wtorek, 15 grudnia 2015

"Red Rising: Złoty syn" Pierce Brown


Dziękuję!

Człowiek może stać się potworem, ale żaden potwór nie stanie się człowiekiem.
 Darrow au Andromedus, sławny absolwent Instytutu Marsa, wspina się coraz wyżej po szczeblach kariery wśród Złotej Elity. Jego drogę znaczy krew nie tylko wrogów, lecz i przyjaciół. Jednak celem Darrowa nie jest awans i bogactwo. Młodzieniec wypełnia inną misję – próbuje osłabić Złotych tyranów od wewnątrz i obalić ich bezwzględne rządy nad ludzkością. Wydaje się, że jest już blisko osiągnięcia celu, gdy ponosi klęskę. Świat Złotych gardzi przegranymi i spycha ich na dno bez litości. Nie ma tu przyjaźni, lecz tylko sojusze – dawni bracia stają się wrogami, a śmiertelni wrogowie aliantami. Darrow boleśnie się o tym przekona.
Czy uda mu się podnieść? Czy zdoła wypełnić swoją misję? Czy też stanie się potworem jak inni i polubi okrucieństwo, w którym nauczył się żyć?

Pamiętam jak zachwycił mnie tom pierwszy Red Rising: Złota krew. Były ochy i achy. Był zachwyt, bo to przecież debiut! Tak wspaniały debiut. Jeden z lepszych, jakie dane mi było przeczytać. Z niecierpliwością oczekiwałam tomu II, jednocześnie bałam się, żeby ten nie okazał się słabszy, żeby wszystko w nim - kolokwialnie mówiąc - grało. Pamiętam jak byłam zadowolona z postaci, ze stylu, z oryginalności... Jeśli jesteście ciekawi, jak ogromne wrażenie wywarł na mnie tom pierwszy, to zapraszam [KLIK].

Dzisiaj przyszedł czas na podzielenie się z Wami moją opinią na temat Red Rising: Złoty syn. Wydawnictwo zmieniło szatę graficzną tej trylogii (czy też może serii? sama nie wiem). Przyznam, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ją w internecie, nie byłam zachwycona. Bardziej podobała mi się okładka pierwsza, pierwszego tomu (nadal mi się podoba). Jednak, kiedy te cudne dwa tomy wpadły w moje ręce i zobaczyłam je na żywo, stwierdzam, że wydawca zrobił dobre posunięcie. Okładka ma to "coś". To "coś", co ma również sama treść, którą jestem oczarowana. Ba! Stwierdziłam, że jest to numer jeden na mojej liście najlepszych książek wydanych w tym roku. 

Red Rising ma w sobie coś takiego, co sprawia, że czytelnik nie może się jej oprzeć. Jeśli zacznie ją czytać, to przepadł. Na Amen. Nie ma przebacz. Powieść Brown'a porywa go w swoje odmęty i nie puszcza... A wszystko przez ciągłą akcję i to, jakie autor narzuca jej tempo. Nie ma ani chwili spoczynku! To jest w niej najlepsze, to, że ciągle coś się dzieje, ciągle coś zaskakuje czytelnika, a ten pochłania książkę z takim głodem, że nie potrafię tego ubrać w słowa. Ta książka/historia jest bardzo absorbująca, więc drogi czytelniku, jeśli chcesz się z nią zapoznać, to przygotuj się na to, że zarwiesz nockę, może nawet niejedną i dzień. To na pewno.

W ogóle ten kosmiczny świat (dosłownie kosmiczny!). Jestem zachwycona! Nie przepadałam nigdy za science - fiction, ale to nie jest typowe sf. O nie! Mars, Ziemia, Wenus... Interesująca, ale nieprzesadzona (opisowo) technologia, opis miejsc i zjawisk... Po prostu... Nie da się tego opisać. Autor ma tak rozbudowaną wyobraźnię i tak niespotykany dar przedstawienia tego w formie słów, że ciężko mi to opisać.

Każda postać, jaką wykreował autor, jest specyficzna, charakterna i nie sposób o niej zapomnieć. Ja upodobałam sobie Sevro, który rozbroił mnie w tomie pierwszym, a kiedy tylko pojawił się w drugim, oszalałam ze szczęścia. Brakowało mi tego wyszczekanego i oklętego małego drania. Właściwie w Red Rising jest sporo postaci, ale ani jednej nie da się pomylić z drugą (co często mi się zdarzało w innych książkach). Można powiedzieć, że mamy tutaj całą paletę barwnych postaci. Jedne są tymi "złymi" inne "dobrymi"... Jednak ciężko je ocenić w tych kryteriach: dobro, zło. I to też czyni je wyjątkowymi. 

Warto również zaznaczyć, że autor nie cacka się z bohaterami swojej powieści. O, co to, to nie. A tutaj uśmiercimy tego pana, a tutaj stracimy tę panią. I właśnie dzięki takim zabiegom często moje oczy się "pociły". Nie spodziewałam się, że sf będzie wyciskaczem łez. A tutaj niespodzianka. 

Tę trylogię/serię pragnę polecić każdemu. Z ręką na sercu. Ja ją pokochałam i mam nadzieję, że i Wam przypadnie ona mocno do gustu. W tej recenzji nie opisałam wszystkiego tak, jak chciałam, ale nigdy nie potrafię przelać wszystkich odczuć po przeczytaniu książki, która wywarła na mnie ogromne emocje. I to zakończenie... Miazga! Nadal nie mogę dojść do siebie, po tym, jaki los zgotował swoim bohaterom Pierce Brown. 

4 komentarze:

  1. Łooo kurde, czemu mi to robisz? Chwalisz nowe książki, a ja ciągle mam gigantyczną listę "do przeczytania" i nie wcisnę już nic nowego! No dobra, może na Red Rising się skuszę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robię Ci to dlatego, że tak dobrej książki nie możesz przegapić... Nie możesz! ;D

      Usuń
  2. Mam oba tomy trylogii za sobą i niecierpliwie wyczekuję finałowej części ^_^

    OdpowiedzUsuń
  3. W takim razie nie pozostaje nic innego jak rozejrzeć się za tą trylogią po Nowym Roku :)

    OdpowiedzUsuń