiek pójdzie, on podąża za nią. A wszystko dlatego, że Rafe się w niej zakochał.Śmiertelnie.Stalking – to słowo budzi coraz większy lęk nie tylko wśród celebrytek, ale i wśród całkiem zwyczajnych kobiet. Omotane pajęczą siecią intrygi, prześladowane za dnia i w nocy, zastraszone i zagubione, rozpaczliwie szukają pomocy… lecz nie zawsze mogą ją znaleźć. A czasem, nawet jeśli pomoc nadchodzi, jest już za późno.

Na sam początek ukłony w stronę wydawnictwa, za akcję promującą ich książkę "Wiem o tobie wszystko". Każdy recenzent dostał ciekawie zapakowaną książkę (zdjęcie w tekście), a na papierze napisane były ciekawe fakty z życia. Widać, że pracownicy wydawnictwa nie poszli na łatwiznę, bo chcąc zrobić taką akcję trzeba poszperać i znaleźć niniejsze fakty. Bardzo podoba mi się takie dbanie o szczegóły.

Przechodząc do treści książki, muszę wspomnieć, że pomysł jest bardzo ciekawy i całkiem fajnie przeniesiony na stronice książki. Nie wciągnęłam się jednak od samego początku. Byłam nieco zagubiona, ponieważ treść była trochę zawiła i ciężko było mi się w nią "wbić". Później było coraz lepiej. Kiedy już dotarło do mnie o co chodzi, kto jest kim i jakie jest istotne przesłanie, przez książkę przeszłam jak burza.

Jak sami wiecie, ja nie zaczytuję się w thrillerach czy sensacyjnych lekturach, ale czasami, gdy coś mnie zaintryguje, to sięgam po dany tytuł. Dlatego też dla mnie zjawisko stalkingu w powieści jest czymś nowym i ciekawym na tyle abym mogła nazwać "Wiem o tobie wszystko" czymś innowacyjnym. Jeśli ktoś tak jak ja nie zaczytuje się w takich książkach, to z pewnością mogę stwierdzić, że będzie to dla niego oryginalny twór. Kendal świetnie skonstruowała swoją książkę... Świat, jaki ukazała czytelnikowi, strach osoby prześladowanej i pokazanie mechanizmu stalkingu - to wszystko przypadło mi do gustu. Naprawdę genialny thriller psychologiczny. Powiem Wam, że w niektórych momentach sama zaczynałam się bać, a to świadczy tylko o tym, jak dobrze autorka nakreśliła problem stalkingu. Ogromny plus!

Jeśli chodzi o postaci z jakimi dane mi było się zapoznać czytając niniejszą pozycję, to sama nie wiem jak mam określić swoje odczucia względem ich. Z jednej strony żal mi Clarissy, której błędem było okazanie uczucia względem jej prześladowcy, a ówczesnego kolegi z pracy Rafe’a. Z drugiej zaś strony ciężko było mi się wczuć w jej sytuację... Jednak oceniając kreację postaci muszę stwierdzić, że autorka sobie poradziła i odwaliła kawał dobrej roboty.

Książka interesująca i jeśli ktoś lubuje się w psychologicznych tworach, które trzymają w napięciu, to polecam!

środa, 17 grudnia 2014

"Love, Rosie" Cecelia Ahern


Dziękuję!
UWAGA! Książka była wcześniej wydana pt.: "Na końcu tęczy".
 Po wzruszającym "PS Kocham Cię" następna powieść Cecelii Ahern została przeniesiona na srebrny ekran. W rolę Rosie wcieliła się Lily Collins, doskonale znana z filmów "Królewna Śnieżka", "Dary Anioła: Miasto kości" czy "Porwanie", Alexa zagrał Sam Claflin, odtwórca głównych ról w filmach "Uśpieni", "Królewna Śnieżka i Łowca", "Igrzyska śmierci".
 Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex znajdą w sobie dość odwagi, żeby spróbować się o tym przekonać?
Czy warto czekać na prawdziwą miłość? Czy każdy z nas ma swoją "drugą połówkę"? Może dowiemy się tego po lekturze tej ciepłej i wzruszającej powieści.
Kiedy tylko zobaczyłam okładkę (tak wygląd okładek się liczy!) wiedziałam, że ta książka jest dla mnie. Najlepsze jest to, że wcześniej o niej nie słyszałam. O ekranizacji również dowiedziałam się przez przypadek. Grzech!  Zwłaszcza, że książka jest naprawdę fajna i już na wstępie polecam ją płci pięknej. 

