Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ebook. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ebook. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 stycznia 2018

"Moja Lady Jane" Cynthia Hand, Jodi Meadows i inni...


Opis wydawcy:
Prześmieszna, fantastyczna, romantyczna i (niezupełnie) prawdziwa historia Lady Jane Grey. Książka Moja Lady Jane autorstwa Cynthii Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows to jedyna w swoim rodzaju opowieść fantasy osadzona w tradycji ustanowionej przez Narzeczoną dla księcia Williama Goldmana, której bohaterami są król niespecjalnie garnący się do królowania, jeszcze mniej garnąca się królowa i szlachetny rumak, a która nie grzeszy przesadnie nabożnym szacunkiem dla źródeł historycznych. Bo czasem nawet historii trzeba nieco pomóc.
Szesnastoletnia Lady Jane Grey, mająca niebawem wyjść za zupełnie obcego mężczyznę, wplątuje się w konspirację, celem której jest obalenie jej kuzyna, króla Edwarda. Ale Jane nie zawraca sobie głowy takimi błahostkami, skoro ma niebawem zostać królową Anglii.


Nagrodźmy tę znakomicie napisaną, błazeńską i pełną przygód historyczną fantasy gromkim hip, hip, hura! Miłośnicy inteligentnego humoru, barwnej fantastyki i lekkiego romansu będą oczarowani każdą stronicą. (Voice of Youth Advocates)

Tudorowie spotykają Monty Pythona. Przygotujcie się na salwy śmiechu, tylko pereł​​ nie pogubcie​. (Tahereh Mafi, autorka bestsellera "New York Timesa", cyklu "Dotyku Julii")

Prześmieszna? taaa... 
Fantastyczna i romantyczna - przepraszam bardzo gdzie?! W którym miejscu?!
Inteligentny humor... Taaa - to jest prześmieszne i przezabawne! 
I ta brzydka okładka...

O co chodzi?

Właściwie do tej pory nie wiem. O konie, o potomka, o władcę, o książki, o miłość, czy… Nie wiem, nie pomogę...


Jak to z tymi postaciami:

Gdybyście mogli zobaczyć moją minę, powiedziałaby Wam wszystko. Jak dla mnie, kreacja bohaterów jest tak słaba, jak cała ta książka. Nie wiem czym tu się zachwycać (patrząc na zachwyty innych). Zdecydowanie przereklamowany twór. Edward - ciepłe kluchy. Jane - sama nie wiem czy chodząca niewinność, czy pyskata niewiasta, czy po prostu głupia niunia kreowana na lady. Grycośtam (już nawet imienia nie pamiętam), ten koniowaty, co to ciska się ciągle, żeby wołać na niego G! Nie wiem, nie ogarniam. Mam naprawdę otwarty umysł, ale i tak nie trafia to do mnie. Kompletnie nie moja bajka. A przecież zmiennokształtnych tak bardzo lubię. Po prostu tutaj są przedstawieni komicznie i ŹLE.

Dobrze się czytało?

Książkę czyta się nieźle. Szybko i nie trzeba się jakoś specjalnie skupiać na jej treści, bo właściwie nie jest ona górnolotna. Jest całkowicie ogłupiająca, więc sięgniecie po nią, na własną odpowiedzialność. Ja radzę skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą. A na autorkach się zawiodłam. Tyle.

Wnioski:

O matko, co ja czytam… To pierwsze, co przyszło mi na myśl po rozpoczęciu tej lektury. Ta promocja tej książki, w której wszyscy zachwycali się humorem, postaciami i nowym ukazaniem historii Moja Lady Jane jest moim zdaniem mocno albo całkowicie przereklamowana. Humor taki słaby, że po prostu żenujący… Ani raz… Zaznaczam ANI RAZ się nie uśmiechnęłam podczas czytania tego czegoś. Dialogi pożal się Boże. Wtrącenia autorek bardzo słabe. Wniosek jest jeden - wkurzała mnie wszechogarniająca promocja Lady Jane i już wtedy wiedziałam, że jest to słabizna do potęgi. A teraz tylko się w tym utwierdziłam. To chyba jedna z najsłabszych książek, jaką przeczytałam w ostatnim czasie. NIE POLECAM!

Ocena:

Niedostateczny.

poniedziałek, 11 września 2017

"Zła Julia" Leisa Rayven

Dziękuję!
Cassie przekonała się, że czasem miłość nie wystarczy. Minęło kilka lat, a ona nadal nie wie, dlaczego Ethan odszedł, nie oglądając się za siebie. Kiedy ponownie zjawia się w jej życiu, Cassie musi odegrać najtrudniejszą rolę – przybrać maskę obojętności, podczas gdy jej serce wyrywa się do ukochanego.
Gdy Ethan i Cassie otrzymują angaż w tej samej sztuce, ponownie zbliżają się do siebie. On w głębi duszy wierzy, że dostanie jeszcze jedną szansę, i przyrzeka, że naprawdę się zmienił. Ona wraca myślami do minionego czasu i próbuje zrozumieć to, co się wydarzyło. Przekonuje się jednocześnie, że nadal nie zna całej prawdy o swoim ukochanym. Czy nieufność rozdzieli ich na zawsze? A może miłość pozwoli im rozpocząć zupełnie nowy akt...?

Pierwszy tom bardzo mi się podobał (tutaj moja opinia KLIK). Zabawny, coś nowego, coś rozbrajającego. A drugi? Cóż... czy on się w ogóle czymś różni? Wydaje mi się, że to jest dokładnie to samo co było w jedynce. Nic nowego, nic co by mnie porwało, a nawet sądzę, że "żart" się popsuł. Jakoś w pierwszym tomie śmiałam się często, a tutaj, cóż. Może ze dwa razy? Coś poszło nie tak. I sądzę, że lepiej byłoby, gdyby autorka skończyła na tomie pierwszym.  

Treścią Złej Julii jestem rozczarowana i znudzona. Nie wciągnęłam się, bo i po co, skoro wszystko już wiem. Nie poczułam większej sympatii do bohaterów, bo dlaczego, skoro nic się u nich i w nich nie zmieniło. Treść mnie nie porwała, bo niczego porywającego w niej nie ma. A emocje? Hmm... Jakie emocje? No właśnie. Uważam, że Zła Julia jest dokładnie taka sama jak jej tytuł, po prostu ZŁA. Nie wiem, spodziewałam się czegoś super, czegoś takiego jak pierwszy tom, ale jestem zawiedziona i to bardzo.

Cassie w tym tomie straciła na charakterności, stała się taka mało konkretna. A w Złym Romeo była taką super laską! Ja nie wiem co to się porobiło. Yh.  Ethan? Hmm... Mam wrażenie, że jaki był, taki jest. Owszem fajny i skomplikowany, ale jeśli żadne zmiany nie zachodzą w postaciach i nie dzieje się w historii nic nowego, to uważam, że to jest po prostu słabe. A i okładka, taka sama, jak tomu pierwszego, tylko zmienione kolory... Szkoda, że tak wyszło, bo to również jest słabe. Zapewne nie tylko ja tak uważam.

Autorka nie rozwinęła się na przestrzeni tych dwóch tomów. Stanęła w miejscu i pociągnęła coś, jakby na siłę. Takie mam odczucie po przeczytaniu tomu drugiego. Nie wiem czy będzie tom trzeci, ale moim zdaniem jest on KOMPLETNIE zbędny. 

Moje zdanie na temat Złej Julii? Gdybym wiedziała, że jest to historia, która nic nowego nie wnosi w moje czytelnicze życie i życie bohaterów, to pewnie bym jej nie przeczytała. Szkoda. Spodziewałam się jakiegoś fajnego i zaskakującego zakończenia, fajnej kontynuacji, a przede wszystkim zabawnej. Niestety się zawiodłam. 

środa, 6 września 2017

"Nie myśl, że znikną" Marcin Grygier


Dziękuję!
Jest spokojny kwietniowy dzień, gdy grupa chłopców znajduje w parkowym jarze ciało mężczyzny. Zwłoki są nagie od pasa w dół, twarz zmasakrowana, a w pośladki wbite kawałki szkła. Ofiarą okazuje się śląski biznesmen.
Kilka dni później zostają odkryte kolejne zmasakrowane zwłoki.
Czy te sprawy są ze sobą powiązane? Czy komisarz Walter, który został przeniesiony do Katowic z komendy stołecznej, ma do czynienia z ofiarami szaleńca? A może to tylko zbieg okoliczności. Czasami wszystko jest po coś…

Poprzednia książka Marcina Grygiera bardzo mi się spodobała. Nie mogłam doczekać się kontynuacji. Nie myśl, że znikną dorównuje swojej poprzedniczce? Jak myślicie? Bywa tak, że kontynuacje wcale nie są lepsze, a i poziomem odbiegają od swoich poprzedniczek. Na szczęście w przypadku Nie myśl, że znikną, ta teoria się nie sprawdziła, bowiem ten tom jest równie dobry, jak poprzedni.

