Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieca. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 kwietnia 2018

"Alice i Oliver" Charles Bock

Dziękuję!


Nowa przejmująca LOVE STORY XXI WIEKU
Alice Culvert ma w sobie prawdziwą moc: jest pełna pasji, niezależna, bystra i prześliczna. Przyciąga uwagę wszędzie, gdzie tylko się pojawi, nawet w gwarnym Nowym Jorku lat 90. – i jest tym zachwycona. Żyje bardzo intensywnie – tym trudniej uwierzyć, kiedy poznaje lekarską diagnozę swego stanu... Tak pełna energii osoba nie może przecież po prostu zniknąć. Życie Alice i jej męża Olivera nagle sprowadza się do jednego: walki o przetrwanie. Para walczy z chorobą, stawiając również czoła meandrom systemu opieki zdrowotnej, dobrym intencjom bliskim i głębokiemu, niebezpiecznemu stresowi, który odpycha od siebie małżonków.

Charles Bock szczerze, humorystycznie, mądrze i czule opisuje niezapomnianą historię pewnej rodziny – zainspirowaną jego własnymi, osobistymi przeżyciami.


Książek o tak ciężkim temacie, jakim jest wyniszczająca choroba, przerobiłam naprawdę sporo. Rzadko na nie narzekałam, bo zdaję sobie sprawę z tego, że takie książki nie są lekkie ani w napisaniu, ani w odbiorze. Nie sprawiają, że czytelnik czuje się lepiej…. Niemniej sprawiają, że po przeczytaniu takiej historii przemyśli kilka spraw. Zrobi reorganizację w priorytetach życiowych, zastanowi się nad wieloma rzeczami. Przynajmniej tak jest ze mną. We mnie tego typu powieści zawsze wzbudzają burzę emocji, a ja uwielbiam kiedy książka wywołuje emocje. Niewątpliwie historia Alice i Oliver do takich tytułów należy. Chociaż muszę zaznaczyć, że nie są to emocje takie, jakie towarzyszą mi podczas czytania fantastyki, czegoś śmiesznego czy pełnego zawrotnego tempa akcji.

Jak już wspomniałam, nie jest  to książka lekka, wesoła i poprawiająca nastrój, ale na pewno taka literatura jest potrzebna. Myślę jednak, że żeby docenić taką literaturę, trzeba do niej dojrzeć, dlatego polecam ją głównie osobom, które raz: są gotowe na dużą dawkę opisów o dorosłych ludziach i ich problemach. Dwa: lubią tego typu powieści. I trzy: są dojrzałe emocjonalnie. Warto to napisać, bo myślę, że Alice i Oliver to historia, którą należy docenić, spodziewając się tego, że nie jest to powieść na jeden wieczór.

Historia naprawdę fajnego małżeństwa, takiego "z życia" wziętego, któremu los spłatał dużego figla, bo przecież nie może być za dobrze, prawda? Przyznać muszę, że pierwsze strony podobały mi się, później przez kilkanaście, czy nawet może kilkadziesiąt stron, historia tej dwójki nieco mi się dłużyła. Później wszystko wróciło na dobre tory i jednogłośnie oceniam książkę, jako dobrą. Dała mi do myślenia i poruszyła mnie - właśnie tego od niej oczekiwałam. W dodatku pomimo ciężkiego tematu, a może właśnie dzięki niemu, okazała się ciepłą, dobrą i taką… wbrew pozorom pozytywną powieścią, którą chętnie Wam polecam.

wtorek, 3 października 2017

[Przedpremierowo] "It Ends with Us" Colleen Hoover


Dziękuję!
Premiera 11 października

Czasem te osoby, które najmocniej nas kochają, potrafią też najmocniej ranić.

Lily Bloom zawsze płynie pod prąd. Nic dziwnego, że otworzyła kwiaciarnię dla osób, które… nie lubią kwiatów, i prowadzi ją z pasją i sukcesami. Gdy poznaje przystojnego lekarza Ryle’a Kincaida i rodzi się między nimi wzajemna fascynacja, Lily jest przekonana, że jej życie nie może być już lepsze.

Tak mogłaby skończyć się ta historia. Jednak niektóre rzeczy są zbyt piękne, by mogły trwać wiecznie. To, co się kryje za idealnym związkiem Lily i Ryle’a, jest w stanie dostrzec jedynie Atlas Corrigan, dawny przyjaciel Lily. Kiedyś ona była dla niego bezpieczną przystanią, teraz sama potrzebuje takiej pomocy. Nie zawsze jesteśmy bowiem dość odważni, by stanąć twarzą w twarz z prawdą… Szczególnie gdy przynosi ona tylko cierpienie.

Gdyby złamane serce mogło przybrać jakąś formę, stałoby się tą książką. Odważna i głęboko osobista powieść Colleen Hoover zdobyła w 2016 roku nagrodę czytelników Goodreads Choice Awards za najlepszy romans.

Ponoć In End with Us jest najlepszą książką Colleen Hoover. Czy się z tym zgadzam? Ja osobiście pokochałam November 9 (moja opinia KLIK), do tej pory była to moja ulubiona książka tej autorki, a teraz do pary dobrałam jej In End with Us, żeby było im raźniej. Obie te książki znalazły w moim sercu szczególne miejsce, i chociaż są od siebie zupełnie różne, to jednak obie są emocjonujące, a to lubię. 

In End with Us jest książką mocną, poruszającą ważny i prawdziwy temat. Jest książką zaskakującą, łapiącą za sercę i mało przewidywalną. Mało? Ano mało, bo niektóre rzeczy dało się przewidzieć na starcie, zaś niektóre sprawiały, że nie mogłam dojść do siebie. Cholera. Hoover opowiedziała nam coś ze swojego życia i jest to coś mocnego i coś, czym nie każdy chciałby się podzielić z całym światem. Dlatego szacunek dla autorki. Twarda i fajna z niej babka!

Coś o postaciach... I naprawdę nie wiem jak to ugryźć, żeby nie zdradzić Wam ważnych szczegółów. Ale nic, postaram się. Poznajemy historię Lilly oraz Atlasa z dwóch perspektyw (przeszłości i teraźniejszości). W teraźniejszości do akcji wkracza również Ryle, który jest czarującym, przystojnym facetem. Lilly, Atlas i Ryle to główni bohaterowie, których ścieżki przecinają się po kilka razy. 