Jedno trzeba przyznać, przedstawienie historii za pomocą listów, e-maili, kartek okolicznościowych, pocztówek jest oryginalne. Rzadko zdarza mi się czytać książki właśnie w tej formie, jaką zaserwowała nam Cecelia Ahern. Bardzo fajna odmiana. W ogóle cała ta historia ma w sobie coś takiego, że z jednej strony jej nie lubię, zaś z drugiej uwielbiam. Może to przez te sprzeczne emocje, jakie we mnie wzbudziła? Tak, to chyba chodzi o te emocje. Z drugiej zaś strony o prawdziwość tej historii. O sympatyczne postaci i ich relacje. Nie będę Wam streszczała, co w książce piszczy, bo nie o to chodzi w moim tekście. Chcę pokrótce przybliżyć Wam jej treść, ale nie odnosząc się do streszczenia, bo to macie na okładce, a zarazem na początku niniejszej opinii. Chcę zaznaczyć o czym chciała zakomunikować nam autorka i o tym, czy "Love, Rosie" jest warta naszego czasu.

Źródło

Autorka opowiada nam historię dwójki ludzi, chcąc uświadomić nas, że nie należy niczego odkładać na potocznie zwane "zaś". A w szczególności miłości. Przedstawiając nam historię Aleksa i Rosie od początku ich znajomości, przechodząc przez wszystkie wzloty i upadki tych bohaterów aż po sam koniec tego wszystkiego, co ja sama nazwałam farsą. Nie mam na myśli książki Ahern, bo ta naprawdę jest godna uwagi. Mówiąc "farsa" nie mam również na myśli negatywnego odbioru, mimo iż samo słowo narzuca nam negatywne odebranie sprawy. Bardziej powiedziałabym, że większość decyzji, jakie podejmują bohaterowie i, które sprawiają, że coraz bardziej się od siebie oddalają, pakują ich w sam środek farsy. Wracając do sedna. Moi drodzy, Cecelia Ahern idealnie przedstawiła nam to, czego sami nie dostrzegamy. Boimy się spojrzeć prawdzie w oczy, czy jak kto woli - złapać byka za rogi. A co będzie, jeśli on/ona mnie nie kocha? A co jeśli odrzuci moje uczucia? Każdy z nas boi się odrzucenia, ale jeśli nie spróbujemy, to się nie dowiemy i właśnie TEGO będziemy żałować. Tego, że nie spróbowaliśmy, że jesteśmy na tyle słabi aby podjąć to ryzyko. Dostaniemy kosza, to co. Świat się nie zawali. Popłaczemy, posmucimy się, ale przynajmniej mamy tę świadomość, że chcieliśmy spróbować. Mam wrażenie, że właśnie to autorka chce przekazać swoim czytelnikom, dzięki tej pozycji.

Po przeczytaniu książki nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności zobaczenia adaptacji na wielkim ekranie. Zaraz po premierze wybrałam się do kina mając nadzieję, że nie zawiodę się na filmie. I wiecie co? Bardzo dobra ekranizacja. Bardzo dobra. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że nieco lepsza od książki. To naprawdę rzadko się zdarza, ale jednak. Mimo wszystko dużo różnił się od pierwowzoru, co z jednej strony mnie lekko zirytowało, zaś z drugiej wiem, że gdyby nie te naniesione przez produkcję zmiany, to film ciągnąłby się bez końca. Mimo wszystko najpierw książka, później film!