W tomie poprzednim (odsyłam do mojej recenzji KLIK) wiele się działo. Autor stworzył fajną i skomplikowaną sprawę. W kontynuacji serii o Komisarzu Walterze mam wrażenie, że sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, wciągająca i przerażająca. Bardzo podobało mi się to rozwiązywanie tych zawiłości. Rzucanie podejrzeniami na poszczególne postaci i odkrywanie prawdy strona, po stronie. Marcin Grygier ma niezwykły zmysł do tworzenia zarówno bohaterów, jak i wydarzeń. Doceniam jego twórczość i uważam, że tworzy swoje dzieła nawet lepiej od niektórych zagranicznych autorów i autorek powieści kryminalnych czy sensacyjnych. My, jako czytelnicy, musimy doceniać swoich autorów, a tego szczególnie. Dlatego zachęcam do sięgania po jego dzieła. Kawał dobrej roboty!

Z tego, co się orientuję, to nie tylko ja jestem zaskoczona faktem, że Marcin Grygier nie jest tak doceniany jak np. Remigiusz Mróz... A przyznać muszę, że mnie bardziej podoba się twórczość Grygiera. Trochę dziwne jest to, że tak dobry autor, który z mocą zadebiutował książką Nie patrz w tamtą stronę, nie wybił się tak, jak powinien. Rozumiem, że to ten (czasem przesadzony) szum wokół niektórych autorów, potrafi zagłuszyć i przyćmić innych pisarzy... Jednak wołam do Was: KSIĄŻKI MARCINA GRYGIERA SĄ WARTE PRZECZYTANIA I DAJCIE IM SZANSĘ! POLECAM!

Dobra, dość biadolenia, teraz przejdę do konkretów. Treści książki nie będę zdradzać, wszystko co potrzebne znajduje się w opisie wydawcy. Niemniej muszę wspomnieć o tej świetnie uknutej intrydze, tajemnicy i przyprawiających o ciary opisach. Nie mogłam oderwać się od treści Nie myśl, że znikną. Poważnie, kiedy zaczęłam czytać i wciągać się w treść, nie mogłam przestać. Tak wciągające historie lubię! W ogóle postaci, jakie stworzył autor są tak realne, przyziemne, że aż miło się jest z nimi "zaprzyjaźnić" i zżyć się z nimi. Może nieprzesadnie, ale chociaż tak trochę, bo z jedynym, z którym można zżyć się na dłużej jest Walter.

Akcja, morderstwa, tajemnice, Polska, świetny język, wciągająca sprawa kryminalna, świetni bohaterowie? To wszystko i jeszcze więcej w nowej książce Marcina Grygiera pt. Nie myśl, że znikną. Nie lada gratka dla fanów sensacji i kryminału. Ja bawiłam się wyśmienicie i gorąco polecam Wam zapoznanie się z tomem poprzednim i tym. Warto!

czwartek, 27 lipca 2017

"Opiekunka do dzieci" Elisabeth Herrmann


 Dziękuję!

Wszystko wskazuje na to, że adwokat Joachim Vernau odniesie życiowy sukces i zrobi wspaniałą karierę. Ma poślubić Sigrun Zernikow, a tym samym nie tylko wejść do berlińskich wyższych sfer, lecz także zostać partnerem w renomowanej kancelarii adwokackiej ojca Sigrun, Utza. Podczas planowanego przyjęcia zaręczynowego ma zostać wprowadzony do rodziny. Kiedy jednak niespodziewanie pojawia się Ukrainka, która prosi go o zdobycie podpisu Utza na spisanym cyrylicą dokumencie, na fasadzie uczciwości nobliwej rodziny pojawia się pierwsza rysa. Utz ma bowiem swoim podpisem poświadczyć, że jego rodzina podczas drugiej wojny światowej zatrudniała jako opiekunkę do dziecka robotnicę przymusową, dzięki czemu ta mogłaby teraz otrzymać odszkodowanie. Utz wszystkiemu zaprzecza, drze na strzępy i wyrzuca dokument. Zdarzenie to szybko zostałoby zapomniane, jednak ciało Ukrainki niedługo później zostaje wydobyte z Landwehrkanal. Chociaż Vernau przeczuwa, że w ten sposób naraża swoją świetlaną przyszłość w rodzinie, zaczyna zadawać niewygodne pytania. Historia ukraińskiej robotnicy przymusowej wydaje się bowiem być prawdziwa, a Joachim znajduje jednoznaczne ślady nadzwyczaj lukratywnego handlu dziełami sztuki, które zostały zagrabione nazistom…

Opiekunka do dzieci, to moje trzecie spotkanie z twórczością Herrman i na pewno nie ostatnie. Autorka tworzy świetne kryminały, od których nie można się oderwać. Zagmatwana akcja, tajemnicze wątki, świetni bohaterowie, lekkie pióro i akcja, która nie daje nam odpocząć, pomimo, że nie nie biegnie na złamanie karku. Po prostu książki Elisabeth Herrmann mają to coś. Coś, co powinno skusić wielu zwolenników kryminałów i sensacji. 

Przyznam, że nie czytałam opisu, bo po prostu nie zawsze to robię, żeby czasem nie zaspoilerować sobie treści. Dlatego zaskoczenie było ogromne, gdy na instagramie dziewczyny mi napisały, że główną rolę w tej książce odgrywa kto inny, a nie Sanela Beara. Trochę się obawiałam, że jak to?! Dlaczego?! Tak polubiłam tę bohaterkę, że nie wyobrażałam sobie, aby ktoś inny był głównym bohaterem tej historii. Niemniej, kiedy poznałam Joachima i przyzwyczaiłam się do myśli, że to on teraz jest panem i władcą tego tomu, przekonałam się do niego. Szkoda tylko, że o Saneli nie było żadnej mowy w tej historii, spodziewałam się, że w którymś momencie jednak się pojawi, ale jednak nie. I kluczowym aspektem, o którym powinnam wspomnieć jest to, że cykl ten jest o Joachimie, a nie o Saneli. Taka ze mnie ignorantka niedobra, że nawet tego nie sprawdziłam! Niemniej, ten cykl również stał się tym lubianym przeze mnie. Jestem bardzo zadowolona z lektury i czekam na tom drugi. Z niecierpliwością! 

Teraz coś o wydarzeniach w książce, o moich odczuciach na jej temat i o tym, czy może cykl o Joachimie Vernau okazał się lepszym od tego o Saneli Beara? 

Opiekunka do dzieci jest to książka wciągająca, zaskakująca, trochę szokująca, tajemnicza i naprawdę dobrze napisana. Jej bohaterowie są konkretni, wyraziści, mają nieprzeciętne poczucie humoru i raczej nie da się ich nie lubić. Trochę czasu zajmuje, zanim się je rozgryzie. 

Kolejna książka z motywem wojny, z tym, że tym razem pewna historia wojenna wraca do bohaterów po kilkudziesięciu latach i domaga się wyjaśnienia. Podczas wojny światowej coś się wydarzyło. Coś, co teraz nie daje żyć uczestnikom tegoż zdarzenia. Widmo przeszłości wisi nad rodziną, w którą wżenić się chce Joachim, dobry i wzięty adwokat. W życiu Joachima wszystko wiedzie się dobrze, aż do pewnego momentu, kiedy to odwiedza go pewna Ukrainka. Starsza pani burzy spokój Joachima oraz rodziny Zernikow, w którą ma wżenić się nasz bohater. Rodzina Zernikow jest szanowana, poważana i dobrze usytuowana politycznie. Nie może sobie pozwolić na najmniejszy błąd, a przeszłość niektórych jej członków, jest na nich oparta. Czy dlatego ginie pewna staruszka? Ktoś zaciera ślady, które mogą prowadzić do ujawnienia makabrycznych wyczynów pewnych ludzi. Czy dlatego życie pewnych osób jest zagrożone? Joachim pragnie odkryć prawdę. Co takiego łączy Ukrainkę z szanowaną, niemiecką rodziną?

Wiele jest teraz kryminałów, thrillerów i książek sensacyjnych, w których jest poruszany temat wojny światowej. Jedni autorzy lepiej go wykorzystują, inni odgrzewają stare kotlety, a jeszcze inni kompletnie nie radzą sobie z tematem. Elisabeth Herrmann poradziła sobie wyśmienicie. Może nie stworzyła niczego wielce odkrywczego w tym temacie (bo bądźmy szczerzy, chyba tego zrobić się nie da), niemniej poradziła sobie z tematem bardzo, ale to bardzo dobrze. Polityka, morderstwa, tajemnicze śledztwo, mroczne kąski z przeszłości? Kupuję to!