W przeszłości dzieło się sporo, nasza główna bohaterka nie miała cudownego dzieciństwa. Jej ojciec był tyranem, bił matkę tak, żeby nie było widać, niszczył ją psychicznie i gwałcił. Cudowne małżeństwo, prawda? A ona ciągle z nim była... I tutaj autorka świetnie przedstawia nam jak działa psychika ofiary, dlaczego kobiety zostają ze swoimi oprawcami, dlaczego nie zgłaszają pobić i znęcania. Wiele osób powie "głupia, że się tak daje, powinna to zgłosić!", a Hoover w swojej książce pokazuje nam tę relację z bliska i wyjaśnia, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Czy Lilly również była gnębiona przez ojca? Nie cieleśnie, chociaż nie można powiedzieć, że się to na niej nie odbiło. Jakie dziecko, patrząc na takie rzeczy przechodzi nad tym do porządku dziennego? Chyba żadne. Lilly uciekała w inny świat, znalazła sobie przyjaciela, a po pewnych tragicznych wydarzeniach minęło wiele lat i ze smutnej dziewczynki wyrosła na piękną i pewną siebie kobietę. Kobietę, którą czeka wiele trudnych wyzwań...

Lilly po śmierci ojca postanawia spełnić swoje marzenie i otworzyć swój biznes, kwiaciarnię inną, niż wszystkie. Poznaje ukochanego mężczyznę, jej rodzina powiększa się o cudowną szwagierkę, jej relacja z matką wraca na dobre tory. Wszystko może wydawać się idealne, jednak w jednej chwili jej świat pryska, niczym bańka mydlana, a ona jest w pułapce, w którą sama weszła. Naprawdę, jeszcze chyba nigdy nie było mi tak żal głównej bohaterki... 

Autorka, jak już wspomniałam, poruszyła naprawdę ciężki temat, z którym ciężko sobie poradzić, i który raczej rzadko jest poruszany w książkach. Przynajmniej ja niewiele razy się z nim spotkałam, dlatego pozwoliłam sobie na takie stwierdzenie. W wielu rodzinach wszystko wygląda na piękne i ładne. Sztuczne uśmiechy, idealne pozy... W wielu rodzinach to tylko pozory, ale nikt nie chce wtrącać się w życie innych, nawet, kiedy zauważy, że ewidentnie coś jest nie tak. Wszystko można zobaczyć po dzieciach, które nie udają, z których można czytać, jak z otwartej księgi. Niemniej, społeczeństwo jest ślepe, albo co gorsza, udaje ślepotę. 

Jeśli szukacie czegoś mocnego, poruszającego i wstrząsającego, to powinniście sięgnąć po In End with Us. Ponadto, uważam, że ten tytuł jest obowiązkowym, jeśli chodzi o fanki Hoover. Osobiście polecam.

niedziela, 16 lipca 2017

"Dzielnym będzie przebaczone" Chris Cleave


 Dziękuję!
Wybucha II wojna światowa. Mary North odkłada ukończenie edukacji na później, przyjeżdża do siedziby War Office i zgłasza się na ochotnika, by służyć ojczyźnie. Bystra i odważna Mary jest przekonana, że będzie świetnym szpiegiem. Gdy, ku swojemu zaskoczeniu, zostaje nauczycielką, decyduje się walczyć z uprzedzeniami, by chronić dzieci, o których istnieniu społeczeństwo chętnie by zapomniało.
Tom Shaw postanawia odpuścić sobie wojnę - póki jego współlokator, Alistair, nieoczekiwanie nie zgłosi się do wojska i nie stanie się jasne, że konflikt zbrojny jest nieunikniony.

Kiedy Mary poznaje Alistaira, tematem równie ważnym, co wojna, staje się miłość, która wystawi ich na ciężką próbę. Mary, Tom i Alistair poznają smak przemocy, namiętności, przyjaźni i zdrady.

Ta zabawna, a jednocześnie przejmująca książka łączy słabo znane epizody historii z opowieścią o wielkiej miłości i przekonuje, że największy wpływ mają na nas osobiste cierpienia, codzienne potyczki i tryumfy.

Na wstępie napiszę Wam, że zaskoczyła mnie ta książka... I to bardzo zaskoczyła. Spodziewałam się pewnej melancholijnej i dramatycznej powieści, a otrzymałam bardzo zabawną, ciepłą i mega wciągającą lekturę! Jestem bardzo na tak, jeśli chodzi o powieść Dzielnym będzie przebaczone. Kurcze, tak czytałam tę książkę i to chyba pierwsza taka historia z wojną światową w tle, która ukazuje życie bohaterów w taki sposób...  W takim ciepłym, pełnym humoru, wyszukanym i przyjemnym klimacie. Jestem niezmiernie zadowolona, że mogłam ją przeczytać i już teraz mogę Wam ją polecić!

Głównych bohaterów jest tutaj dwoje (dodatkowych dwoje, równie ważnych jest nieco na drugim planie), a ich losy są ze sobą bardzo powiązane i splatają się w jedność. Na początku poznajemy Mary i byłam przekonana, że to ona będzie tutaj wiodła prym. Młoda dziewczyna, która podczas wojny pragnie coś zdziałać. Pragnie uczyć dzieci, nawet jej się to udaje, do pewnego momentu. Momentu kiedy jej plany legną nieco w gruzach, ale za to dziewczyna poznaje miłość. Jednak czy to jest miłość jej życia? Czas to wszystko zweryfikował. Niemniej nie o tym... Tom jest interesującym młodzieńcem, który jest nieco tchórzliwy, ale bardzo sympatyczny. Tom mieszka wraz ze swoim najlepszym przyjacielem Alistairem, który wyrusza na wojaczkę. Pewnego razu Alistair wraca na przepustkę do miasta, w którym niegdyś mieszkał. Tom bardzo chciałby, żeby jego przyjaciel był szczęśliwy, tak jak on sam, i w tym celu pragnie wraz z Mary zapoznać go z Hildą. Najlepszą przyjaciółką Mary. Wszystko się jednak komplikuje, ponieważ Alistair najchętniej widziałby u swego boku ognistą (włosami i temperamentem) Mary...

Nie myślcie jednak, że jest tutaj jakiś trójkąt miłosny, czy coś w tym rodzaju. Właśnie za to taki ogromny plus dla autora, który świetnie to wszystko przedstawił. Tę całą zawiłość w relacjach, emocjach, uczuciach i wydarzeniach. Bardzo mi się do podobało. I to, jak to wszystko potrafiło się zmienić, jak wiele rzeczy mnie zaskoczyło...

Dzielnym będzie przebaczone, to nie historia, która wniesie jakąś nowość w świat książek o tematyce wojny światowej, ale książka, która mimo wszystko wyróżnia się na ich tle. Może tym humorem, tym opisem relacji? Na pewno ja o niej nie zapomnę i zawsze, gdy będę czytała kolejną książkę z wątkiem wojny, będę sobie ją przypominała.

Autor ma świetny styl językowy. Zawsze książki o takim klimacie czytało mi się średnio lekko, a tutaj? Przez całą treść niemalże przepłynęłam ja jednym oddechu. Nawet nie zauważyłam, kiedy ją skończyłam. Lekkość tej książki zawdzięczamy fajnym dialogom, nieprzesadzonym opisom miejsc i wydarzeń, świetnie wykreowanym postaciom oraz wcześniej wspomnianemu stylowi językowemu. Przyjemność czytania oceniam na celujący.