niedziela, 7 grudnia 2014

"Miłość bez scenariusza" i "Próba uczuć" Tina Reber

Ryan Christensen po prostu chciał być aktorem. Nigdy nie przypuszczał, że będą go ścigać wielbicielki, paparazzi zaczną zatruwać mu życie, a hollywoodzkie wytwórnie będą na wyścigi zabiegać o jego względy, zechcą go mieć na własność. Podczas kręcenia kolejnego filmu, Ryan ucieka do pubu przed tabunem rozhisteryzowanych fanek, znajduje tam znacznie więcej, niż się spodziewał…
Taryn Mitchell leczy rany po niedawnym zawodzie miłosnym i trzyma mężczyzn na dystans. Kiedy jednak do jej pubu niespodziewanie wpada boski Ryan Christensen, daje się zauroczyć temu sympatycznemu, dowcipnemu i nieziemsko przystojnemu mężczyźnie. Szybko stwierdza, że zakochała się w Ryanie. Czy jednak ich uczucie okaże się wystarczająco mocne, by przetrwać natręctwo paparazzi, sensacyjne publikacje w bulwarówkach nagłówki gazet i zazdrość niezliczonych wielbicielek? - empik

Książkę czytało mi się tak dobrze, że mogę to śmiało porównać do oglądania filmu. Przez treść po prostu się płynie. Wszystko dzięki prostemu, a zarazem obrazowemu językowi, jakim posługuje się autorka. Bardzo lubię kiedy czytanie obszernych książek idzie mi łatwo i nie muszę się męczyć pochłaniając tak treściwe historie. Dlatego, mimo iż książka liczy sobie prawie 700 stron, to skończyłam ją bardzo szybko, bo aż w dwa dni (kilkanaście godzin). Sama jestem zaskoczona. Historia Ryana i Taryn tak mnie wciągnęła, że sama nie wiem kiedy dobrnęłam do końca. Dobrze, że mam już kontynuację!

Przyznać muszę, że mimo iż książka Tiny Reber nie jest żadnym arcydziełem, to oceniam ją wysoko. Od dawna już nie czytałam tak przyjemnej historii miłosnej, która by mnie nie doprowadzała do szału i zniesmaczała wątkami erotycznymi - bo tych trochę jest. Na szczęście nie ma w nich krzty wulgarności, ani niesmacznych przekleństw. Scen erotyczne są, ale bez przesady. Nie ma tak, że bohaterowie nie robią nic, tylko lądują w łóżku - co często widywałam w książkach, które miały być o miłości, a nie o erotycznych doznaniach bohaterów niniejszych pozycji. W książce „Miłość bez scenariusza” bardzo fajnie przedstawione zostało uczucie pomiędzy zwyczajną dziewczyną, a gwiazdą kina. To jak to uczucie się rodzi, jak dojrzewa, jak jest trudne.

Choć trudno w to uwierzyć, zaręczyny Taryn Mitchell i Ryana Christensena okazują się zaledwie początkiem prawdziwych kłopotów. Taryn – skromna dziewczyna prowadząca niewielki pub na Rhode Island – nie jest w stanie poradzić sobie z rosnącą popularnością swojego chłopaka. Filmowa kariera Ryana rozwija się w błyskawicznym tempie; wciąż pojawiają się kolejne propozycje, a aktor ma coraz więcej fanek. Najwięcej obaw budzą w Taryn sceny łóżkowe, w które obfitują filmy z udziałem jej ukochanego. Nic dziwnego, Ryan jest przecież nieziemsko przystojny… Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy była dziewczyna gwiazdora postanawia odzyskać jego względy, Ryan zaś za jedną ze swoich ról otrzymuje nominację do Oskara. Czy burzliwy związek dwojga młodych, tak bardzo różniących się ludzi, wypłynie na czyste wody? Czy Taryn i Ryan odnajdą szczęście, na którym tak bardzo im zależy? - empik

Przyznam, że nie mogłam się doczekać aż sięgnę po kontynuację, więc w następnej kolejności pod lupę poszła "Próba uczuć". Jak pierwszy tom był na tyle zaskakujący, żeby mnie wciągnąć, tak kontynuacja powielała utarte schematy z "jedynki". Niestety. Przynajmniej przez większą część książki nie działo się zbyt wiele, żebym mogła się nią zachwycić. Taryn raz była pewna, że chce być z Ryan'em, a co chwila ta pewność chwiała się w posadach. To było męczące, bo przecież wiadomym było, że i tak będą razem, jak i tak. Nie można przecież powiedzieć, że romanse nie są przewidywalne. Bo cóż... są.