Jeśli lubicie tego typu książki, z właśnie takimi wątkami, to się nie zawiedziecie. Opiekunka do dzieci jest godna polecenia i godna uwagi, bo co tutaj dużo mówić... Jest po prosu świetną książką, zapowiadającą równie świetny cykl.

niedziela, 30 kwietnia 2017

"Jedyne wspomnienie Flory Banks" Emily Barr

Dziękuję!
SKĄD MAM WIEDZIEĆ, KOMU UFAĆ, SKORO NIE UFAM SAMEJ SOBIE?”
Flora cierpi na amnezję. Jej pamięć nie rejestruje bieżących wydarzeń, więc dziewczyna nie jest w stanie zapamiętać żartów koleżanki, poleceń rodziców czy chociażby tego, ile ma lat.
Pewnego dnia całuje się z kimś, kogo całować nie powinna i… udaje jej się o tym nie zapomnieć. To jej pierwsze wspomnienie odkąd skończyła dziesięć lat!
Niestety chłopak, który wstrząsnął jej światem wyjeżdża, i to daleko: do Arktyki.
Czy podróż jego śladem okaże się dla Flory lekarstwem na uszkodzoną pamięć? Kto zasłuży sobie na jej zaufanie?
Najbardziej oczekiwana książka roku.
Jedyne wspomnienie Flory Banks, to książka na pewno osobliwa i przejmująca. Zwłaszcza, kiedy odkrywamy pewne ważne wydarzenia/tajemnice, które wiele zmieniają nie tylko w świecie samej, głównej bohaterki... Ale również w naszym postrzeganiu tego, co w książce się wydarzyło. Z początku byłam zafascynowana treścią, bo i pomysł fajny, i jego wykorzystanie. Później gdzieś się zagubiłam w moich uczuciach na jej temat. Czasami trochę mnie nudziła, ciągłe powtarzanie jednego i tego samego potrafi być nużące. Niemniej autorka wyprowadziła mnie z tych nudnych momentów i co jakiś czas serwowała wciągające wydarzenia, więc mogę wybaczyć te chwile "słabości".

Zastanawiałam się, czy ja już coś takiego czytałam... Coś o bohaterce, która ciągle zapominała to, co miało miejsce dosłownie przed chwilą. I wiecie co? Nie przypominam sobie czegoś takiego (przynajmniej nie w literaturze), więc mogę śmiało powiedzieć, że książka Emily Barr jest czymś nowym, świeżym i oryginalnym. Sądzę, że może spodobać się naprawdę wielu czytelnikom, byleby ci umieli ją odpowiednio odebrać, bo nie jest to książka lekka i taka, którą możemy czytać bez skupienia się nad treścią.  Pomimo tego nie lekkiego tematu, autorka poradziła sobie bardzo dobrze. Operuje językiem lekkim i przyjemnym, przez co treść trafia do każdego czytelnika. Sposób przedstawienia tej osobliwej książki jest w dobrym znaczeniu prosty. 

Głównym wątkiem jest na pewno interesująca "przypadłość" Flory, jednak wątków jest więcej. Na ten przykład miłość, upragniona i poszukiwana samodzielność, poczucie bezpieczeństwa, zrozumienia i akceptacji.

Jedyne wspomnienie Flory Banks, jest niebanalną powieścią, której nie mogę porównać do żadnej innej, którą czytałam. Już sama bohaterka, siedemnastoletnia i zagubiona dziewczyna, która pomimo ogromnym przeciwnościom losu, pragnie pokazać jaka jest silna, mi zaimponowała. Plus dla autorki, za tak fajną postać. Właściwie o postaciach pobocznych ciężko mi coś więcej napisać, jak - dobrze nakreślone. Dlaczego? Dlatego, że to właśnie Flora kradnie czytelnikowi całą uwagę, a cała reszta gdzieś tam jest. Jest istotna, ale nie tak, jak nasza bohaterka.

Czy polecam Jedyne wspomnienie Flory Banks? Jeśli mi się spodobała, pomimo tego, co napisałam wyżej, to śmiało mogę polecić każdemu, kto szuka czegoś nowego, interesującego i przejmującego.

poniedziałek, 20 lutego 2017

"Dobroć nieznajomych" Katrina Kittle


Dziękuję!

Z pozoru normalna rodzina skrywa za zamkniętymi drzwiami mroczny sekret, który zmieni życie wszystkich jej znajomych…
Sarah Laden, młoda wdowa wychowująca dwóch synów, robi wszystko, aby jej rodzina, wbrew wszelkim przeciwnościom, trzymała się razem. Gdy wskutek wstrząsającego odkrycia rozpada się rodzina jej najlepszej przyjaciółki, Sarah znajduje w swoim i bez tego burzliwym życiu miejsce dla jeszcze jednego chłopca, ciężko doświadczonego przez los.
Jordan, cichy, wyobcowany szkolny kolega syna Sarah, Danny’ego, przeżył straszliwy koszmar. Sarah zgadza się wziąć go pod opiekę, nieświadoma, że decyzja ta zmusi ją to do zakwestionowania wszystkiego, w co od dawna wierzyła. Gdy łączące ich kruche więzy zaczynają pękać, Ladenowie muszą zmierzyć się z trudnymi prawdami o sobie i swoich relacjach i odkryć moc miłości, niezbędną, by przebaczyć i zaleczyć rany.

"Dobroć nieznajomych" to chyba najmocniejsza książka, jaką dane mi było kiedykolwiek czytać. Jestem nią naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczona i nie mogę przestać myśleć o historii w niej zawartej. Autorka zmierzyła się z naprawdę mocnym, kontrowersyjnym i okropnym tematem, jakim jest pedofilia. A co najlepsze? Poradziła sobie z tym rewelacyjnie! 

Przyznać muszę, że nie zapoznałam się z opisem tej książki, przed jej lekturą. Wystarczył mi znaczek - Kobiety to czytają oraz fakt, że książkę wydało wydawnictwo Prószyński i s-ka - jeszcze się nie zawiodłam na lekturach, które widnieją pod tymi szyldami. Dlatego też byłam przygotowana na dobrą i emocjonującą lekturę, ale nie na aż tak mocną tematycznie. Jestem bardzo, ale to bardzo usatysfakcjonowana historią, jaką stworzyła Katrina Kittle. Pomimo dominującego i nieprzyjemnego tematu, książkę czytało mi się rewelacyjnie. Czasem trzeba przeczytać coś takiego, chociaż pełno okrucieństwa w realnym świecie. Dlaczego? Dlatego, że autorka pokazała temat z innego punktu widzenia, aniżeli ten, który widzimy w wiadomościach czy czytamy krótkie i często mdłe artykuły w gazetach.

Jak już wcześniej wspomniałam, sama nie wiedziałam czego się spodziewać, toteż poznając historię Joordana krok po kroku, gęsia skórka pojawiała się na moich przedramionach, a serce się krajało. Żal, smutek, współczucie, ale i nienawiść, złość - to są jedne z mocniejszych emocji, jakie odczuwałam. Jak można skrzywdzić ufne i bezbronne dziecko? No jak?! Nigdy nie ogarniałam tego, jak można być taką bestią, bo człowiekiem ciężko kogoś takiego określić...

Autorka pokazała nam ten koszmarny temat z kilku punktów widzenia. Dzięki Sarah i jej dzieci, jako punkt widzenia "z boku". Natomiast dzięki Jordanowi poznajemy sedno sprawy, które może przerazić niejednego czytelnika. Nie mówię tutaj o strachu ogólnie pojętym... Mówię o przerażeniu, które odczułam sama, poznając historię tego małego chłopca, który przeżył okropieństwo. Chłopca, który pomimo koszmaru, jaki zgotowali mu dorośli, którzy mieli się nim opiekować - był twardy. Jednak jego ciało, jak i psychika zostały tak bardzo sponiewierane, że przez to zagubienie, pragnął coś z tym zrobić.

Nie chcę zbyt wiele Wam zdradzać. Dlatego może na tym skończę, jeśli chodzi o opis sedna sprawy w "Dobroć nieznajomych". Uważam, że tę książkę warto przeczytać. Ba! Gorąco Wam ją polecam, jednocześnie uprzedzając, że nie jest ona wesoła. Jest warta uwagi i na długo zapadnie w pamięć każdemu. 

niedziela, 29 stycznia 2017

[Przedpremierowo] "Bez szans" Mia Sheridan

Premiera 1 lutego
Dziękuję!

Kyland marzy tylko o tym, by przetrwać. Zaciska zęby i robi wszystko, by nie pokonała go bieda i samotność. Nie szuka miłości. Nie zamierza też oglądać się za siebie, gdy uda mu się wyrwać z piekła, w którym przyszło mu dorastać. Dla Ten codzienność to nieustanna walka o własną godność. Zmagania z chorobą matki i ludzką nieprzychylnością wymagają od niej wyjątkowej siły. Oboje rywalizują o bilet do lepszego życia, który może otrzymać tylko jedno z nich. Ktoś odejdzie, ktoś zostanie. Czy po latach zdołają spojrzeć sobie w oczy, jeśli poświęcą miłość dla przetrwania?

Książki Mii Sheridan są chyba większości znane. "Bez szans", to trzecia książka w tej szacie graficznej, w której są również poprzednie tomy, ale nie są one ze sobą powiązane. Każda z nich opowiada inne historie i można je śmiało czytać osobno. Wspominam o tym, ponieważ okładki mogą wprowadzić w błąd swoją szatą graficzną. Niemniej bardzo mi się ona podoba!