Książka Dzielnym będzie przebaczone, jest o miłości, straconej, nowej, nieszczęśliwej, trudnej. O przyjaźni, zaufaniu, oddaniu, dążeniu do celu... Pomocy bliźniemu i wartościach, o których często ludzie zapominają. Dlatego gorąco polecam Wam tę historię. Sądzę, że jeśli lubicie te wszystkie tematy poruszane w literaturze, to się nie zawiedziecie.

czwartek, 13 lipca 2017

"Światło, które utraciliśmy" Jill Santopolo

Dziękuję!
Nauczyłeś mnie, że zawsze trzeba szukać piękna. W ciemności, w ruinach potrafiłeś odnaleźć światło. Nie wiem, jakie piękno i jakie światło teraz odnajdę. Ale spróbuję. Zrobię to dla ciebie. Bo wiem, że ty zrobiłbyś dla mnie to samo.

Lucy i Gabe poznali się 11 września 2001 roku. Gdy wieże WTC runęły, a pył przykrył Nowy Jork, zrozumieli, że życie jest zbyt kruche, by przeżyć je bez pasji i emocji. I zbyt krótkie, by nie być razem.
Wkrótce jednak Gabe postanawia przyjąć pracę reportera na Bliskim Wschodzie i wtedy wszystko się zmienia. Lucy dowiaduje się o jego decyzji w dniu, w którym produkowany przez nią program telewizyjny zdobywa nagrodę Emmy. Dzień jej triumfu staje się też dniem, w którym coś nieodwracalnie się kończy. W kolejnych latach Lucy będzie musiała podjąć niejedną rozdzierającą serce decyzję. Czy pierwsza miłość okaże się też ostatnią?

Z książką Światło, które utraciliśmy, jest tak, że pierwsze kilkadziesiąt stron było takie sobie. Takie meh! Odebrałam je jako nudne i zastanawiałam się kiedy będzie lepiej, i czy w ogóle będzie. Miałam nadzieję, że jednak tak i oczywiście był jeden wielki zwrot... W końcu coś się zadziało! Coś, co zmusiło mnie do czytania dalej, a nie odłożenia książki w najciemniejszy kąt. Zastanawiałam się, czy aby na pewno dalej będzie tak dobrze, albo ciutkę lepiej. Miałam tylko nadzieję, że nie będzie gorzej.

Książka przewidywalna? Hm... Na pewno wiele wątków można było śmiało przewidzieć, a nawet na początku książki przemyśleć i dać chwilę na "na pewno będzie tak i tak". I rzeczywiście nie można powiedzieć, że historia Jill Santopolo jest zaskakująca, przewrotna i robi wielkie wow. Nie. Niemniej nie sądzę też, żeby o to w nich chodziło. Natomiast jako ciekawa i zajmująca obyczajówka z porywem do dramatu, na pewno tak. Wiecie, Światło, które utraciliśmy nie jest wesołą i lekką opowieścią. Nie będziecie się przy niej zaśmiewać. Może uronicie kilka łez, zwłaszcza gdzieś tam (nie zdradzę) w którymś momencie. Ja przez większość czasu czytałam ją bez większych emocji, ale wiem, że sporo osób się zachwyca, więc może akurat dopadła mnie jakaś znieczulica. Nie chodzi też o to, że stwierdzam tutaj jakąś ujmę tej lekturze. Nie! Dzielę się moimi spostrzeżeniami i odczuciami z lektury, to wszystko. Jak zawsze.

Mało emocjonalnie podeszłam do tej książki, mało emocjonalnie ją odebrałam i mało emocjonalnie podchodzę do tej recenzji. Natomiast nie twierdzę, że książka ta jest słaba. Absolutnie nie. W końcu oceniam ją jako dobrą lekturę, ale czytałam dużo lepsze w takim kontekście, jaki przedstawiła autorka. To wszystko. 

Cała treść jest napisana w formie takich wspomnień, gdzie bohaterka imieniem Lucy, przedstawia nam ważne i mniej ważne wydarzenia ze swojego życia. Muszę przyznać, że z początku taka forma narracji nie do końca mi przypasowała. Niemniej z biegiem fabuły, przekonywałam się do niej coraz bardziej, aby w końcu stwierdzić, że jest świetna. W pewnym czasie poczułam, jakby sama Lucy opowiadała mi swoją historię, jak najlepszej koleżance, co uznaję za ogromny plus.

Relacje pomiędzy bohaterami są takie prawdziwe. Takie, jakie dotykają setki osób na świecie. Tylko coś mi nie pasowało, może się czepiam. Jednak uważam, że te wszystkie emocje są zbyt mdłe, autorka mogła dodać im więcej mocy i wyrazistości. I pewnie rzutowałoby to też na to, że ja, jako czytelnik odebrałabym je emocjonalnie, a tak to... Meh.

Światło, które utraciliśmy, to książka o stracie, o radzeniu sobie z ciężkimi wyborami. Przede wszystkim jednak o miłości. Tej, która wypala nas ze środka, która potrafi zdziałać wiele, ale jednak gór nie przenosi. Zastanawiało mnie na ile ta miłość ze strony jednego z bohaterów jest prawdziwa. Jill Santopolo rzuciła swoje postaci na głęboką wodę: miłość czy kariera. Miłość czy rozwój. Miłość czy wolność. Niszczycielska miłość... Sporo tego i jest to intrygujące, a czy sami sięgniecie po lekturę Światła, które utraciliśmy? Mam nadzieję, że dacie jej szansę i sami sprawdzicie, czy Wam się podoba.

poniedziałek, 3 lipca 2017

"Wszystko, co w Tobie kocham" Smantha Young

Dziękuję!

Witamy ponownie w Hartwell, spokojnym, nadmorskim miasteczku, idealnym miejscu, gdzie można uciec od wszystkiego i znaleźć uczucie, na które wcale nie czekałaś…
Bailey Hartwell ma wiele powodów do zadowolenia – odnosi sukcesy w interesach, ma grono oddanych przyjaciół i stałego chłopaka… chociaż po dziesięciu latach ich niezobowiązujący związek wydaje się nieco nudny i skostniały. Jedynym niepokojącym elementem w jej życiu jest przystojny biznesmen Vaughn Tremaine.
Bailey uważa, że ten przybysz z Nowego Jorku patrzy na wszystkich z góry, a ją uważa za prowincjonalną gęś. Jednak kiedy doświadcza niespodziewanej zdrady ze strony bliskiej osoby, zaskoczona stwierdza, że Vaughn to całkiem przyzwoity facet.