W opinii pierwszego tomu mogliście zauważyć, że postaci nie grały mi na nerwach. Natomiast w kontynuacji niestety wszystko się zmieniło. Z tym, że to Taryn była tą, której udało się mnie parę razy rozdrażnić swoim zachowaniem. Wydaje mi się, że autorka wprowadziła pewne niekorzystne zmiany jeśli chodzi o osobowość tejże postaci. Straciła na pewności siebie, podejmując działania, które kompromitowały ją i Ryana. Po prostu  zachowywała się jak dziecko. 

Zmieniło się jeszcze to, że w książce "Próba uczuć" autorka śmielej rozbudowuje wątki erotyczne, oraz to, że jest ich więcej. Wkradają się również drobne przekleństwa, jednak nadal da się to zjeść, że tak powiem.
Fajne jest to, że dowiadujemy się więcej o przeszłości Taryn i jesteśmy niemal tak samo zaskoczeni tym, jaka prawda czai się w ciemności, jak ona sama. Fajna sprawa, że Reber nie skupia się tylko na wątku miłosnym i szarpaniną miłości ze sławą, ale również ukazuje nam plusy i minusy sławy, oraz to jak ciężko dokonywać wyborów pod presją otoczenia.

Niemniej książka i tak mi się spodobała. Pal licho przewidywalność, schematyczność narastającą irytację zachowaniem głównych bohaterów - historię gwiazdy kina i barmanki czytało się naprawdę przyjemnie. Jeśli zapoznacie się z książką "Miłość bez scenariusza" i wam się ona spodoba, to sądzę, że warto zapoznać się z kontynuacją.

Za obie książki dziękuję bardzo wydawnictwu:



wtorek, 5 sierpnia 2014

"Zakochać się" Cecelia Ahern


Dziękuję!
Losy Adama Basila i Christine Rose splatają się pewnej nocy, kiedy na dublińskim moście Christine powstrzymuje Adama przed popełnieniem samobójstwa. Zawierają szaloną umowę: Adam na zawsze zrezygnuje z samobójczych zamiarów, jeśli przed jego trzydziestymi piątymi urodzinami Christine zdoła go przekonać, że jednak warto żyć. Urodziny zbliżają się wielkimi krokami… Rozpoczyna się niezwykły wyścig z czasem, w którym główną nagrodą jest nie tylko życie, lecz także – a może przede wszystkim – miłość.

Ostatnio zaczął mi się zmieniać gust czytelniczy. Przerzuciłam się na romanse i obyczajówki. Na coś bardziej przyziemnego... Nie! To nie tak, że rzucam moją ukochaną fantastykę, nie. Nie i jeszcze raz: Nie! Raczej staram się czytać na tzw. zmianę. Sądzę, że dzięki takiej taktyce, nie będę non stop porównywała jednych książek do drugich i doszukiwała się schematów. Teraz robię to notorycznie i wychodzi na to, że ciągle coś mi się nie podoba. Coś przeszkadza i drażni. Tego właśnie chcę uniknąć. To tyle drogą moich książkowych problemów. Ah te blogery!

Mimo, iż nie czytałam PS Kocham Cię, skusił mnie napis na okładce "Autorka bestsellera PS KOCHAM CIĘ". Widziałam film i bardzo mi się spodobał, więc pomyślałam - czemu nie? Muszę przyznać, że "Zakochać się" było strzałem w dziesiątkę. Bardzo spodobała mi się historia o miłości i cierpieniu, jaką zaserwowała czytelnikom Ahern. Dlatego już na wstępie mogę ją polecić paniom, które cenią sobie zabawną i lekką powieść z dużą dozą miłości. 