Znam twórczość tej autorki i mniej więcej wiem czego się spodziewać po jej książkach. Chociaż autorka lubi zaskakiwać swoich czytelników, to jednak niestety idzie w pewne schematy. Nie jest to rażące i w zasadzie nie będę się tego czepiała, bo cała treść - schematyczna, czy nie - bardzo mi się podobała. O jakim schemacie mówię? Miłość i poświęcenie, których jest całkiem sporo w książkach. Właściwie wątki miłosne są prawie w każdej powieści, a i poświęcenie nie jest nikomu obce, bo z miłością wiąże się chyba zawsze. I szkolne perypetie, chociaż tych w niniejszej powieści jest całkiem mało. Co mnie zaskoczyło i, co okazało się plusem i strzałem w dziesiątkę, jest to, że autorka pokusiła się o taki sam status społeczny swoich bohaterów. Często jest tak, że ona biedna, on bogaty, albo odwrotnie. A tutaj Sheridan pokazała nam "dzielnicę" biedoty i ubogich bohaterów, więc nie ma księcia i brzydkiego kaczątka. Za co plus. W dodatku nie jest tak, że jeden z bohaterów jest bożyszczem, a drugie niezbyt urodziwą istotą. Oboje są urodziwi. Czym również zapunktowała, bo już przejadły mi się zachwyty jednej płci nad drugą i użalanie typu "ale ja jestem nieładna, a on jest bogiem seksu <płacz>". Sami powiedzcie, ileż można? Dlatego "Bez szans" wyróżnia się na tle tych wszystkich powieści, które irytowały mnie właśnie ze względu na wymienione aspekty.

Tyle jeśli chodzi o taką ogólną ocenę. Teraz chciałam Wam nieco przybliżyć treść i bohaterów, ale bez spoilerów czy też, bez zdradzania  konkretów, które zepsują Wam odbiór całości. Całości, którą sami musicie poznać, bo sądzę, że warto. 

Historię zawartą w "Bez szans" poznajemy z dwóch punktów widzenia, dzięki głównym bohaterom. Kyland oraz Tenleigh mieszkają w miasteczku, gdzie bieda szumi i piszczy. Oni sami nie należą do osób, które mogą sobie pozwolić na jakiekolwiek przyjemności związane z dostatkiem czy, życiem na poziomie. Oboje walczą o lepsze życie, a jedyną szansą na nie jest zdobycie stypendium, które finansuje studia i życie w większym mieście. Oboje walczą o to stypendium, o lepsze życie... Jednak nie ma lekko... Wydarzy się coś, co skomplikuje im życie jeszcze bardziej. A tym czymś jest uczucie, którym siebie nawzajem obdarzają, a z którym walczą. Niby miłość prowadzi do czegoś dobrego, a w tym przypadku, cóż, niekoniecznie. 

Poświęcenie, trudy życia, choroba, pierwsza miłość, zawody miłosne, pożądanie i spełnianie marzeń - to wszystko i wiele więcej znajdziecie w tej książce. Ja od początku, kiedy tylko poznałam głównych bohaterów wiedziałam, że ta książka będzie dobra. Wciągnęłam się w nią i kibicowałam bohaterom, chociaż wiedziałam, że autorka będzie rzucała im kłody pod nogi (w tym przypadku, jakże realne!).  Dzięki takim realnym problemom, można sobie wyobrazić sytuację Ky i Ten... Bezproblemowo wczuć się w ich sytuację i im współczuć. Mia Sheridan swoimi historiami potrafi wzbudzić w czytelniku wiele emocji. Każda jej książka, którą do tej pory przeczytałam albo mnie wzruszała, albo drażniła. Niemniej każdą bardzo lubię i mam nadzieję, że w Polsce zostaną wydane wszystkie. Mam sentyment do jej pióra i to się chyba nie zmieni.

"Bez szans" jest książką, którą warto poznać. Nawet jeśli nie znacie poprzednich książek autorki, to sądzę, że możecie zacząć od tej. Nie zawiedziecie się. Polecam!


sobota, 21 stycznia 2017

"Jak gdybyś tańczyła" Diane Chamberlaine


Dziękuję!
Czy kłamstwo lepsze jest od najgorszej prawdy? Czy wydarzenia z przeszłości mogą wpłynąć negatywnie na przyszłość? Czy rodzina może nas skrzywdzić? Jak pogodzić się z prawdą?
Molly ma fajne życie, ciekawą pracę, kochającego męża i… pilnie strzeżoną tajemnicę z przeszłości. Ich rodzina wkrótce się powiększy – pojawi się w niej adoptowane dziecko, tymczasem Molly walczy z niepewnością i lękiem. Czy pokocha maleństwo, którego nie urodziła? Czy będzie dobrą matką? Uświadamia sobie, że prawdziwa rodzina powinna być zbudowana na prawdzie. Dwadzieścia lat wcześniej w tragicznych okolicznościach straciła ukochanego ojca. Nigdy nie wybaczyła bliskim kłamstw, jakimi ją karmili. Odeszła z domu i przed światem udawała sierotę. Teraz musi wyznać mężowi, że jej matka wcale nie umarła na raka, a jej krewni wciąż mieszkają w Morrison Ridge, małej miejscowości w Karolinie Północnej. Co więcej, Molly ma dwie matki – adopcyjną i biologiczną. I obie nigdy o niej nie zapomniały. Molly boi się teraz, że wyznanie prawdy przekreśli jej największe marzenie, by zostać matką i zrujnuje jej małżeństwo. Skoro pragnie być dobrą mamą, musi jednak znaleźć sposób, by pogodzić się ze swoją przeszłością i uwierzyć w przyszłość.

Bardzo lubię powieści tej autorki. Niesamowicie mnie wciągają i każda z nich niesie ze sobą pewne mądrości, nad którymi rozmyślam po zakończeniu lektury. A najlepsze jest to, że każda jest wyjątkowa. I nie spotkałam się jeszcze z jakimś jej tytułem, który by mi się nie spodobał, a to już coś znaczy. Przynajmniej dla mnie.

"Jak gdybyś tańczyła" to dwie historie jednej bohaterki. Jedna toczy się w przeszłości, Molly jest nastolatką, która nie ma łatwego życia, ale jednocześnie jej życie jest szczęśliwe. Dziewczyna radzi sobie z problemami dojrzewania i żyje, jakby pod kloszem - ochroną rodziny. Wielu rzeczy nie jest świadoma, ale może to i lepiej, bo jako czternastolatka czerpie z dzieciństwa to co najlepsze, nie mącąc sobie umysłu. Niestety pod wpływem pewnych osób, traci na swojej dziecinności i niewinności, która powinna jeszcze trwać. Nastoletnia Molly bardzo kocha swojego tatę, ich relacja jest wręcz bajkowa, bardzo mi się podoba. Jest taka szczerość w tym wszystkim, oddanie i moc miłości - coś pięknego. Szkoda tylko, że jest też pewien smutek, który ciąży nie tylko na ich relacji, ale na całej rodzinie... A przede wszystkim na ojcu Molly, który nie może sobie poradzić ze śmiertelną chorobą, z którą i tak dzielnie sobie radzi.

Druga historia, toczy się w rzeczywistości na bieżąco. Dorosła Molly wraz ze swoim mężem pragnie mieć dziecko. Niestety nie mogą mieć go w sposób naturalny, dlatego też postanawiają postawić na adopcję otwartą. Poznajemy Molly zupełnie z innej strony. Kobieta ukrywa przed swoim mężem swoją przeszłość, w której wydarzyło się coś okropnego, a o czym sam czytelnik dowiaduje się z biegiem fabuły. I chociaż można się powoli domyślać o co chodzi, to i tak koniec końców jest zasmucony finałem...

Autorka świetnie pokazała nam, jaka okropna jest choroba wyniszczająca krok po kroku człowieka i jego człowieczeństwo. A jest nią stwardnienie rozsiane. Okropne cholerstwo, którego nie da się wyleczyć, a i żyć z tym naprawdę ciężko. Wzruszyłam się niejeden raz, kiedy pewne momenty były wprost nie do opanowania łez. Autorka wie, jak wzruszyć czytelnika. Zwłaszcza jeśli ten miał doświadczenie z daną sytuacją. Kolejny motyw to adopcja i problemy z jej, że tak powiem - sfinalizowaniem. Chamberlaine zgrabnie pokazuje nam jej trudy, ale również te słodkie i ważne momenty.

W książce tej jest wiele ciepła, ale i smutku. Główni bohaterowie są prawie namacalni... Autorka bardzo fajnie ich wykreowała i muszę przyznać, że każda z postaci mi się podobała. "Jak gdybyś tańczyła", to powieść emocjonująca... mówi nam o sile miłości, sile przetrwania, ważnych wyborach, żalach, stracie, dokonywaniu ważnych wyborów, przebaczeniu... Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Najlepiej będzie, jeśli sami sięgniecie po nią i przekonacie się na własnej skórze. Ja gorąco Wam polecam lekturę "Jak gdybyś tańczyła", jest naprawdę wspaniała. 

czwartek, 17 listopada 2016

[Przedpremierowo] "Zostaw mnie" Gayle Forman

Premiera 22 listopada

Dziękuję!