Vaughn podziwia Bailey za fantazję, niezależność i lojalność. Im więcej budzi w nim namiętności, tym częściej wchodzi z nią w konflikty. Każdy jej gest i słowo działa na niego jak afrodyzjak. Jednak dramatyczne przeżycia z przeszłości sprawiają, ze
Vaughn postanawia odejść, bojąc się, że ją skrzywdzi. Bailey, która przeżyła w życiu zbyt wiele rozczarowań, także rezygnuje z walki, wbrew swojej naturze.

Kiedy Vaughn zdaje sobie sprawę, że popełnił największy błąd swojego życia, postanawia za wszelką cenę przekonać Bailey, że taka miłość, jaka ich połączyła, zdarza się tylko raz w życiu.

Przyszła kolej na drugi tom świetnej kobiecej serii o miasteczku Hartwell, którą bardzo lubię! Ten tom, chyba nawet bardziej, niż poprzedni. Poważnie, książka idealna na oderwanie się od codzienności. Wystarczy dobra herbata, wygodne miejsce i oddajemy się czytaniu. Wraz z bohaterami książki Smanthy Young, przemierzamy uliczki miasteczka Hartwell i zaprzyjaźniamy się z tamtejszymi mieszkańcami. Ta seria, ma taki właśnie, swojski klimat, który mnie kupił całkowicie.

W tym tomie poznajemy losy przebojowej i nie dającej sobie w kaszę dmuchać Bailey, którą poznaliśmy w tomie pierwszym. Bailey jest niepozorną, uroczą i twardą kobietą, której życie dało porządnego kopa w jeden dzień. Jednak dziewczyna, nie załamała się, podniosła na nogi i pokazała losowi środkowy palec (tak, to do tej postaci pasuje!). Już w tomie pierwszym, autorka dała nam do zrozumienia, że pomiędzy Bailey a Vaughnem aż iskrzy! Wiedziałam, że w tym tomie będzie się działo! Ta dwójka ma temperament, nie jest to ogień i woda - to dwa płomienie ognia, które pochłoną Was całkowicie! 

Duża dawka humoru i emocji - to na pewno. Wiele razy śmiałam się pod nosem, ponieważ te potyczki słowne pomiędzy dwójką głównych bohaterów, były takie urocze i zabawne! A emocje? Wiecie, nie zdradzę Wam za dużo, bo i po co? Niemniej, wierzcie mi, że sporo się tutaj dzieje... I tego dobrego i nie. Jest żal, smutek, czasem niedowierzanie i wściekłość. Jednak koniec końców zawsze kończy się to wszystko uśmiechem. 

Okładka! O niej powinnam wspomnieć. Jest taka piękna, ciepła i pełna miłości, że szok. Jak tylko ją zobaczyłam, wiedziałam, że będzie zdobiła moją biblioteczkę. Czyż nie jest śliczna? Uwielbiam na nią patrzeć. A Wam, drogie panie, polecam gorąco zapoznanie się z tomem pierwszym, który jest nieco bardziej gorrrrący (na pewno wiecie o co mi chodzi). Koniecznie zapoznajcie się również z "Wszystko, co w Tobie kocham", jest inna niż swoja poprzedniczka, a może nawet ciut lepsza? Ja polecam obie!

piątek, 23 czerwca 2017

"To jedno lato" Dorota Milli


Dziękuję!



Lukrecja Lis, dziewczyna z charakterem, doradca klienta w warszawskim banku, po kolejnej porażce miłosnej postanawia odpocząć od miasta i jedzie do Dźwirzyna, rodzinnej miejscowości.
Musi odczarować zły urok i stworzyć nowy plan na życie.

Luka myśli głównie o sobie, małymi miasteczkami gardzi, a ich mieszkańców uważa za nieudaczników. Pewnym krokiem przemierza chodniki nadmorskiego Dźwirzyna, unosząc wysoko zgrabną bródkę. Stukot Lukowych szpilek dociera do ucha lokalnego kierowcy busa bałtyckiego kurortu, przystojnego Huberta. Warszawianka staje się wyzwaniem dla pewnego siebie mężczyzny.
Oboje beztrosko korzystają z uroków polskiego wybrzeża smaganego pachnącą bryzą i pełnego urokliwych fal oblewających piaszczyste brzegi.
Ani Luka, ani Hubert nie spodziewają się jednak, czym stanie się dla nich to jedno lato, i dokąd ich zaprowadzi nadmorska plaża...

Piękna wakacyjna opowieść o uczuciu rodzącym się nad cudownym Bałtykiem, w otoczeniu sosnowego lasu, najpiękniejszych plaż i najsmaczniejszych gofrów z truskawkami...

Skusiła mnie wakacyjna okładka, całkiem ciekawy opis zapowiadający świetną letnią lekturę i... Właśnie i co? Czy dobrze zrobiłam, że skusiłam się na lekturę książki To jedno lato? Czy może jednak źle zrobiłam?
Powiem Wam, że każdego po trochu, przejdę więc do rzeczy...

Na początek pochwalę wydanie - naprawdę cudne! Ma taki letni klimat, że patrząc na nie jesienią czy zimą, będę myślała o wiośnie i lecie. Wycieczkach rowerowych nad stawy i ciszy, której się tam mogę oddawać. I te kolory! Zresztą, ja chwalę niemalże wszystkie wydania wydawnictwa Filia, więc wiecie... Teraz przejdę do pomysłu, który też pochwalę, bo taka mega lekka, zabawna i niezobowiązująca lektura to jest to, czego czasami poszukuję, żeby się odprężyć i odpocząć od tych "cięższych". Uważam również, że autorka poradziła sobie z wykorzystaniem pomysłu i uprzyjemniła tym samym czas spędzony na lekturze jej książki.

Podobało mi się również to, że styl, jakim autorka napisała książkę, jest przyjemny, nieskomplikowany i dzięki temu bardzo szybko czytało mi się perypetie głównej bohaterki. Jednak tym, do czego się przyczepię, jest objętość książki. Już podczas czytania mówiłam sobie, że na pewno ujmę to w opinii. Książka równie dobrze mogłaby być o jakieś dwieście stron cieńsza, serio. Wystarczyłoby wywalić jakieś duperele i niewiele znaczące opisy. Takie moje zdanie. 

Nie zapałałam wielkimi uczuciami do bohaterów, jakie stworzyła Dorota Milli. Niestety. Lukrecja i jej wielkomiejskie zachowanie strasznie mnie drażniło. Znalazła się dama, co ze wsi wyjechała do Warszawy i kurde pani na włościach. Nic jej nie pasuje, sam plebs ją otacza, w ogóle nie oddychajcie ludzie tym powietrzem co ona, bo jeszcze wieś z niej wyjdzie. Nic nie poradzę na to, że w realnym życiu takie osoby strasznie działają mi na nerwy, dlatego Lukrecja miała u mnie bana na polubienie już na samym starcie. Życie. Jakoś niespecjalnie też przypadł mi do gustu Dec, który wydawał mi się na siłę być luzakiem, cwaniakiem i takim pewnym siebie chłopaczkiem. Poza tym, te skróty imion też mi się nie podobały... Chociaż Dec, to nazwisko Huberta, więc nie będę się czepiała. Dec i Luka - nie brzmi to trochę amerykańsko? Nie pasowało mi to, lepsze byłyby całe imiona i zdecydowanie lepiej by mi się to czytało. Może innym to nie będzie przeszkadzać, mnie niestety drażniło.