Nie spodziewałam się, że książka mnie zaskoczy. Ba! Spodziewałam się przewidywalności, a nawet braku oryginalności. Teraz biję się w pierś i stwierdzam, że są powieści obyczajowe, które mogę nazwać zaskakującymi. Na pewno umieszczam w nich "Zakochać się". Historia Adama i Christine ujęła mnie za serducho, rozbawiła i wciągnęła na tyle, że nic wokół nie istniało. Nie jest to zwyczajny obyczajowy romans, w którym nic szczególnego się nie dzieje i po który sięgniemy ot tak. Książka niesie ze sobą pewien przekaz, nie zdradzę go, ponieważ sądzę, że wolelibyście odkryć go na własną rękę. Niemniej nie jest to książka "o niczym". O czym jest? Musicie przekonać się sami. Mówię: polecam, czytajcie, ciekawa, zaskakująca. Jednak czasami książka bywa przewidywalna, ma kilka mankamentów i bywa przewidywalna... Ale ja ciągle polecam. Może nie każdemu, ale jednak. 

O postaciach tylko napomknę... Christina jest prostą (w tym pozytywnym znaczeniu), sympatyczną i dobrą kobietą, która ciągle pomagając innym, zapomina o sobie. Adam - niedoszły samobójca ze złamanym sercem... Jak widzimy, tym razem tym pokrzywdzonym jest mężczyzna (mężczyzna w opałach i kobieta w jako rycerz w lśniącej zbroi) się porobiło... Cecelia Ahern stworzyła całkiem realne postaci, które nie są wyidealizowane, piękne i bez wad. Stworzyła postaci, które mają wiele wad, problemów i radzą sobie z nimi, tak jak zupełnie przeciętny człowiek np. sięgając do poradników, popełniając kolejne gafy... Czytając perypetie tej dwójki miałam wrażenie, że są oni gdzieś tutaj obok i zaraz wpadną na kawę. 

Czasami gdy zdarza się cud, zaczynasz wierzyć, że wszystko jest możliwe.

Na pewno zapoznam się z innymi dziełami autorki, co do tego nie mam żadnych wątpliwości.

czwartek, 1 maja 2014

"Bezmyślna" S.C. Stephens

Dziękuję!

Od niemal dwóch lat Kiera ma chłopaka - Denny jest spełnieniem jej marzeń: kochający, czuły, całkowicie jej oddany.
 Kiedy razem wyjeżdżają do nowego miasta, aby zacząć wspólne życie - on jako stażysta w znanej firmie reklamowej, ona zaś jako studentka na renomowanym uniwersytecie - wszystko wydaje się idealnie układać.
 Potem jednak nieprzewidziane okoliczności zmuszają parę do tymczasowej rozłąki. Kiera czuje się osamotniona, zdezorientowana; potrzebuje opieki i pocieszenia. Na pomoc przychodzi jej współlokator, lokalny gwiazdor rocka - Kellan Kyle. Jego przyjaźń pomaga Kierze poradzić sobie z uczuciem wyobcowania w nowym mieście. Kiedy jednak jej samotność staje się coraz bardziej intensywna, relacje z Kellanem ulegają stopniowej przemianie. A potem pewnej nocy wszystko zmienia się drastycznie... i od tej pory życie żadnego z bohaterów nie jest już takie, jak dawniej.
 "Bezmyślna" zmusza do przeczytania jej jednym ciągiem ale ze względu na tematykę. Każdy czytelnik zinterpretuje tę historię odmiennie.
 Jednym z głównych tematów tej książki jest zdrada i to, jak ludzie, których ona dotyczy, radzą sobie później z życiem.
 To nie jest lekka, łatwa i przyjemna bajka. "Bezmyślna" to prawdziwa do bólu, ściskająca za serce opowieść, zwłaszcza jeżeli czytelnik zaznał choć części tego, czego muszą doświadczyć jej bohaterowie."