Maribeth Klein to wiecznie zabiegana pracująca matka. Wszystko, co wiąże się z domem, z mężem i z dziećmi, spoczywa na jej barkach. W Maribeth Klein odnajdzie siebie każda kobieta, której zdarzyło się kiedykolwiek pomyśleć, że zamiast wracać do domu i robić obiad, wolałaby uciec na koniec świata. Cząstkę siebie odnajdzie w niej każdy, kto kiedykolwiek zapragnął wsiąść do pociągu i pojechać gdzieś, gdzie nikt nie oczekiwałby od niego nieustannego usługiwania.
„Zostaw mnie” to intrygująca książka o lękach, przed którymi wszyscy staramy się uciekać. Gayle Forman przedstawia nam fascynujących bohaterów – mężów, żony, przyjaciół i kochanków – którym zdarza się popełnić błąd i się potknąć, ale którzy stają się dzięki temu lepszymi ludźmi i uczą się przebaczać. Tym samym dowodzi, że jest wnikliwą obserwatorką ludzkiej natury. Jej książka to wciągająca analiza współczesnego macierzyństwa wraz ze wszystkimi jego niejednoznacznościami, a także próba odpowiedzi na pytanie: co się dzieje, gdy dojrzała kobieta porzuca dom?

Zacznę od tego, że książka Gayle Forman "Zostaw mnie" nie jest kierowana do młodzieży - jak poprzednie jej powieści. Dlatego też widząc niektóre opinie, w których autorzy twierdzili, że ta książka ich po prostu nudzi, stwierdzam, że jeśli ktoś nastawia się na jakąś niesamowitą akcję, po zapoznaniu się z opisem książki, jest niepoważny. Książka "Zostaw mnie" ma oddziaływać na emocje, nie ma w niej porywającej akcji, jest skierowana do dojrzałych czytelniczek, które zrozumieją główną bohaterkę i jej poczynania. Dlatego też, Drogie Czytelniczki, jeśli szukacie powieści z pewnymi wartościami i przekazem - ta powieść jest dla Was. Jeśli szukacie odskoczni od szarości dnia codziennego - ta powieść jest dla Was. Jeśli szukacie pewnego ukojenia - ta powieść jest dla Was. I to właśnie Wam ją polecam, bo nie każdy zrozumie jej treść, jej przekaz. Nie każdy spróbuje zrozumieć bohaterkę "Zostaw mnie". Na pewno zrozumie ją dojrzała kobieta, która czasem też chciałaby uciec, tak po prostu zniknąć na chwilę i zostawić wszystko i po prostu odpocząć. Odnaleźć siebie, bo tak właśnie postąpiła Maribeth Klein...

Chyba każdy z nas miał kiedyś dość wszystkiego i chciał po prosty pobyć sam ze sobą. Przemyśleć pewne sprawy, podjąć decyzje, które zaważą na jego życiu. Dokonać pewnych wyborów, pogodzić się ze stratą i po prostu odpocząć. Właśnie tego pragnęła i, właśnie to zrobiła główna bohaterka "Zostaw mnie". Wcale jej się nie dziwię, skoro mąż jej nie wspierał, dzieci nie rozumiały (jak to dzieci), a matka zamiast pomagać, tylko dorzucała drwa do ognia. Poparłam wszystkie decyzje powzięte przez Maribeth i bardzo ją polubiłam.

Najnowsza książka Gayle Forman nie jest lekką powieścią o pięknej miłości. Jest książką o życiu. Jest prawdziwa i czasem bywa dobitna w swoim przekazie. W tych czasach każdemu brak czasu. Brak czasu na zdrowe odżywianie, na badania lekarskie, na miłość... Każdy żyje w takiej pogoni, że brak mu czasu na to, aby usiąść i pomyśleć o sobie. Niestety takie mamy czasy, że albo my albo wiecznie coś innego. Autorka w bardzo fajny sposób przekazała czytelnikowi ten aspekt życia. Pokazała, że czasem warto zwolnić, bo może być już za późno. I jeśli ktoś nie zrozumie tego przekazu, nie otworzy się na niego, to pewnie będzie psioczył na tę książkę. Dlatego jeszcze raz powtarzam, książka ta nie jest dla młodzieży. Jest dla dojrzałego czytelnika. Czytelnika, który już jakieś doświadczenia w swoim życiu ma. Który wie, o czym jest mowa w "Zostaw mnie".

Poza tym, spojrzenie na pewne rzeczy z dystansu - to druga rzecz, którą wyłapałam w tekście. Czasem żyjąc swoim życiem, nie widzimy tego, jak inni widzą nas. Rutyna, rutyna i jeszcze raz rutyna. W przypadku Maribeth ta rutyna była zła. Mogła doprowadzić do rozpadu rodziny. Jednak kiedy kobieta postanowiła wyjechać i nabrać trochę dystansu, zrozumiała, co jest najważniejsze. A najlepsze jest to, ze nie tylko ona to zrozumiała. Mąż i dzieci doceniły ją, kiedy zniknęła. Może to trochę drastyczny sposób, ale podziałało.

Historia opisana w książce "Zostaw mnie" bardzo mi się spodobała. Lubię książki dające do myślenia i takie, przy których można się pośmiać. Może tutaj za wiele do śmiechu nie było, jednak i tak nie jest to tylko i wyłącznie powieść niosąca same ciężkie tematy. Osobiście gorąco Wam ją polecam!


poniedziałek, 7 listopada 2016

[Przedpremierowo] "Dom czwarty" Katarzyna Puzyńska

 Premiera 8 listopada!

Dziękuję!
Była policjantka Klementyna Kopp po czterdziestu latach wraca w rodzinne strony. Na prośbę matki ma przyjrzeć się sprawie pewnego morderstwa. W drodze na miejsce znika bez śladu. Mieszkańcy Złocin zgodnie twierdzą, że nigdy nie dotarła do miasteczka, ale aspirant Daniel Podgórski wkrótce odkrywa, że musiało być inaczej. Dlaczego wszyscy kłamią? Co tak naprawdę przydarzyło się Klementynie? Kto maluje tajemnicze graffiti z czarną szubienicą i podrzuca martwe ptaki? Jaki ma z tym wszystkim związek okrutna egzekucja dokonana nad jeziorem Bachotek w październiku 1939 roku?

Niecierpliwie wyczekiwałam kolejnego tomu z serii "Lipowo" i w końcu się doczekałam! Kiedy wpadł w moje sidła, pochłonęłam go raz dwa. Nie mogłam sobie pozwolić na to, by odłożyć tę lekturę na później. Ciekawość by mnie zjadła. Dlatego też, wszystkie plany czytelnicze poszły w kąt, a "Dom czwarty" zajął pierwsze miejsce. Przyznać muszę, że swoją przygodę z tą serią zaczęłam od książki "Utopce", która totalnie mną zawładnęła. Słyszałam, że pierwsze tomy są słabsze - tego nie wiem, ale na pewno to sprawdzę, bo mam już wszystkie na czytniku. Niemniej na razie nie chcę sobie zamieszać w głowie i nieprędko po nie sięgnę. Poczekam (nie)cierpliwie na kolejny tom. A jak wypadł "Dom czwarty"? 

 Kolejna sprawa. Kolejne morderstwo, a raczej trzy morderstwa. Kolejne tajemnice... I zaginięcie jednej z kluczowych postaci cyklu "Lipowo". Wielu podejrzanych. Masa poszlak i niedopowiedzeń. Zagmatwana przeszłość, która jest kluczem do rozwiązania sprawy... A całość napisana w sposób zrozumiały i lekki, dzięki czeku książkę czyta się niesłychanie szybko. Kiedy skończyłam, to żałowałam, że AŻ tak szybko...

Każda z historii, jakie stworzyła autorka wyróżnia się na tle innych. Inny zabójca, motyw, sprawa, miejsce - to raczej logiczne i Ameryki nie odkryłam. Jednak prócz tych oczywistości jest życie głównych bohaterów. A raczej zmiany, jakie w nim (życiu) oraz nich samych zachodzą. Dzięki temu, bardzo zżyłam się z nimi i przeżywam ich niepowodzenia, wzloty i upadki - co bardzo mi się podoba i sprawia, że książka jest "prawdziwa', a bohaterowie mniej "papierowi". To jest jednym z licznych plusów, jakie dostrzegam w tej serii.

Książka wciągnęła mnie od samego początku, może dlatego, że nie mogłam się doczekać, aż ponownie będę mogła wraz z tymi konkretnymi bohaterami rozwiązywać kolejną sprawę. Tak, temu też, ale przede wszystkim temu, że od niemalże samego początku autorka pobudziła we mnie ciekawość - podrzuciła trop i pozwoliła wczuć się w detektywa. A ja nie lubię  - czytając kryminały, książki z wątkiem detektywistycznym - być biernym czytelnikiem. Lubię dedukować, wyłapywać ważne informacje, tworzyć profil zabójcy i pobawić się w dochodzenie. Dlatego cieszę się, że Katarzyna Puzyńska w każdej swojej książce, którą do tej pory przeczytałam - dała mi taką możliwość.

Muszę jednak przyznać, że sprawcę tego ostatniego (chronologicznie biorąc) morderstwa, wytypowałam całkiem szybko i trochę się zawiodłam. Aczkolwiek autorka kompletnie mnie zaskoczyła, wyjawiając tajemnicę pozostałych morderstw. Tego zupełnie się nie spodziewałam.