Jeśli chodzi o dialogi i ogólny humor panujący w powieści... Hmm... Jest i dobrze i niedobrze. Zacznę od tego, że czasami te dialogi i wydarzenia rzeczywiście były zabawne, a czasami chyba ten humor był wciskany na siłę. Takie odniosłam wrażenie... Albo po prostu mój humor nie pokrywa się z humorem książkowym - tak też bywa. Jeśli chodzi o relację pomiędzy Hubertem (Dec) i Lukrecją, to też będę się czepiać. Takie darcie kotów, trochę na wyrost... Potem na szczęście poszło to w lepszym kierunku, więc koniec końców, było ok.

To jedno lato, to książka, która, jak sami widzicie, podobała mi się i nie podobała. Są rzeczy, które były w porządku, ale są też takie, które mnie raziły. Niemniej jeśli szukacie czegoś niezobowiązującego, kobiecego, lekkiego i całkiem fajnego, to może się skusicie?

wtorek, 20 czerwca 2017

"Uciekająca narzeczona" Denise Hunter

Dziękuję!

Ona pamięta tylko tyle, że go kocha. On nie może zapomnieć, w jaki sposób go rzuciła.
 Wstrząs mózgu wymazał siedem miesięcy z życia Lucy. Dziewczyna nie przypomina sobie rozstania z narzeczonym, Zakiem Callahanem, na tydzień przed ślubem ani przeprowadzki do Portland. I naturalnie, nic nie wie o swoich następnych zaręczynach. Jedyne, co pamięta, to to, że Zac jest jej droższy nad życie.
Po nieoczekiwanym i niewyjaśnionym odejściu Lucy, Zac przez wiele miesięcy nie mógł odzyskać równowagi. Z rozpaczy rzucił się w wir pracy na rodzinnej plantacji i w swojej restauracji w Summer Harbor. A teraz Lucy znowu pojawia się w jego świecie – bezdomna, bezradna i… zakochana. Potrzebuje go, by poskładać od nowa swoje życie. Lecz co będzie, gdy Lucy wróci pamięć?

Może wydam Wam się nudna, ale... Uwielbiam Denise Hunter! Tak wiem, już to widzieliście, chyba przy każdej recenzji książki tejże autorki, ale co ja poradzę, że tak właśnie jest? Uciekająca narzeczona, to kolejna trafiona w punkt historia romantyczna dla każdej kobiety z romantyczną duszą. 

Jak w opisie, trochę klimat filmowy mi się nasunął, co oczywiście w moim przypadku wpłynęło na plus odbioru tejże książki. Czyta się ją niesamowicie szybko i przyjemnie. Właśnie ten lekki styl Hunter lubię chyba najbardziej. Oczywiście prócz sympatycznych postaci i fajnie skrojonych wątków miłosnych! Uciekająca narzeczona to moje czwarte spotkanie z twórczością Denise Hunter i czwarte udane. Co mi się w niej podobało? A może jest coś, co nie do końca mi spasowało? 

Uciekająca narzeczona, to drugi tom serii Summer Harbor. Serii o trzech braciach Callahan. Tym razem autorka rzuciła na tapetę życie Zaca, którego poznaliśmy w tomie pierwszym. Zac był tam markotny, smutny i nie do życia, jednak nic dziwnego, skoro narzeczona porzuciła go tuż przed ślubem. Chłopak się załamał w końcu, Lucy była miłością jego życia. Mija siedem miesięcy od tego zdarzenia i Zac stara sobie na nowo ułożyć życie, aż tu nagle bum! Dostaje telefon i dowiaduje się, że jego była narzeczona myśli, iż nadal są parą... To go zbija z tropu, ale pędzi jej na ratunek, bo wiecie... Miłości nie da się od tak wyrzec, wymazać i nie myśleć o niej. To tak nie działa i Hunter daje tego przykład, historią Zaca.

Lekka, przyjemna i kobieca - tak oceniłabym ją w trzech słowach. Idealna na wiosnę, lato, jesień i zimę. Na każdą porę dnia, na pogodę i niepogodę. Na chandrę i śmiech. Tak to już jest z książkami tej autorki, że można je czytać zawsze i wszędzie. Fajni bohaterowie, przejmująca historia, śmieszne akcje, ciekawe wątki i przyjemny warsztat autorski. Czego chcieć więcej od takiego kobiecego czytadła? Myślę, że to wszystko. I jestem zadowolona z całokształtu. 

wtorek, 6 czerwca 2017

"Boskie lato" Denise Hunter

Dziękuję!

Historia skłaniająca do śmiechu, wzruszająca do łez. I uczucie – bardzo problematyczne...
 Madison McKinley straciła najbliższą osobę – brata bliźniaka. Czy można uporać się z taką tragedią? Pomimo wsparcia ze strony rodziny i satysfakcji, jaką czerpie z pracy weterynarza, śmierć Michaela wciąż prześladuje ją w snach. Znała jego myśli i pragnienia tak, jakby były jej własnymi. Starając się odnaleźć ukojenie, postanawia spełnić niedoszłe marzenie brata i wygrać doroczne regaty na rzece Ohio. Jest gotowa pokonać wszelkie przeciwności, a nawet stoczyć walkę z własnymi lękami, potrzebować będzie tylko kogoś, kto pomoże jej poznać tajniki szybkiego pływania łodzią. A któż nadawałby się do tego lepiej niż Beckett O’Reilly? Nie cieszył się wprawdzie dobrą reputacją, ale do spełnienia wytyczonego celu wydawał się być idealnym człowiekiem. Nic ich przecież nie łączyło i oboje mogli się skupić tylko na nauce żeglowania.
 Wbrew jej woli przeszłość nie daje jednak o sobie zapomnieć, a z każdym dniem gorącego lata uczucie silniejsze niż zwykłe koleżeństwo coraz bardziej zbliża ich do siebie.
Czy Madison uda się wykrzesać dość siły, by spełnić marzenie brata? A może tajemnica, którą skrywa przed nią Beckett, zniszczy w zarodku ich kiełkującą miłość? Z jakimi wyzwaniami przyjdzie jej się jeszcze zmagać?

Boskie lato, to kolejna książka Denise Hunter, która trafiła do mojego serca. Jednak wciąż na pierwszym miejscu jest  Taniec ze świetlikami, który notabene jest drugą częścią Boskiego lata. Tak, jak to ja, zaczęłam od tomu drugiego, ale! Ale nie ma tego złego, niczego sobie nie zaspoilerowałam, a nawet powiem Wam, że cieszę się, iż właśnie od Tańca ze świetlikami zaczęłam. Ot, co!