Okładka ładna. Słowa na okładce kuszące. Opis fabuły przyzwoity. Niemniej tytuł książki pani Stephens mówi sam za siebie. Jest to w istocie najprawdziwsze słowo o głównej bohaterce. Dodałabym jeszcze kilka innych epitetów typu, głupia, puszczalska, irytująca, nienormalna. Na dowód tych wszystkich słów przytoczę Wam kilka cytatów, do których dorzucę własny, krótki komentarz. Dlatego będzie to taka nietypowa inspirowana recenzja (http://www.zombiesamurai.pl/),  (żeby mi ktoś nie zarzucał, iż "odgapiam" się od niego bezczelnie nawet nie umieszczając odnośnika do jego strony, bo przecież hejtowanie to ostatnio takie modne się stało).

Zacznę od tego, że fabuła jest strasznie naiwna, wszystko jest przewidywalne, a czasami zakrawa o komedię z domieszką dramatu. W rzeczy samej, dramat przeżywałam ja, czytając to wszystko, co bohaterka wyprawia, mówi i to, jak sztucznie się zachowuje. Autorka postawiła sobie wybitne zadanie, gdyż stworzyć tak beznadzieją postać, jest naprawdę ciężko. Przyznać muszę, że kilka razy miałam już tę (nie)przyjemność zapoznać się z postaciami, które swoją nieroztropnością mnie dołowały. Jednakże postać Kiery jest naprawdę pod tym względem wybitna. Mam wrażenie, że jej zachowania są sprzeczne z jej naturą. Raz udaje cnotkę, przy czym, albo jej skóra zmienia kolor na buraczka, jabłuszko czy malinkę (Boże Święty), albo czuje się zawstydzona, zażenowana i zaczyna się jąkać. Zaś przy każdej innej okazji rzuca się na swojego faceta i dobiera mu się do spodni. Nie wspominając już o tym, że ma takie same ciągotki do swojego współlokatora, który jest taki boski, seksowny i piękny niczym bóg grecki, adonis, czy inny wokalista z just5. Swoją drogą, czy naprawdę nie wystarczy góra 20 razy wspomnieć o tym, jakiż to on jest seksowny, tylko trzeba o tym huczeć (o ile dobrze liczę, to wyszło) ok 150 razy?! Nie dość, że to śmieszne, niesmaczne, to  też bardzo, ale to bardzo denerwujące. Zresztą tak samo z przygryzaniem wargi przez Kiere. To już gdzieś było, nie sprawdziło się i nie... Nie jest fajne! W dodatku główna bohaterka jest tak rozwydrzona i niedojrzała, że ręce opadają. Miałam ochotę krzyczeć, żeby się opanowała, ale sądzę, że to by nie poskutkowało.

Wiecie co? Ja to chyba mam jakieś przestarzałe myślenie i podejście do wielu spraw, bo mnie się wydaje, że jak się kogoś kocha, to się go nie zdradza. Jeśli za kimś tęsknię (dodam, że za kimś, kto jest dla mnie najważniejszy), to nie szukam pocieszyciela i nie pakuję mu się do łóżka przy pierwszej lepszej okazji, bo przecież to takie trudne się oprzeć. Można przecież powiedzieć, że bohaterka „Bezmyślnej” nie wskoczyła „tak od razu” do łóżka Kellanowi, a jednak przytulanki, pocałunki, przymilanie się i różne jednoznaczne akcje mówią same za siebie. Prawda? W dodatku to napalanie się na niego, bo przecież on jest taki seksowny, boski, piękny itp. itd. No. Przecież.

Mam wrażenie, że fabuła opiera się głównie na zdradzie i głupich wyborach/zachowaniach głównej bohaterki, chociaż opis może nas zwieść, a komentarze na okładce również (według mnie) mijają się z prawdą. Nawiązując do okładki,  jest na niej umieszczony pewien komentarz, którego autorka twierdzi, że książka jest bardzo wzruszająca, a sceny erotyczne są nabrzmiałe emocjami. Cóż. Przyznaję: ani razu nie przyszło mi na myśl, że podczas czytania tej książki można się wzruszyć - no chyba, że ramionami. Sceny erotyczne? Owszem są, ale powiadam Wam, że czytałam o wiele lepiej opisane. Te w Bezmyślnej wcale nie są "nabrzmiałe emocjami". Wcale.