Podsumowując. Sprawa - na tak! Bohaterowie - świetnie wykreowani, jak najbardziej na plus. Język - nie mam kompletnie nic do zarzucenia. Czy polecam? Oczywiście. Jestem fanką tej serii i wprost łaknę kolejnych jej tomów.

sobota, 17 września 2016

"Śnieżny wędrowiec" Elisabeth Herrmann

Dziękuję!
Ktoś porywa małego chłopca. Prowadzone w tej sprawie śledztwo utknęło w martwym punkcie. Cztery lata później w lesie znaleziono ludzki szkielet. Posterunkowa Sanela Beara ma przekazać ojcu chłopca straszną wiadomość. Jednak spotkanie z przystojnym Darko Tudorem, który pracuje w leśnej stacji badawczej zajmującej się życiem wilków, rodzi w niej wątpliwości. Czy to rzeczywiście było porwanie? A może doszło do niego przez pomyłkę? Niestety, wszystkie osoby związane z tą sprawą milczą. Beara dochodzi do wniosku, że tylko w jeden sposób może dojść do prawdy: pod przybraną postacią zatrudnia się w willi zamożnej rodziny Reinartzów, w której matka porwanego chłopca pracowała wcześniej jako pomoc domowa. Beara zostaje wciągnięta w gmatwaninę nienawiści, pożądania i pogardy, co doprowadza ją do granic wytrzymałości…

Kończąc "Wioskę morderców" nie mogłam doczekać się kolejnego tomu z serii "Sanela Beara". Dlaczego? Z prostej przyczyny - "Wioska morderców" była świetna! Kiedy zobaczyłam zapowiedź "Śnieżnego wędrowca" i okładkę, na której widnieje wilk... Byłam przekonana, że wszystko pójdzie w odstawkę i w pierwszej kolejności wezmę się właśnie za najnowszą książkę Herrmann. Wiedziałam, że się nie zawiodę! Drugi tom przygód Saneli oraz Gehringa był równie wciągający i świetny, jak tom pierwszy. Nie mogłam się od niego oderwać i już zacieram ręce w oczekiwaniu na kolejny!

Wstęp był interesujący, ale miałam pewne obawy. Na szczęście później rozwiały się one dokumentnie. Aczkolwiek przyznać muszę, że nie od początku wciągnęłam się w powieść. Chyba czekałam na pojawienie się Beary, bo gdy jej postać wkroczyła do akcji - przepadłam. Bardzo lubię tę postać i, od jej pojawienia się w "Śnieżnym wędrowcu" poczułam się jak w domu.

Tajemnicze morderstwo. Tajemnice, intrygi, zawiła akcja - wszystko jak najbardziej na plus. W dodatku postaci, które bardzo polubiłam z poprzedniej akcji. Nic dodać, nic ująć. Nie znalazłam żadnym minusów w tej książce, chyba, że jeden - za krótka! Herrman idealnie poradziła sobie z utkaniem intrygi... Rzekłabym nawet, że rewelacyjnie. Mogłam dać upust mojej detektywistycznej naturze. Szukałam wielu rozwiązań, miałam ogrom pomysłów: kto, co i dlaczego. A autorka i tak nie dała mi rozwiązać tej sprawy, za każdym razem podrzucając nowe tropy i tym samym obalając moje teorie spiskowe. Uwielbiam takie książki!

Przyznaję, że poruszyło mnie to, co przydarzyło się Darijo. Nie chodzi mi tylko o morderstwo samo w sobie, ale również bestialstwo, jakie wobec niego stosowano. Wzruszyłam się nawet, kiedy doszło do pewnych opisów wydarzeń z jego udziałem. Poza tym, bardzo polubiłam mrocznego Darko, który był dla mnie zagadką od samego początku i czasami nawet ja sama mu nie ufałam. Autorka po raz kolejny pokazała, jak świetnie potrafi kreować postaci i przypisać im rolę. Jak w najmniejszym detalu wszystko do siebie pasuje. Jestem zachwycona.

Książkę czyta się fenomenalnie i każdy, kto lubi zagadki, intrygi i wciągającą akcję, powinien sięgnąć zarówno po "Wioskę morderców", jak i "Śnieżnego wędrowce". Śmiem twierdzić, że się nie zawiedzie!


piątek, 19 sierpnia 2016

"W cieniu" Diane Chamberlain

Dziękuję!

Czy można budować szczęście na cierpieniu innych? Czy jest cień nadziei na ukojenie sumienia i odkupienie winy? Czy wśród tylu krzywd jest miejsce na prawdziwą miłość?
Mara, przyjaciółka Joelle D’Angelo, podczas narodzin pierwszego dziecka dostaje wylewu, który powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu. Zrozpaczona Joelle zwraca się o wsparcie do jedynego człowieka, który rozumie jej ból, Liama, kolegi z pracy i męża Mary. Ich przyjaźń stopniowo przeradza się w coś więcej – coś, przed czym nie sposób uciec. Rozdarta poczuciem winy, Joelle postanawia pomóc Marze za wszelką cenę. Poszukiwania prowadzą ją do zagadkowej uzdrowicielki, która przed laty rzekomo uratowała jej życie. Kobieta również skrywa bolesną tajemnicę i uświadamia Joelle, że bywają uczucia skazane na zgubę oraz takie, które przetrwają wbrew wszelkim przeciwnościom losu.

Zacznę od tego, że z czystą przyjemnością wyczekuję nowości Diane Chamberlain. Kiedy, więc otrzymałam ebooka "W cieniu", wiedziałam, że wszystko inne pójdzie w odstawkę, a na pierwszy ogień będę czytała właśnie tę powieść. I tak też się stało. Wiecie... Chamberlain tworzy mądre, życiowe i typowo kobiece historie, które łapią za serce. Zastanawiałam się, na jakie emocje położy nacisk tym razem. I w zasadzie, nie potrafię tego stwierdzić. Nie to, żeby nie było tych emocji, bo były. Było ich naprawdę wiele i dlatego jest mi ciężko wybrać, ale może współczucie wobec bohaterów? Ciężko stwierdzić.

"W cieniu", to powieść skierowana do kobiet. Ciepła, wzruszająca i dająca do myślenia. Powieść, którą pochłonęłam dosłownie w jeden wieczór, nie mogąc się od niej oderwać. Tak pochłonęły mnie losy bohaterów, że muszę się przyznać, iż sama chwilę nimi żyłam, co rzadko mi się zdarza. A to już ogromny plus. Joelle z początku ciężko było mi polubić, ale kiedy już się do niej przekonałam (a nie trwało to długo), polubiłam ją i stała się mi bliska na te kilkaset stron. Liama polubiłam od samego początku, ciepły mężczyzna, który sam wychowuje synka, ponieważ okrutny los spłatał jego rodzinie "figla". Rozczulało mnie to, jak zajmował się swoim szkrabem, dokładnie tak, jak powinien to robić każdy rodzic. Poświęcał mu niemalże całą swoją uwagę. I tajemnicza uzdrowicielka, którą lepiej poznajemy dzięki retrospekcjom z jej życia. A to, co autorka zrobiła i, co później odkryłam, wywołało we mnie podziw. Jedno wielkie WOW!

Autorka jak zwykle, swoimi książkami trafia w sedno. Każda jej powieść jest inna i każda jest tak samo dobra. Chamberlain porusza w swoich powieściach bardzo ważne kwestie i, w swojej najnowszej powieści również z tego nie zrezygnowała. Cenię sobie jej historie i na pewno sięgnę po kolejną, bo bardzo lubię jej styl... Lubię to jak przekonująco stwarza swoje postaci i ich problemy. To, jak ukazuje nam ich życie...

Nie będę się za bardzo rozpisywała na temat tej książki... Moje drogie, same musicie po nią sięgnąć i poznać jej zawartość, bo naprawdę warto. W ogóle książki Chamberlain są godne uwagi, dlatego jeśli nie miałyście okazji ich czytać, to szybciutko naprawcie to niedopatrzenie!

czwartek, 11 sierpnia 2016

"Dzień cudu" Wioletta Sawicka

Dziękuję!


Czasem trzeba prawie umrzeć, by zacząć żyć na nowo.
Pewnej nocy los na drodze Piotra stawia Hankę. Ratuje jej życie i czuje się za nią odpowiedzialny. Hanka początkowo jest nieufna, powoli otwiera się przed Piotrem.
Skrajnie różni, a potrzebni sobie. Ona z bagażem trudnych doświadczeń i piętnem śmierci, on niedoceniony z porażającą niemocą twórczą. Zawierają układ. On jej pomoże wymyślić sposób by mogła odejść na swoich warunkach, a w zamian zyska temat na książkę. Hanka sporządza listę marzeń, które chciałaby zrealizować przed śmiercią.
Każdy dzień z Piotrem dla Hanki to dzień cudu.

"Dzień cudu", to już moje czwarte spotkanie z twórczością autorki. Cykl "Wyjdziesz za mnie, Kotku" przypadł mi do gustu. Przeczytałam całą trylogię i pewnie jeszcze kiedyś do niej wrócę. Zastanawiałam się, jaka będzie najnowsza powieść Wioletty Sawickiej i powiem Wam, że byłam zaskoczona! Może temu, że (wiem powtarzam się) ostatnio nie mam w zwyczaju czytać opisów książek. Zdarza mi się to, ale rzadko. I dlatego treść "Dzień cudu" mnie zaskoczyła, ale pozytywnie, ponieważ to zupełnie coś innego. Coś kompletnie różniącego się od romantycznej historii z poprzedniej trylogii autorki. I jestem bardzo na tak, ponieważ lubię poznawać twórczość autora w różnych odsłonach. 