Boskie lato (jak każda książka Hunter), to idealna powieść dla romantyczek i kobiet, lubiących miłosne opowieści. Miłosne, ale nie byle jakie, i bez polotu. Co to, to nie. Każda książka Hunter jest interesująca i każda ma w sobie coś innego, co może przypaść do gustu wielu kobietom. Mnie jak na razie podobała się każda jej książka. Od Tańca ze świetlikami, przez Jak płatki śniegu... aż do Boskiego lata. A przede mną Uciekająca narzeczona, której jestem niezmiernie ciekawa i czuję, że spodoba mi się równie mocno! Także śmiało powiedzieć mogę, że... Powieści Denise Hunter mają to coś!

W tej książce poznajemy trudy pogodzenia się z utratą bliskich. Poznajemy sytuacje, w których opinia innych potrafi człowiekowi dowalić. Są też sytuacje w których bohaterowie postawieni są w trudnych sytuacjach, jak - miłość czy rozum. Duma czy poryw serca. Główna bohaterka będzie poddana ciężkiej próbie, będzie musiała też przezwyciężyć strach (nie byle jaki, coś o nim wiem!) i odważnie podejść do pewnego zadania.

Jeśli chodzi o bohaterów tejże książki, to nie znalazłam takiej, której bym nie polubiła. Główna bohaterka, pomimo tego, że ciutkę czasem mnie denerwowała, to i tak zaskarbiła sobie moją sympatię. Jeśli chodzi o pana B. kupił mnie całkowicie. Nie wiem, po prostu facet ma w sobie coś takiego, co sprawia, że nie da się go nie lubić. Przynajmniej ja nie potrafię. Cała rodzina Madison jest świetna, zżyta ze sobą i oddana, co zauważyłam w Tańcu ze świetlikami. Lubię takie nieprzerysowane relacje, prawdziwe, jakby z życia wyciągnięte. Dzięki temu czuję się tak... Swojsko (?) czytając takie książki. I taki właśnie swojski klimat zaserwowała po raz kolejny Hunter. Za to między innymi ją sobie cenię.

Miłość, walka z przeszłością, cierpienie, walka z przeciwnościami losu, mierzenie się z własnymi słabościami, oddanie, czyste uczucia... I wiele więcej! To wszystko w Boskim lecie znajdziecie (nie czuję, jak rymuję). Jestem zadowolona z lektury i za chwilę sięgam po kolejną książkę autorki. To chyba uzależnienie!

środa, 24 maja 2017

"Jak płatki śniegu..." Denise Hunter

Dziękuję!

Eden Martelli jest zbyt pochłonięta ucieczką z sideł śmierci, by uświadomić sobie, że zmierza prosto w ramiona miłości.
 Klucząc wiejskimi drogami, ona i jej oniemiały synek, zmuszeni są kryć się przed ludźmi. Zatrzymani przez awarię samochodu, bez grosza przy duszy i szans na nocleg – nie mają żadnego pomysłu na przetrwanie Bożego Narodzenia w Summer Harbour.
 Pomocny i zaradny Beau Callahan doskonale rozwiązuje problemy… innych ludzi. Odszedł z biura szeryfa, aby prowadzić rodzinną plantację choinek świątecznych, ale nadal nie pogodził się ze śmiercią rodziców i nie ma sił, by stawić czoła samotności podczas świąt.
 Kiedy na progu jego domu staje poszukująca pracy Eden, Beau widzi w niej odpowiedź na swoje modlitwy. Kobieta budzi zaufanie, jest bardzo sumienna i… ujmująco piękna. Z czasem okazuje się jednak, że skrywa wiele tajemnic.
 U progu Bożego Narodzenia Eden dopada przeszłość.
Beau zrobiłby wszystko, by ją chronić, ale kto ochroni jego przed uczuciem do kobiety, która boi się zaufać komukolwiek?

Kolejna książka Denise Hunter, którą pokochałam. Poważnie, książki Hunter - to jest to! Absolutnie polecam te powieści romantyczkom. Spodoba Wam się i tego jestem pewna w 100%.  Jak płatki śniegu... to kolejna ciepła i wzruszająca historia, ale nie tylko miłosna. To historia o odnalezieniu bezpiecznego miejsca na ziemi. O zrozumieniu siebie i swojego losu. O rozpoczęciu nowego życia, o własnych słabościach. Jak płatki śniegu... to cudowna powieść rozpoczynająca kolejny interesujący cykl książek Hunter. Cykl ten ma nazwę Summer Harbor i o ile dobrze się orientuję, będzie on o braciach Callahan. Jestem ogromnie ciekawa losów każdego z nich. Wszyscy trzej są fantastycznymi mężczyznami i chcę, a wręcz pragnę dowiedzieć się, co dalej z ich życiem! Na szczęście już kolejny tom tejże serii jest dostępny w księgarniach.

Eden wraz ze swoim synkiem nie mieli łatwego życia. Kobieta walcząc o swoje życie musi uciekać i ukrywać się przed kimś, kto czyha na życie jej, i jej synka. Micah widział, kto zabił jego ojca i jest ważnym świadkiem, którego morderca musi zlikwidować, by wyjść na wolność. Trochę to przerażające i poruszające... Bardzo polubiłam Eden i Micah, przeżywałam to, co się im przydarzyło i trzymałam kciuki, żeby wszystko było dobrze. Chociaż wątek miłosny był do przewidzenia, to i tak czytałam to wszystko z zapartym tchem. 

Beau Callahan (książkowy Keanu Reeves) to kolejny idealny męski bohater, jakiego wykreowała Hunter. Nie myślcie sobie, że przez słowo "idealny" chcę powiedzieć, że to grecki bóg, adonis itp, jak to niektóre autorki co rusz określają swoich wymuskanych bohaterów. Nie! To taki oczywisty, prawie realny mężczyzna, z sercem na dłoni, którego można jeść łyżkami. Autorka nie przesadza z przymiotnikami jeśli chodzi o bohaterów swoich książek, bo oni bronią się sami i nie trzeba czytelnikowi walić w oczy jaki to zaszczyt go spotkał, że może poznać pana adonisa. Poważnie. I to jest ogromny ukłon w stronę Denise Hunter! Cudownie tworzy swoich bohaterów książkowych. 

Historia Eden i Beau należy do tych słodko - gorzkich. Jest jednocześnie urocza, jak i smutna. To jest jej mocną stroną, bo nie jest przesłodzona i jednocześnie, przesadzona. Mamy tutaj przeżycia głównych bohaterów, ale i poznajemy problemy bohaterów dalszych części. A to możemy odebrać, jako wprowadzenie w ciąg dalszy. Nie ma chyba postaci w tej książce, której bym nie polubiła. Bracia są świetni, ich ciotka również... Jestem ogromnie ciekawa kolejnego tomu, który jest o Zaku! Nie mogę się doczekać, aż przeczytam jego historię.