Przejdźmy teraz do kilku cytatów i moich komentarzy. Nie wiem, jak Wam taka forma przypadnie to do gustu, więc nie będę się rozpędzała.
Kiedy dotarliśmy do samochodu Kellana, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Był to typowy, świetnie odrestaurowany muscle car z lat sześciesiątych - Chevy Chevelle Malibu, zgodnie z napisem na zderzeku: z błyszczącym czarnym lakierem, z wypolerowanymi na błysk chromowanymi wykończeniami, wymuskany i nieomal emanujący seksem. Doskonale pasował do swojego właściciela. Westchnęłam dyskretnie.
- Czy ja nie wspomniałam wcześniej, jak Kiera postrzega Kellana? Ten opis powinien Wam przypomnieć. Tak jakby przypominanie o tym było konieczne... W dodatku samochód emanujący seksem. Mam wrażenie, że główna bohaterka jest tak napalona, że nawet słup wysokiego napięcia byłby seksowny, gdyby tylko Kellan stanął koło niego. Co do ostatniego zdania, ja również westchnęłam dyskretnie, tyle, że z rozdrażnienia.

Nie będę przytaczała tej masy cytatów, które nic nie wnoszą, a w których dominuje słowo "oczywiście", jako podkreślenie tego, jaka jest Kiera. Bo przecież słowa "oczywiście" nie da się zastąpić innym, albo w ogóle go wyeliminować. Toż to takie istotne. Oczywiście. Oczywista oczywistość. Oczywiście. - Wybaczcie, nie mogłam się pohamować.

Akcja, kiedy Kiera przypomina sobie jak namiętną noc spędziła ze swoim współlokatorem.

... Czuję jego ciepłe wargi na moich ustach. Jego dłonie gwałtownie ściągają ze mnie spodnie... - Och, a więc to tam je znajdę, pomyślałam, zginając się wpół pod wpływem kolejnej fali mdłości.

Serio? Ja też!

... Błagam, żeby zabrał mnie do swojego pokoju... - O Boże! Skrzywiłam się. Błagałam go... Dosłownie błagałam go o to... Niech mnie ktoś zabije, proszę!

Zaczynam się rozglądać. Nie ma chętnych? Poważnie? No cóż. Tak więc cała przyjemność po mojej stronie ^^

Dobrego zdania o tej książce nie mam. Dlatego też nie polecę Wam Bezmyślnej.

poniedziałek, 10 marca 2014

"Rozkosze nocy" i "Żar nocy" Sylvia Day


Zacznę od tego, że teraz rzadko sięgam po literaturę erotyczną, a jeśli już po coś sięgam, to zazwyczaj wcześniej zapoznaję się opiniami na temat danej książki, tudzież serii. Tak też było w przypadku dzieł pani Day. Głównie recenzenci wypowiadali się pozytywnie na temat trylogii o Crossie, więc stwierdziłam: dlaczego nie? Z tym, że postanowiłam zapoznać się z serią pt. "Strażnicy snów". Jest to moje pierwsze spotkanie z autorką. Przyznać muszę, że wiele o niej słyszałam, ale zazwyczaj przechodziłam koło niej obojętnie. Czy styl autorki i treść jej książek przypadła mi do gustu? Zobaczcie sami. 

Bywają takie zmysłowe przyjemności, których można zaznać tylko w nocy… Przychodzi o Zmierzchu pomiędzy snem a rzeczywistością, aby spełnić jej tajemne pragnienia. Lyssa Bates nigdy nie doświadczyła takiej ekstazy, którą przyniósł jej mężczyzna o głębokich, przenikających duszę, niebieskich oczach, w których tkwi obietnica kuszącej bliskości i dekadenckich doznań. Ale ten nieznajomy, kochanek, nieśmiertelny uwodziciel jest tylko snem – fantomem z nocnych fantazji, który pewnego dnia materializuje się w drzwiach jej mieszkania.
Kapitan Aidan Cross wypełnia misję a namiętność, która trawi ich oboje, zrówna ich ciała jak i dusze, może mieć niebezpieczne konsekwencje w świecie snów… po obudzeniu zresztą też.