Narracja z punktu widzenia dwójki głównych bohaterów - Piotra i Hanki - jest jak najbardziej w punkt. Zawsze powtarzam, że lubię taki zabieg stylistyczny, dzięki niemu mamy wgląd w myśli i życie danego bohatera książki. Poznajemy Hankę, jej smutną przeszłość, szarą teraźniejszość i czarną dziurę przyszłości. Poznajemy Piotra, jego całkiem przyjemną przeszłość, bujną i zawirowaną teraźniejszość oraz przyszłość, której nie da się skonkretyzować. Dwa światy zderzają się ze sobą. Hanka poznaje Piotra i od tej pory wszystko się zmienia. Jednak nie myślcie, że kiedy oni się ze sobą poznają, to następuje wielki bum miłosny. Nie. Po przemyśleniach Hanki spodziewałam się tego, co nastąpi, więc tutaj zaskoczenia nie było, ale kilka razy autorce udało się mnie zbić z tropu. Jednak często powieść była przewidywalna, chociaż nie jest to jakoś szczególnie negatywne.

Jeśli chodzi o postaci... Sama nie wiem, może się trochę czepiam, ale sądzę, że ich kreacja mogłaby być konkretniejsza. Żałuję, że nie udało mi się z nimi zżyć. Owszem w pewnych momentach było mi smutno z powodu Hani czy też, było mi żal Piotra. Ale z drugiej strony, postaci są takie lekko mdławe. Piotra widzę bardziej takiego twardego i nieustępliwego, zaś Hanie bardziej kruchą i mniej taką twardą, chociaż w zasadzie z drugiej strony to, że jest odważna i sobie jakoś radzi w zaistniałej sytuacji jest dobre. Jednak miałam wrażenie, że Hania jest wykreowana na taką zakompleksioną i szarą myszkę, a jej zachowanie różni się od jej wizerunku, i trochę się to gryzie. Takie moje spostrzeżenie odnośnie bohaterów, które nie musi akurat Wam przeszkadzać.

Sądziłam, że "Dzień cudu" wzruszy mnie, złapie mocniej za serce, wzbudzi więcej emocji. Książkę czytało się naprawdę dobrze, autorka ma bardzo fajny styl, ale zabrakło mi tego, żeby ta powieść wywołała we mnie większe emocje, a szkoda...

Ogólnie rzecz biorąc, "Dzień cudu" jest dobrą książką, która porusza ciężkie i życiowe tematy, a bohaterowie są bardzo prawdziwi. Podobała mi się, ale zabrakło tego "czegoś". Niniejsza powieść jest kierowana w stronę kobiet, więc młodzieży ją raczej odradzam. Aczkolwiek, jest godna polecenia wszystkim chętnym, więc... Czytajcie.

środa, 6 lipca 2016

"Apetyt na życie" Mary Simses


Dziękuję!

Ellen Branford chce spełnić wyrażoną na łożu śmierci prośbę babci – odnaleźć chłopaka z małego miasteczka, w którym babcia była kiedyś zakochana, i przekazać mu jej ostatni list.
Porzucając Manhattan oraz narzeczonego z wyższych sfer nowojorskich, młoda kobieta wyrusza do Beacon w stanie Maine. Krótka wizyta szybko się komplikuje, gdy Ellen omal nie tonie w oceanie i zostaje wyratowana przez cieślę będącego przypadkowym świadkiem zdarzenia. Za sprawą wypadku Ellen zostaje kimś na kształt lokalnej sławy, co może jej dopomóc w odkryciu starannie ukrywanej przez babcię przeszłości – lub wręcz przeciwnie. W miarę jak młoda kobieta dowiaduje się o babci więcej, a zarazem zaczyna wątpić w słuszność własnych wyborów, staje się jasne, że jednodniowy wypad do Beacon trzeba będzie przedłużyć. „Apetyt na życie” to ciepła i smakowita opowieść o atrakcjach prostszego życia.

Ah! Już jakiś czas nie czytałam tak uroczej powieści. Tą książkę czyta się tak wyśmienicie, jakby oglądało się bardzo dobry film. Swoją drogą... chciałabym, żeby powstał film na jej podstawie. Z ogromną przyjemnością bym go obejrzała. 

Ogólnie wręcz przepadam za książkami obyczajowymi tegoż wydawnictwa, więc byłam przekonana, że "Apetyt na życie" mi się spodoba. Już sama okładka wskazywała na wyśmienitą, wakacyjną i lekką lekturę. A tego obecnie mi było trzeba. Kobiecej dawki romansu, śmiechu i przygody. I to wszystko otrzymałam, jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana i sądzę, że każda kobieta szukająca tego samego - również będzie. 

Jeśli szukacie zabawnej książki o miłości, odkrywaniu siebie, potrzebach zmian w swoim życiu, to "Apetyt na życie" idealnie wpasuje się właśnie w te klimaty. Mamy tutaj bardzo sympatyczną i lekko zakręconą bohaterkę, która czasami przypominała mi mnie, ale nie odbiegam już od tematu. Mamy również rodzące się, piękne uczucie. Odkrywanie historii rodzinnej, która okazuje się bardzo podobna do teraźniejszego stanu życia głównej bohaterki. Mamy tutaj sporo humoru, zabawnych sytuacji, ciepła... Uroku. Nie chcę Wam zdradzać nic więcej na temat fabuły, aniżeli zrobił to wydawca, bo nie chcę tym samym odbierać Wam niewątpliwej przyjemności odkrywania powieści. A powieść tą, musicie poznać. Koniecznie!

Wczułam się w życie Ellen, w odkrywanie tajemnic jej babci. Nawet wzruszyłam się w sytuacji, kiedy ona i Roy czytali listy miłosne, pełne pasji, utraconej miłości... Ciężko było "przejść" obok tego wątku obojętnie. Po prostu się nie da.

Kibicowałam panu "cieśli" w zdobywaniu zaufania i sympatii głównej bohaterki. Wiecie... Roy to taki idealny mężczyzna... Nie chodzi mi o wygląd, a o zachowanie. Opiekuńczy, ciepły, wrażliwy, spokojny, zabawny i taki... ciut tajemniczy. Mogę jeszcze wymienić więcej słów, które go opisują, ale chciałabym, abyście sami go poznali. Dlatego już kończę z opisem. 

Klimat wakacyjny również się tutaj idealnie wpasował, dlatego jeśli wybieracie się na wakacje i szukacie jakiejś świetnej książki, to zwróćcie uwagę na "Apetyt na życie". Naprawdę warto! 

niedziela, 3 lipca 2016

[Przedpremierowo] "Przepisy na miłość i zbrodnię" Sally Andrew

Dziękuję!


Przepis na zbrodnię.
Składniki:

* dość duży mężczyzna, który znęca się nad żoną,
* mała krucha żona,
* średniej wielkości żylasta kobieta zakochana w żonie,
* dubeltówka,
* południowoafrykańskie miasteczko kiszące się w sekretach,
* butelka soku z granatów,
* łagodny ogrodnik,
* pogrzebacz,
* pikantna mieszkanka Nowego Jorku,

* 7 adwentystów dnia siódmego (odpowiednio przygotowanych na koniec świata),
* ostra dziennikarka śledcza,
*łagodna detektyw amator,
* 2 wytrawnych policjantów,
* jagnię,
* garść fałszywych tropów,

* kilku podejrzanych,
* szczypta chciwości.
Wszystko włożyć do dużego garnka i przez kilka lat dusić na małym ogniu, mieszając co jakiś czas drewnianą łyżką. Pod koniec duszenia dodać:


* 3 butelki brandy marki Klipdrift,
* 3 małe kaczki,
* garść papryczek chili,
* i zwiększyć płomień.

Tannie Maria kocha gotować, rozkoszować się jedzeniem i obdarowywać nim innych. W kuchni mogłaby spędzić całe życie. Prowadzi nawet rubrykę kulinarną w lokalnej gazecie – do czasu gdy okazuje się, że czytelnicy bardziej spragnieni są porad sercowych niż kulinarnych. Wtedy odkrywa, że potrafi znaleźć lekarstwo na kłopoty miłosne niemal każdego. Nie może jednak zapobiec tragedii, która wstrząsa społecznością Karru Małego. Tannie Maria wplątuje się w krwawą intrygę i sprowadza na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo. A gdy poznaje komisarza Henka Kannemeyera, wpada jak śliwka w kompot…

Smakowita kompozycja miłosnych i kryminalnych przypadków doprawiona odrobiną egzotyki. Pochłoniesz ją jak ulubione danie i będziesz marzyć o dokładce!