Jak płatki śniegu... jest idealną kobiecą lekturą. Jak wspomniałam, jeśli macie romantyczną duszę, lubicie książki o miłości z czymś innym w tle oraz subtelność, to ta książka jest dla Was. Ja przeczytam wszystko, co stworzy Hunter, tego jestem pewna. Osobiście gorąco polecam!

czwartek, 4 maja 2017

"Taniec ze świetlikami" Denise Hunter

Dziękuję!

Przez kilka lat Jade próbowała chronić swoje wrażliwe serce. Teraz wraca do domu w Chapel Springs, a w jej życie ponownie wkracza Daniel, sprawiając, że znowu chce jej się tańczyć.
Dorastając w niewielkim miasteczku nad rzeką Ohio w stanie Indiana, Jade McKinley zawsze czuła się jak chwast w ogrodzie różanym. Wyjeżdżając, była przekonana, że nigdy już nie spojrzy wstecz. Teraz, gdy jest samotna, w ciąży i bez grosza przy duszy, nie ma innego wyboru – musi wrócić.
Daniel Dawson, burmistrz Chapel Springs, od wielu lat był przyszywanym członkiem rodziny McKinley'ów. Jego krewnych nigdy przy nim nie było, więc odnalazł swoje miejsce w pełnym życia domu McKinley'ów. Od lat jest zakochany w Jade, jednak ona uważa go za starszego brata. Teraz, gdy dziewczyna wraca po rocznej nieobecności, jego uczucia rosną w siłę.
Jade usiłuje się ustatkować, ale wszystko idzie nie po jej myśli. Dziewczyna ukrywa przed rodziną swoje tajemnice i czuje, że mężczyzna, który od dzieciństwa nazywał ją „pętakiemˮ, dziwnie ją pociąga. Powrót do domu może okazać się bardziej skomplikowany, niż mogłaby sobie wyobrazić.

Okładka? Sztosik. Bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Wydawnictwo, dobra robota! Żałuję tylko, że brakuje jej skrzydełek, ale co zrobić. Treść równie piękna, jak okładka - czyli mamy to! Książkę zaczęłam czytać rano i nie mogłam się od niej oderwać. Tak bardzo mnie wciągnęła i, tak bardzo mi się spodobała, że nie odpuściłam jej. Skończyłam ją tego samego dnia, którego zaczęłam. Nie dozowałam sobie przyjemności czytania, ale nic straconego, bo już niebawem kolejna cudowność Denise Hunter zasili księgarnie!

Sama nie wiem od czego mam zacząć. Początek mnie zszokował i byłam ciekawa, co będzie dalej. Jak potoczy się ta "sprawa". Miałam jedynie nadzieję, że autorka nie zrobi z tego dramatu nie do ogarnięcia i wiecie co? Jest to tak fajny obyczajowy romans, że mogłabym podskoczyć ze śmiechem i stwierdzić, że właśnie tego szukałam! Ale nie podskoczę, bo mogłabym się uszkodzić (ha!).

Taniec ze świetlikami, to niebywale urocza, sympatyczna, pełna miłości powieść, którą polecę każdej kobiecie. Sądzę, że spodoba się każdej, a co! Już sama okładka czaruje nasze damskie oczęta, a treść jest bardzo, ale to bardzo fajna i wdzięczna (o ile można tak napisać o książce). Dobra, bo ja tu tak jadę zachwytem, a przecież nie wspomniałam nic o treści i bohaterach, tak więc...

Poznajemy dwudziestokilkuletnią marzycielkę imieniem Jade, która straciła ukochanego, wyjechała do wielkiego miasta i myślała, że tam życie potoczy się inaczej, że będzie mogła zapomnieć o tym, co było. Jednak życie pokazało jej figę z makiem i Jade nie dość, że przeżyła coś okropnego, to jeszcze będzie jej to dawało w kość przez długi czas. Są jednak plusy takiego obrotu spraw. Dziewczyna wraca do małego miasteczka, z którego pochodzi. Wraca do rodziny i przyjaciół, jednak ma pewien sekret... A wraz z nim, lawinę "problemów". Czy szczęście się do niej uśmiechnie? Czy znajdzie miłość, taką prawdziwą, podobną do tej, którą kiedyś utraciła? Czy wszystko potoczy się po jej myśli? Od początku tego wszystkiego, co dobre jej życzyłam. Bardzo polubiłam Jade. Nie należy ona do bohaterek, które użalają się nad swoją niedolą. Nie. Ona prze naprzód! Nie daje się przeciwnościom losu, wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że są one jej siłą napędową. Jade jak najbardziej na plus. Jej rodzinka również przypadła mi do gustu.

Jest i on! Daniel Dawson, wzięty przystojniak, który żadnej pracy się nie boi. Jest burmistrzem, strażakiem, chętnie pomaga każdemu, kto tej pomocy potrzebuje. Przy tym jest bardzo dobry, czarujący, miły, grzeczny... Fajnie, że autorka nie pokusiła się o zrobienie z niego łobuza. Łobuzy w literaturze już powoli mi się przejadają... Daniel jest prostym i naprawdę przyjaznym facetem, którego z gromnicą szukać. Postać Daniela również na plus. Bardzo cieszy mnie to, że Hunter stworzyła swoje postaci tak, a nie inaczej, bo moim skromnym zdaniem, są idealne.

Co ja jeszcze mogę dodać... Chyba tylko tyle, że teraz jestem fanką pióra Denise Hunter i koniecznie będę musiała poznać pozostałe jej książki. KONIECZNIE! A Wam, moje drogie Panie z całego serca polecam Taniec ze świetlikami. Ja jestem bardzo zadowolona z lektury i sądzę, że na pewno jeszcze do niej wrócę!

czwartek, 13 kwietnia 2017

"Marlene" Hanni Münzer

Dziękuję!

Wyczekiwana kontynuacja bestsellera Miłość w czasach zagłady.
 Monachium, lipiec 1944 roku. Marlene Kalten, przyjaciółka Debory Berchinger, stoi w milczeniu przed zbombardowaną kamienicą przy Prinzregentenplatz. Sądzi, że Deborah i jej mały braciszek Wolfgang nie żyją.
 Nic nie jest jednak w stanie złamać żelaznej woli Marlene, która odważnie rzuca się w wir walki i wkrótce staje się najbardziej poszukiwaną kobietą w Rzeszy. Poznaje niezwykłe osoby i nawiązuje wyjątkowe przyjaźnie, w końcu spotyka miłość swojego życia – mężczyznę, który gotów jest zrobić wszystko, by uratować niewinne dzieci.
Wkrótce Marlene staje wobec tragicznego wyboru: może zmienić losy wojny i ocalić miliony ludzi, lecz ceną za to będzie śmierć mężczyzny, którego kocha.
Wojna, to bardzo ciężki temat. Książki, które do niej nawiązują czytam rzadko, co nie oznacza, że ich nie lubię. Raczej chodzi o to, że bardzo je przeżywam, wyobrażając sobie co musieli przejść moi bliscy podczas II Wojny Światowej. Bardzo sobie cenię dobre podejście autorów takich książek. To, ile pracy włożyli w ich napisanie, tak aby czytelnik poczuł, że wydarzenia są prawdziwe... Odczuł wszystkie istotne emocje, wczuł się w powieść i chciał więcej. Niewątpliwie Hanni Münzer podołała wszystkiemu, co wymieniłam. A może nawet więcej. Cholernie dobrze oddała emocje i okrucieństwo wojny. Nie mam jej kompletnie nic do zarzucenia. 