Oto on, Aidan Cross (swoją drogą ładne imię) przystojniak nie z tej ziemi (dosłownie), na którego widok wszystkie laski zrzucają kiecki i, którego pragną mieć tylko dla siebie  - znajomo brzmi, prawda? W prawie każdym paranormal romance są identyczne bożyszcza. Jest również ona, Lyssa Bates, zagubiona duszyczka, która pragnie schronienia w szerokich i silnych ramionach przystojnego mężczyzny. - To również pewnie brzmi znajomo. Dlatego jeśli idzie o postaci, to niczego szczególnego nam autorka nie zaserwowała, ale w sumie sami powiedzcie (i wskażcie mi) w dobie, gdzie tego typu książki rządzą, inny schemat. Także jeśli chodzi o tom I nowej serii pani Day, to szału nie ma. 

Za to podoba mi się świat snów. Książek, gdzie akcja rozgrywa się dużą (o ile nie większą) ilość czasu w snach poszczególnych postaci, jest niewiele. Albo ja nie miałam z nimi styczności. W dodatku podoba mi się, że autorka nie przesadzała z opisami, a już w ogóle byłam zachwycona, że nie wrzucała co piąte słowo wulgaryzmów. Wszystko było w miarę stonowane i czytało się to ze smakiem. 

Stacey Daniels zawsze pociągali niewłaściwi faceci, dlatego przeczuwa, że nieziemsko przystojny mężczyzna, który stanął na jej progu, jest wyjątkowy pod wieloma względami. Connor Bruce stanowi uosobienie jej najskrytszych fantazji erotycznych, jest bogiem, który przybrał postać oszałamiająco zmysłowego mężczyzny. Stacey zdaje sobie sprawę, że jeśli podda się namiętności, będzie musiała stanąć twarzą w twarz ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, mimo to nie potrafi oprzeć się kochankowi, bo jest on wszystkim, o czym zawsze marzyła. Niestety, Connor Bruce dźwiga brzemię, którego żadna kobieta nie udźwignie. Chociaż znajduje pocieszenie w ramionach Stacey, nie może ani na chwilę zapomnieć o swoim świecie nękanym przez przemoc i wojnę...

Muszę jednak przyznać, że tom II pt. "Żar nocy", bardziej przypadł mi do gustu. Szczerze powiem, że nie wiem z czego to wynika, skoro tematyka identyczna. Może dlatego, że to inne postaci wiodą tutaj prym. Może to właśnie one bardziej przypadły mi do gustu. Tak. Zapewne chodzi o to. Connora polubiłam już w pierwszym tomie (ah, szkoda, że to nie on ma na imię Aidan!). Connor jest taki bardziej przyziemny (albo tylko ja odniosłam takie wrażenie).

Trzeba przyznać autorce, że co, jak co, ale erotyki to ona umie pisać. Ma do tego głowę kobieta, więc do treści erotycznej nie mogę się kompletnie doczepić, jednak jeżeli chodzi o świat fantastyczny... Cóż, ta strona jest dużo słabsza. Wszystko wydaje się takie (sama nie wiem jak to określić, może) naciągane? Nie wczułam się w ten świat paranormalny kompletnie, aczkolwiek, jak wspomniałam wcześniej - świat snów wywarł na mnie całkiem pozytywne wrażenie.

Serię mogę polecić osobom, które lubują się właśnie w tym gatunku, gdyż jeżeli zwracacie uwagę na "namiętne" opisy, to nie powinniście się zawieźć. Ja, jeśli będę miała okazję, to zapoznam się z tomem kolejnym, skoro (moim zdaniem) II był lepszy od I, to może III będzie jeszcze lepszy? Kto wie.

Za ciekawą i rozkoszną przygodę dziękuję wydawnictwu Akurat!