Dzisiaj przychodzę do Was z przedpremierową recenzją bardzo apetycznej powieści! Mowa tutaj o "Przepisach na miłość i zbrodnię". Książka jest interesująca i przepysznie się ją czyta. A te wszystkie opisy dań... Myślałam, że uduszę autorkę i główną bohaterkę, która je przyrządza. Żadna z nich nie chciała się ze mną podzielić tymi pysznościami. Tylko mi machały obie opisami potraw.. No tak się nie robi! Chociaż cieszę się, że przepisy były podane na końcu książki. Może uda mi się coś upichcić. 

Popatrzcie jaki pomysłowy opis książki. W ogóle okładka jest taka śliczna! Skusiłam się na nią właśnie ze względu na te dwa elementy. A sama treść tej książki bardzo, ale to bardzo przypadła mi do gustu. I chociaż z początku ciężko szło mi czytanie Przepisów, to z biegiem stron szło coraz lepiej. Później akcja nabrała tempa. Pojawiły się interesujące uczucia, wiecie... taki słodki i niewinny romans x 2. W zasadzie, to książka jest o dojrzałych bohaterach, więc można by powiedzieć "jaki słodki? jaki niewinny?", a właśnie, że taki był. I w ogóle książka jest urocza, pomimo, że jest w niej tajemnicza zbrodnia. W zasadzie to w tej książce jest bardzo dużo zabawnych sytuacji, wręcz powiedziałabym, że absurdalnie śmiesznych - pozytywnie oczywiście.

Wszyscy bohaterowie przypadli mi do gustu, co nie zdarza się często, bo zawsze jakaś czarna owca wpadnie w oko. Tym przyjemniej czytało mi się perypetie dziennikarek, pożal się Boże detektywów (śmiech), kto przeczyta, ten będzie wiedział o co chodzi. 

W dodatku autorka fenomenalnie skonstruowała intrygę. Zbrodnia pierwsza klasa, z dużą dawką tajemnicy i szczyptą... no może kilkoma łyżkami zaskoczenia, oraz litrem śmiesznych sytuacji. Naprawdę Sally Andrew stworzyła świetną powieść osadzoną w Afryce, właściwie rozumiem te narzekania głównej bohaterki na upały, patrząc co dzieje się u nas. Taka Polska afryka u nas ostatnio. Powiem Wam, że (chyba) pierwszy raz czytałam powieść osadzoną w afrykańskim stylu. Bardzo przypadło mi to do gustu.

Jeśli szukacie niebanalnej, wciągającej i bardzo zabawnej powieści, to koniecznie wyczekujcie premiery książki "Przepisy na miłość i zbrodnię". To już 20 lipca! Naprawdę warto.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

"Strażniczka książek" Mechthild Gläser

Niezwykła przygoda w świecie książek…
Podróżować na grzbiecie Shere Khana przez „Księgę dżungli”, u boku Werthera Goethego walczyć z czarownicami z Makbeta, a wraz z Elisabeth Bennet wzdychać do Mr. Darcy’ego…
 Amy nie myślała, że kiedyś będzie tak blisko bohaterów swoich ulubionych książek, że będzie umiała tak głęboko zanurzyć się w każdą z opowieści, o przeżywaniu których niejednokrotnie marzyła, pochłaniając je jednym tchem. Teraz z zapałem korzysta ze swojej nowej umiejętności – aż okazuje się, że w świecie literatury panuje kompletny chaos i nic nie jest takie, jakie być powinno.
 Dla dzieci od 12stego roku życia
"Strażniczka książek" – pierwsze co zwróciło moją uwagę, to na pewno ten tytuł. Uwielbiam książki o książkach, dlatego wiedziałam, że muszę sięgnąć po ten tytuł. Następnie cudna okładka, która przyciągnie wzrok chyba każdego czytelnika. Jest po prostu cudna! 

Przyznaję, że nie czytałam opisu – ostatnio tak mam – i nie wiedziałam jakie są postaci, co będzie się działo itp. Dlatego strona za stroną odkrywałam świat przedstawiony nam przez autorkę. Z początku nie wiedziałam co się dzieje, akcja już na starcie porwała mnie w wir wydarzeń i raz może dwa razy poczułam lekkie zagubienie. Powoli wszystko się wyjaśniało, a ja stwierdziłam, że powieść ta jest po prostu niesamowita!

Napisano na okładce, że jest to historia dla osób od 12 roku życia i ktoś może pomyśleć, że to historia dla dzieciaków. Nic bardziej mylnego! Osobiście sądzę, że każdy będzie się przy niej super bawił. Dla mnie czytanie "Strażniczki książek" było nie lada frajdą! Może jestem dużym dzieciakiem, a co mi tam!

Nie chcę za bardzo zdradzać fabuły, ale powiem jedno… A raczej zapytam: gdybyście mieli umiejętność przenoszenia się w świat książek, poznania postaci i obserwowania wydarzeń będąc w wybranym przez siebie świecie, skorzystalibyście z niej? Dla mnie byłaby to przygoda życia i zastanawiam się, do którego książkowego świata chciałabym się przenieść. Które postaci chciałabym zobaczyć "na żywo". Dla każdego, kto kocha książki, kto kocha czytać, byłaby to nie lada gratka! I właśnie tego odrobinkę zazdrościłam bohaterom „Strażniczki książek”. A ich poczynania czytałam z zapartym tchem.

Czasem fabuła zdawała mi się zawiła. Czasami któraś z postaci mnie leciutko zdenerwowała. Jednak i tak książka bardzo mi się spodobała. I cieszę się, że takie powieści powstają. Dają nam, czytelnikom, coś nowego… Tak zwany powiew świeżości. I jestem absolutnie na tak!

sobota, 18 czerwca 2016

"Łaskun" Katarzyna Puzyńska

 
 
Dziękuję!
Kolejny, szósty tom sagi o Danielu Podgórskim, Klementynie Kopp i innych policjantach z malowniczego Lipowa. Opowieści o Lipowie łączą w sobie elementy klasycznego kryminału i powieści obyczajowej z rozbudowanym wątkiem psychologicznym.
W domu pewnego bezrobotnego sędziego policja odkrywa makabryczną inscenizację. Sprawca stworzył postać składającą się z rozczłonkowanych zwłok prawnika i nieznanej kobiety. Wkrótce okazuje się, że na miejscu zbrodni znajduje się dowód inkryminujący aspiranta Daniela Podgórskiego. Odkrycie tożsamości drugiej ofiary tylko pogarsza sytuację policjanta. Czyżby to Daniel stał za morderstwami? A może to ktoś z komendy chce wrobić go w podwójne zabójstwo? Tylko skoro Podgórski jest niewinny, to dlaczego ucieka?

Jest! Nareszcie! Przyszła pora na najnowszą książkę z cyklu: Lipowo. "Łaskun" długo wyczekiwany, zapewne nie tylko przeze mnie. Po przeczytaniu książki "Utopce" nie mogłam się doczekać kolejnej książki naszej cudownej autorki Katarzyny Puzyńskiej. Właściwie jeśli chodzi o rodzimych autorów, to Pani Kasia jest jedną z moich ulubionych autorek kryminałów - w ogóle. Nie tylko Polskich. Moim zdaniem tworzy dzieła na miano światowych bestsellerów. Tak. Jest genialna! A to coś musi znaczyć, bo wiecie, jak ja czytam i chwalę naszych autorów -  rzadko mi się to zdarza. 

Tak jak myślałam, "Łaskun" porwał mnie swoją treścią od pierwszych stron. To jak autorka potrafi omamić czytelnika jest czymś wspaniałym. W treści można się zatracić, nie jeść, nie spać... Tylko oddychać i pożerać słowa, które napisała Puzyńska. Rewelacja. Tak, będę się zachwycać, bo inaczej nie potrafię. Wracając... "Łaskun" trzyma w napięciu przez cały czas. Można się domyślać kilku spraw... Można sobie myśleć "ha! już wiem o co chodzi. Już wiem co, kto i dlaczego", a autorka robi nam takie bada bum! "A wcale, że nieeee". Tak pokrótce mogę opisać element zaskoczenia, żeby nie rozpisywać się za bardzo i Was nie zanudzić moimi wrażeniami.  

Świetna jest kreacja postaci. Rewelacyjny styl autorki. Świetna zbrodnia... Można rzec - zbrodnia doskonała, zupełnie jak książka "Łaskun". Wielowątkowość niniejszej powieści zwala z nóg. Z początku bałam się, że mogę się pogubić. Ale! Ale nic bardziej mylnego. Pani Kasia wie co robi. Wie, jak stworzyć fabułę tak, aby była wielostopniowa, ale też tak, ażeby czytelnik się w niej nie pogubił. Co za tym idzie, obawiałam się, że ta liczba postaci, jakie poznajemy, również może sprawić, że nie będę wiedziała kto, co i jak... Ale tutaj również mogę uspokoić tych, którzy się tego obawiają, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Autorka każdy rozdział rozpoczyna od nazwy postaci i miejsca akcji, więc spokojnie.  W dodatku książka podzielona jest na kilka części, co również jest ogromnym plusem.

Nie będę się rozwodziła na temat fabuły, bo nie chcę Wam niczego zdradzać i psuć ogromnej przyjemności z czytania. Dlatego też jedynym co mogę zrobić, to gorąco polecić Wam "Łaskuna"! Będzie nieziemsko, obiecuję.