Marlene przez wojnę straciła swoich najbliższych. Swoją miłość, rodzinę i wiarę w dobroć człowieka. Jednak nie straciła nadziei i siły, która ją napędza. Czy kobieta znowu się zakocha? Czy poczuje tak silną więź, jaką czuła z Jakubem? A może będzie się bała zaufać i powierzyć ponownie swoje serce mężczyźnie? Jedno jest wiadome, Marlene pragnie by wojna się skończyła... Pragnie również ponownie poczuć się kochana...

Marlene wraz z piętnastoletnią, upartą i krnąbrną Trudi wyrusza do Polski, by kontynuować swoją misję. Obie te postaci ujęły mnie za serce. Trudi jest zabawną, odważną i żywiołową dziewczyną, która walczy w słusznej sprawie i jest jej całkowicie oddana. Marlene jest tą roztropniejszą, w końcu to teraz ona sprawuje opiekę nad Trudi (chociaż raczej z konieczności, aniżeli z wyboru). Podoba mi się kreacja ich, jak i postaci drugoplanowych, które autorka stworzyła całkiem wyraziście. 

Opisy, wydarzenia i akcja - te aspekty książki, prócz oczywiście bohaterów oraz emocji, należy docenić. Naprawdę Hanni Münzer odwaliła kawał dobrej roboty. Kiedy zaczęłam lekturę Marlene, nie mogłam się od niej oderwać. Niewątpliwie autorka ma talent! W dodatku w książce tyle się dzieje, że nie można sobie pozwolić na odłożenie jej, choćby na chwilę. Autorka przedstawiła wszytko w tak realny sposób - te rozbudowane i szczegółowe opisy - że miałam wrażenie, jakbym tam była i wraz z Marlene wszystko przeżywała. Lubię coś takiego i za to ogromny plus!

Jeśli lubicie wojenne historie z miłością w tle, to polecam Wam książki,  zarówno Miłość w czasach zagłady, jak i Marlene. Świetne pozycje, na które warto zwrócić uwagę i, którym warto poświęcić swój cenny czas. Na pewno się nie zawiedziecie!

sobota, 8 kwietnia 2017

"Złapać Milionera" Max Monroe

Dziękuję!
Randki w ciemno? Portale randkowe? Szybkie randki? Ona przerobiła już wszystko.
 Georgia Cummings nie ma szczęścia w umawianiu się z facetami, a Internet wcale jej w tym nie pomaga.
 Mimo usilnych starań nie potrafi znaleźć wyjścia z tego dziwacznego, alternatywnego wszechświata, w którym panowie uważają zdjęcie swojego przyrodzenia za świetną alternatywę dla rozmowy. Jeszcze raz ktoś przyśle jej dwuznaczną fotkę i skreśli mężczyzn na dobre...
Ale dlaczego nie potrafi przestać fantazjować akurat o tym gościu?
 Kline Brooks jest uosobieniem niegrzecznego milionera – ma ciemne, krótkie włosy, kaloryfer jak Cristiano Ronaldo i zabójczy uśmiech.
Oprócz tego ma też zasadę – nie umawia się ze swoimi podwładnymi.
Ona również nie zamierza się do niego zbliżać.
Ich hormony mają jednak zupełnie inne plany…

Kilka pierwszych stron i szczena mi opadła. Nie tego się spodziewałam, lekki szok i lekkie zniesmaczenie. Pomyślałam sobie "cholera, jak tak będzie cały czas, a główny bohater będzie chamem, to nie wiem co zrobię". Wiecie, książka ma prawie 600 stron! A tutaj bum! Bohater nieziemsko czarujący, zabawny, mega sympatyczny, mądry i oddany - jakże pierwsze strony były mylące. Im bardziej w las (treść), tym lepiej. Serio. Złapać milionera to książka, która jest mega zabawna i w ogóle... Ja chcę już kolejny tom! Wiem o kim będzie i jestem niezmiernie ciekawa ich perypetii.

Złapać milionera, to takie idealne kobiece czytadło na poprawę humoru. Czytadło, w którym znajduje się sporo odważnych scen erotycznych. Dużo się dzieje, jest kupa śmiechu i... Nie ma czasu na nudę. Jestem na tak!

Bardzo polubiłam się z postaciami Złapać milionera, a raczej zawsze coś mi w tego typu książkowych postaci nie gra. Kline oraz Georgia są naprawdę sympatyczni i mega zabawni. Nie polubiłam się natomiast z przyjaciółką Georgii... Taka przerysowana cwaniara, której teksty były poniżej poziomu. Niemniej, mam nadzieję, że w kolejnym tomie autorka pokaże ją z tej lepszej strony, bo naprawdę chciałabym ją polubić. Jeśli chodzi o pana Kline'a, myślałam, że jako milioner, mega przystojniak i w ogóle, Kline będzie zapatrzonym w siebie cwaniakiem, a tutaj takie zaskoczenie! Kline jest przesympatyczny, dobry, skromny, uroczy i w ogóle, same pozytywy. A Georgia? Zakręcona, ale pozytywnie. Również sympatyczna i urocza. Bardzo polubiłam tę dwójkę i z przyjemnością czytałam o ich relacji.

Max Monroe, to duet dwóch pisarek, które mają lekkie i przyjemne pióro. Książkę czyta się szybko z uwagi na to, w jakim lekkim tonie jest napisana. Podoba mi się to, jak autorki stworzyły bohaterów i całość Złapać milionera. I chociaż historia ta nie jest czymś nowym w literaturze kobiecej, to na pewno warto zwrócić na nią uwagę. Polecam!

Złapać milionera, to pierwszy tom z cyklu Bad Boys. Cyklu, który zapowiedział się bardzo dobrze i mam przeczucie, że kolejne tomy mogą być równie dobre, jak pierwszy. Jestem bardzo ciekawa kontynuacji Bad Boys i odkrywania perypetii kolejnych bohaterów. Zważywszy na odważne sceny erotyczne, polecam książkę dojrzałym czytelniczkom. Drogie Panie, mam nadzieję, że będziecie się przy niej bawić równie dobrze, jak ja!